Выбрать главу

W każdym razie Łazik leżał sobie na miękkim piasku, czując się coraz bardziej zalękniony i samotny, a choć nie miał o tym pojęcia, stary Psamatos zerkał na niego z kopca piasku, który po przedniej nocy usypały mu syreny.

Czarodziej milczał.

Łazik też nic nie mówił.

Minęła pora śniadania i słońce podniosło się wysoko, jasne i gorące.

Łazik spojrzał na morze, zwabiony chłodnym szumem fal, i nagle ogarnął go okropny strach.

Z początku sądził, iż piasek wpadł mu do oczu, wkrótce jednak przekonał się, że to nie złudzenie: morze zbliżało się coraz bardziej, pochłaniając kolejne połacie plaży, a fale z każdą chwilą sta wały się coraz wyższe, bryzgając wokół pianą.

Nadciągał przypływ.

Łazik zaś leżał tuż poniżej górnej granicy wód, nie miał jednak o tym pojęcia.

Patrzył przed siebie z rosnącym przerażeniem, wyobrażając sobie, jak fale podchodzą aż do skał i porywają go w głąb spienionego morza (to z pewnością znacznie gorsze niż kąpiel w mydlinach!

Ani na moment nie przestawał służyć.

* * *

Istotnie, mógł go spotkać podobny los, tak się jednak nie stało.

Śmiem twierdzić, że Psamatos miał z tym coś wspólnego; niewątpliwie zaklęcie pierwszego czarodzieja musiało osłabnąć w tej niesamowitej zatoczce, tak blisko innego maga.

W każdym razie, kiedy morze zbliżyło się niebezpiecznie i Łazik, niemal umierając ze strachu, ze wszystkich sił próbował przeturlać się nieco dalej, odkrył nagle, że może się poruszyć.

Jego wielkość nie uległa zmianie, ale przestał już być zabawką.

Mógł szybko biegać na wszystkich czterech łapach, jak prawdziwy pies, mimo iż dzień jeszcze się nie skończył.

Nie musiał już służyć, mógł hasać po plaży w miejscach, gdzie piasek stwardniał, i szczekać — nie jak zabawka, lecz naprawdę szczekać ostrym, przenikliwym głosikiem zaklętego psa, odpowiednim do jego postury.

Tak bardzo się ucieszył i zaczął tak zajadle szczekać, że gdybyście znaleźli się wówczas na plaży, to byście go usłyszeli — wyraźny, dziwnie daleki dźwięk, niczym echo ujadania owczarka, niesione z wiatrem ze wzgórz.

A potem piaskowy czarodziej wystawił nagle głowę z ziemi.

Nie da się ukryć, że był raczej brzydki i prawie tak wielki jak duży pies, jednakże maleńkiemu, zaklętemu Łazikowi wydał się potworny i gigantyczny.

Łazik natychmiast usiadł w miejscu i przestał szczekać.

— Czemu tak strasznie hałasujesz, psiaku? — spytał Psamatos Psamatydes.

— To moja pora snu!

W istocie każda pora była dla niego porą snu, chyba że w pobliżu działo się coś, co go bawiło, na przykład tańce syren w zatoczce (sam je zresztą zapraszał).

Przy takich okazjach wygrzebywał się z piasku i siadał na kamieniu, zaśmiewając się do rozpuku.

Syreny w wodzie poruszają się nader wdzięcznie, kiedy jednak usiłowały tańczyć na brzegu na swych ogonach, Psamatos uważał, że są komiczne.

— To moja pora snu! — oznajmił ponownie, gdy nie usłyszał odpowiedzi.

Łazik jednak nadal milczał i przepraszająco merdał ogonem.

— Wiesz, kim jestem? — zagadnął czarodziej.

— Psamatos Psamatydes, przywódca wszystkich psamatyków! — Powtórzył to z dumą kilka razy, wymawiając wyraźnie poszczególne litery.

Z każdym P z jego nosa wylatywała chmura piasku.

Łazik, niemal całkiem zasypany, tkwił bez ruchu. Wyglądał przy tym tak żałośnie i nieszczęśliwie, że piaskowy czarodziej zlitował się nad nim. Nagle przestał marszczyć się groźnie i wybuchnął śmiechem.

— Zabawny z ciebie psiak, Psiaku!

W istocie nie pamiętam, bym kiedykolwiek widział tak małego psiaka, Psiaku!

To rzekłszy, zaśmiał się ponownie, po czym spoważniał.

— Czy ostatnio naraziłeś się może jakiemuś czarodziejowi? — spytał prawie szeptem.

Przymknął jedno oko, a drugie patrzyło tak przyjaźnie i wyrozumiale, że Łazik opowiedział mu całą historię.

Prawdopodobnie nie było to wcale konieczne, bo Psamatos, jak już mówiłem, najpewniej wiedział o wszystkim, jednakże Łazik poczuł się lepiej, mogąc porozmawiać z kimś, kto zdawał się go rozumieć i miał niewątpliwie więcej rozsądku niż niemądre zabawki.

— O tak, to bez wątpienia czarodziej — oznajmił Psamatos, gdy Łazik skończył swą opowieść. — Sądząc z opisu, stary Artakserkses.

Pochodzi z Persji, lecz pewnego dnia zabłądził — zdarza się to czasami nawet najlepszym czarodziejom (chyba że, jak ja, nie ruszają się z domu) - i pierwsza osoba, którą napotkał, skierowała go przez pomyłkę do Pershore. Odtąd stale mieszka w tej okolicy, z wyjątkiem wakacji. Podobno jak na takiego starca świetnie sobie radzi ze zbieraniem śliwek — jeśli ma dobry dzień, potrafi dobić do dwóch tysięcy — i uwielbia cydr. Ale mniejsza o to.

— Psamatos chciał powiedzieć, że od biega od tematu.

— Sęk w tym, co mógłbym dla ciebie zrobić.

— Nie wiem — odrzekł Łazik.

— Przenieść cię do domu?

Obawiam się, że nie mogę przywrócić ci poprzednich rozmiarów — musiałbym poprosić wpierw o zgodę Artakserksesa, gdyż w tej chwili wolałbym się z nim nie kłócić. Ale mógłbym odesłać cię do domu. Ostatecznie, jeśli Artakserkses zechce, zawsze może odprawić cię z powrotem.

Choć oczywiście następnym razem mógłby posłać cię w znacznie gorsze miejsce niż sklep z zabawkami, zakładając, iż naprawdę go rozzłościłeś.

Łazikowi wcale nie spodobała się ta myśl, toteż ośmielił się wtrącić, że gdyby wrócił do domu w takim stanie, nikt by go nie rozpoznał, z wyjątkiem kotki Psotki, a zważywszy na swoje obecne rozmiary, na razie wolałby uniknąć bliższego z nią spotkania.

— Doskonale! — oznajmił Psamatos.

— Musimy więc poszukać innego wyjścia z sytuacji.

A tymczasem, skoro znów stałeś się prawdziwy, nie masz ochoty czegoś zjeść?

I zanim Łazik zdążył powiedzieć: "Tak, bardzo proszę! ", na piasku przed jego nosem pojawił się talerz z chlebem, sosem i dwiema kostkami, akurat odpowiednimi dla tak małego pieska.

Obok stanęła miska z wodą, na której maleńkimi niebieskimi literkami wypisano PIJ, PIESKU, PIJ.

Zjadł i wypił wszystko, i dopiero potem spytał:

— Jak to zrobiłeś? Dziękuję!

W ostatniej chwili przyszło mu do głowy, żeby dodać podziękowanie, bo miał wrażenie, że czarodzieje i podobni im ludzie są dość drażliwi i łatwo ich rozzłościć.

Psamatos uśmiechnął się tylko w odpowiedzi, to też Łazik ułożył się na gorącym piasku i zasnął, śniąc o kościach i o tym, że gania koty, które umykają na śliwy — jedynie po to, by tam przemienić się w czarodziejów w zielonych kapeluszach i zacząć obrzucać go ogromnymi śliwkami wielkości dyni.

A tymczasem łagodny wietrzyk powoli zasypywał go piaskiem, aż w końcu Łazik niemal zniknął pod warstwą pyłu.

* * *

Dlatego właśnie chłopcy go nie znaleźli, choć gdy tylko chłopczyk Numer Dwa przypomniał sobie o zgubie, zeszli do zatoczki, specjalnie po to, aby go poszukać.

Tym razem towarzyszył im ojciec, a kiedy słońce zniżyło się i nadeszła pora podwieczorku, zabrał synów z powrotem do domu i nie pozwolił im dłużej szukać: słyszał zbyt wiele niezwykłych pogłosek o tym miejscu.

Chłopiec Numer Dwa musiał zadowolić się zwykłym pieskiem–zabawką za trzy pensy (pochodzącym z tego samego sklepu); jednakże, choć miał go tak krótko, nie zapomniał o swym po przednim psie.

Na razie jednak siedział ze smutną miną przy stole i zajadał podwieczorek, pozbawiony jakiegokolwiek pieska, podczas gdy daleko w głębi lądu starsza pani, która hodowała Łazika i rozpieszczała go, kiedy był jeszcze zwykłym zwierzęciem, pisała właśnie ogłoszenie w sprawie zaginionego szczeniaka: