Читать онлайн "Podejrzany" автора Чайлд Ли - RuLit - Страница 10

 
...
 
     


6 7 8 9 10 11 12 13 14 « »

Выбрать главу
Загрузка...

– Jaka to różnica?

– To było niepowiązane. Facet ją pieprzył, bo mu na to radośnie pozwalała, a nie awansował jej, bo nie była wystarczająco dobra. Te dwie rzeczy się ze sobą nie wiązały.

– Może traktowała rok w łóżku jako inwestycję.

– Wtedy byłaby to kwestia kontraktowa. Jak z prostytutką, która nie dostała zapłaty. Nie ma nic wspólnego z napastowaniem.

– Nic nie zrobiłeś? Reacher potrząsnął głową.

– Nie. Aresztowałem pułkownika, ponieważ wówczas istniały już pewne zasady. Seks między partnerami różniącymi się rangą został praktycznie zakazany.

– I?

– Został dyscyplinarnie zwolniony, żona go rzuciła i popełnił samobójstwo. A Cooke i tak odeszła.

– A ty?

– Przeniosłem się z kwatery głównej NATO.

– Dlaczego? Wyprowadziło cię to z równowagi?

– Nie. Potrzebowali mnie gdzie indziej.

– Potrzebowali? Dlaczego ciebie?

– Ponieważ byłem dobrym śledczym. Marnowałem się w Belgii. Tam się niewiele dzieje.

– Widziałeś później jakieś przypadki napastowania seksualnego?

– Jasne. Zrobiła się z tego wielka sprawa.

– I mnóstwo dobrych facetów o złamanych karierach? – spytała Lamarr.

Reacher odwrócił głowę, przyjrzał się jej uważnie.

– Trochę. Zaczęło się polowanie na czarownice. Mnóstwo spraw miało solidne podstawy, przynajmniej moim zdaniem, ale niewinni też obrywali. Wiele zwykłych związków raptem znalazło się na tapecie. Niespodziewanie zmieniły się zasady. Niektóre z niewinnych ofiar były mężczyznami. A niektóre kobietami.

– Cholerny bałagan, co? – spytał Blake. – A wszystko przez te nieznośne baby, takie jak Callan czy Cooke.

Reacher milczał. Cozo stukał palcami w mahoniowy blat stołu.

– Chcę wrócić do sprawy Petrosjana – oznajmił.

Reacher przeniósł spojrzenie na niego.

– Sprawa Petrosjana nie istnieje. Nigdy nie słyszałem o żadnym Petrosjanie.

Deerfield ziewnął. Spojrzał na zegarek. Przesunął okulary na czoło, potarł oczy kostkami palców.

– Jest po północy, wiecie? – spytał.

– Czy Callan i Cooke traktowałeś uprzejmie? – zainteresował się Blake.

Reacher jeszcze raz zerknął na Coza poprzez jaskrawy blask lampy, a potem całą uwagę skupił na Blake’u. W padającym z góry intensywnym, żółtym świetle, odbijającym się od czerwieni mahoniowego blatu, jego nabrzmiała twarz wydawała się szkarłatna.

– Owszem, traktowałem je uprzejmie.

– Spotkałeś się z nimi po tym, kiedy już przekazałeś ich sprawy prokuraturze?

– Być może, przelotnie. Raz i drugi.

– Ufały ci?

Reacher znów wzruszył ramionami.

– Powiedziałbym, że tak. Między innymi na tym polegała moja praca, żeby mi ufały. Musiałem przecież poznać mnóstwo intymnych szczegółów.

– Musisz postępować w ten sposób z wieloma kobietami?

– Były setki takich spraw. Ja prowadziłem kilkadziesiąt, a potem powołano do nich specjalną jednostkę.

– Podaj nazwisko jakiejś kobiety, której sprawę ty prowadziłeś.

Kolejne wzruszenie ramion. Reacher przywoływał z pamięci obrazy kolejnych biur w gorącym klimacie i chłodnym klimacie: wielkie biurka, małe biurka, za oknem słońce lub chmury, a w biurze jakaś skrzywdzona, gniewna kobieta powoli, jąkając się, podaje szczegóły zdrady, której ofiarą padła.

– Rita Scimeca – powiedział. – Wybrałem ją na chybił trafił.

Blake umilkł. Lamarr pochyliła się, wyjęła z teczki gruby plik akt. Pchnęła akta do Blake’a, a on zaczął je kartkować. Przesunął grubym paluchem po liście, skinął głową.

– W porządku – powiedział. – Co się przydarzyło pani Scimecie?

– Pani porucznik Scimeca – poprawił go Reacher. – Z Fort Bragg w Georgii. Oni nazwali to „falą”, ona „gwałtem zbiorowym”.

– Jak to się skończyło?

– Wygrała. Trzech facetów odsiedziało swoje w więzieniu wojskowym, a potem zostało dyscyplinarnie zwolnionych.

– A co się stało z panią porucznik Scimeca? Reacher jeszcze raz wzruszył ramionami.

– Na początku wydawała się całkiem zadowolona. Poczuła się zrehabilitowana. A potem okazało się, że armia już nie istnieje, przynajmniej dla niej. Odeszła.

– Gdzie jest teraz?

– Nie mam pojęcia.

– Powiedzmy, że gdzieś ją zobaczysz. Powiedzmy, że jesteś gdzieś, w jakimś miasteczku i widzisz ją w sklepie albo restauracji. Co by zrobiła?

– Nie mam pojęcia. Pewnie powiedziałaby mi „cześć”. Może pogadalibyśmy chwilę, wypili drinka albo coś.

– Byłaby zadowolona z tego, że cię widzi.

– Może? Zapewne.

– Ponieważ zapamiętała cię jako fajnego faceta? Reacher skinął głową.

– Jest cholernie ciężko. Nie chodzi tylko o samo zdarzenie, ale też o to, co dzieje się później. Oficer śledczy musi wytworzyć więź. Musi być przyjacielem, wspierać.

– A więc ofiara staje się twoim przyjacielem?

– Jeśli postępuję właściwie, tak.

– Co by się stało, gdybyś zapukał do drzwi porucznik Scimeki?

– Nie wiem, gdzie mieszka.

– Ale gdybyś wiedział? Wpuściłaby cię do domu?

– Nie wiem.

– Poznałaby cię?

– Prawdopodobnie.

– Wspominałaby cię jako przyjaciela?

– Przypuszczam, że tak.

– Czyli gdybyś zapukał do jej drzwi, to pozwoliłaby ci wejść, tak? Otworzyłaby drzwi, zobaczyła starego przyjaciela, zaprosiła go do środka, zaproponowała kawę albo coś takiego. Pogadalibyście o dawnych czasach.

– Może – przytaknął Reacher. – Prawdopodobnie. Blake skinął głową i zamilkł. Lamarr położyła mu dłoń na ramieniu; pochylił się w jej kierunku, słuchał tego, co szeptała mu do ucha. Znowu skinął głową, odwrócił się, poszeptał w ucho Deerfielda. Deerfield zerknął na Coza. Trójka agentów z Quantico poruszyła się w krzesłach, usiadła wygodnie; ruch niemal niewidoczny, ale wystarczająco charakterystyczny, by można było zrozumieć, co przekazywał: „W porządku, jesteśmy zainteresowani”. Cozo odpowiedział Deerfieldowi spojrzeniem pełnym niepokoju. Deerfield pochylił się, poprzez okulary spojrzał wprost na Reachera.

– Sytuacja jest mocno skomplikowana – powiedział. Reacher nie zareagował, nie poruszył się. Czekał.

– A dokładnie: co zaszło w tej restauracji?

– Nic nie zaszło. Deerfield potrząsnął głową.

– Byłeś pod obserwacją. Moi ludzie chodzą za tobą od tygodnia. Agenci specjalni Poulton i Lamarr dołączyli do nich wczoraj. Wszystko widzieli.

Reacher spojrzał mu w oczy.

– Chodzicie za mną od tygodnia?

– Dokładnie od ośmiu dni.

– Dlaczego?

– Tym zajmiemy się później.

Lamarr poruszyła się, sięgnęła do teczki. Wyjęła z niej kolejny plik akt. Wyciągnęła kilka kartek, cztery czy pięć, połączonych spinaczem. Ciasno zadrukowanych. Uśmiechnęła się lodowato do Reachera, odwróciła kartki i popchnęła je ku niemu przez stół. Podmuch powietrza rozwiał je, spinacz szurał po stole, zatrzymał kartki dokładnie przed nim.W aktach Reacher figurował po prostu jako „obiekt”, a opisane w nich było wszystko, co robił, każde miejsce, które odwiedził w ciągu ostatnich ośmiu dni. I każda chwila, z dokładnością do sekundy. Wszystko zgadzało się bezbłędnie.

Spojrzał na uśmiechniętą twarz Lamarr, skinął głową.

– No cóż, FBI ma chyba cholernie dobre cienie – powiedział. – Nic nie zauważyłem.

Odpowiedziała mu cisza.

– Co się zdarzyło w restauracji? – powtórzył Deerfield. Reacher milczał. Uczciwość jest najlepszą polityką, pomyślał i natychmiast odsunął tę myśl. Przełknął ślinę. Ruchem głowy wskazał Blake’a, Lamarr, Poultona.

     

 

2011 - 2018