Читать онлайн "Podejrzany" автора Чайлд Ли - RuLit - Страница 8

 
...
 
     


4 5 6 7 8 9 10 11 12 « »

Выбрать главу
Загрузка...

– Więc?

– Więc nie możecie ze mną rozmawiać, jeśli nie odczytacie mi Mirandy. A kiedy już odczytacie, nie będziecie mogli ze mną rozmawiać, ponieważ moja prawniczka nie od razu przyjedzie, a kiedy już przyjedzie, to i tak zabroni mi z wami rozmawiać.

Trójka z Seryjnych Zabójstw uśmiechała się szeroko. Zupełnie jakby Reacher mozolnie starał się ich zadowolić.

– Twoim prawnikiem jest Jodie Jacob? – spytał Deerfield. – Przyjaciółka, tak?

– Co wiecie o mojej przyjaciółce?

– O twojej przyjaciółce wiemy wszystko. O tobie zresztą też.

– To dlaczego chcecie ze mną rozmawiać?

– Pracuje u Spencera Gutmana, tak? Jako asystentka cieszy się doskonałą reputacją. Mówi się, że zostanie wspólnikiem. Wiesz coś o tym?

– Coś słyszałem.

– I że nie będzie musiała długo czekać.

– Coś słyszałem – powtórzył Reacher.

– Ale wasza znajomość nie bardzo jej pomoże. Nie jesteś dobrym kandydatem na korporacyjnego męża, chyba zdajesz sobie z tego sprawę?

– Nie jestem dobrym kandydatem na męża. To tyle. Deerfield się uśmiechnął.

– Tak mi się powiedziało. Bo Spencer Gutman to taki super-elegancki biznes. Dla nich pewne rzeczy naprawdę mają znaczenie; rozumiesz, o co mi chodzi? Poza tym specjalizują się w finansach, prawda? Wszyscy wiemy, że są potęgą w bankowości. Ale z prawem kryminalnym nie mają aż takiego doświadczenia. Jesteś pewien, że chcesz ją na adwokata? W tej sytuacji?

– W jakiej sytuacji?

– Sytuacji, w której się znalazłeś.

– A w jakiej sytuacji się znalazłem?

– Ernesto A. Miranda był kretynem, wiesz? – oznajmił Deerfield. – Brakowało mu więcej niż paru klepek. Dlatego ten cholerny sąd potraktował go tak łagodnie. Nienormalny człowiek, potrzebujący pomocy. A ty… jesteś kretynem, Reacher? Jesteś nienormalny?

– Znoszę to gówno, więc pewnie tak.

– Tak czy inaczej prawa są dla winnych. Twierdzisz, że jesteś czemuś winny?

Reacher potrząsnął głową.

– Niczego nie twierdzę. Nie mam wam nic do powiedzenia.

– Stary Ernesto i tak trafił do więzienia, wiesz? Ludzie wolą o tym nie pamiętać. Powtórzono proces i tym razem go skazano. Siedział pięć lat. A wiesz, co się stało potem?

Reacher wzruszył ramionami. Milczał.

– Pamiętam, pracowałem w Phoenix – powiedział Deerfield. – W Arizonie. W wydziale zabójstw policji miejskiej. Zaraz potem przeniosłem się do Biura. Był styczeń tysiąc dziewięćset siedemdziesiątego szóstego. Dostaliśmy wezwanie do baru. Na podłodze leżał wielki kawał cholernego gówna, a z tego gówna sterczała rękojeść cholernie wielkiego noża. Słynny Ernesto A. Miranda krwawił jak zarzynana świnia. Jakoś nikomu nie spieszyło się przesadnie do wezwania karetki. Biedak zmarł kilka minut po naszym przybyciu.

– Więc…?

– Więc nie marnuj mojego czasu. Już poświęciłem godzinę na uspokajanie tych gości, tak zażarcie o ciebie walczyli. Jesteś mi coś winien. Odpowiesz na ich pytania, a ja ci powiem, czy i kiedy potrzebujesz prawnika.

– O co będą pytali?

– A o co pyta się człowieka? – Deerfield się uśmiechnął. – O to, co chce się wiedzieć. Takie to proste.

– A co chcecie wiedzieć?

– Chcemy wiedzieć, czy jesteśmy tobą zainteresowani.

– Dlaczego mielibyście się mną interesować?

– Odpowiedz na pytania, to wszyscy się dowiemy. Reacher przemyślał to sobie. Położył ręce na stole dłońmi do góry.

– Sprawę Brewer przeciw Williamsowi też znasz, co? – spytał ten, który nazywał się Blake. Był stary, gruby, rozlazły, ale gadane miał.

– Albo Duckworth przeciw Eaganowi? – dodał Poulton. Reacher obrzucił go wzrokiem. Poulton miał może trzydzieści pięć lat, ale wyglądał młodziej. Należał do tych, którzy wyglądają młodo aż do śmierci, wieczny absolwent wyższej uczelni. Miał na sobie garnitur w obrzydliwym kolorze pomarańczowego światła, a jego wąsy sprawiały wrażenie fałszywych, jakby je sobie przykleił.

– Illinois i Perkins? – spytała Lamarr.

– A co z Minnick przeciw Missisipi? – spytał Blake. Poulton się uśmiechnął.

– McNeil i Wisconsin?

– Arizona i Fulminante? – spytała Lamarr.

– Wiesz, czego dotyczyły sprawy? – spytał Blake. Reacher szukał w ich pytaniach jakiejś sztuczki, ale żadnej nie znalazł.

– Kolejne decyzje Sądu Najwyższego – powiedział. – Po Mirandzie. Brewer to siedemdziesiąty siódmy rok, Duckworth osiemdziesiąty dziewiąty, Perkins i Minnick dziewięćdziesiąty, McNeil i Fulminante dziewięćdziesiąty pierwszy. Wszystkie modyfikowały Mirandę i zmieniały jej brzmienie.

– Doskonale. – Blake skinął głową.

Lamarr pochyliła się w krześle. Światło odbite od lśniącego blatu stołu rzuciło jaskrawy blask na jej twarz jak czaszka. – Nieźle znałeś Amy Callan, co?

– Kogo? – zdziwił się Reacher.

– Słyszałeś, sukinsynu.

Reacher gapił się na nią i nagle kobieta o imieniu Amy Callan wypłynęła z przeszłości i powstrzymała go od odpowiedzi na chwilę wystarczająco długą, by na kościstej twarzy Lamarr pojawił się wyraz zadowolenia.

– Ale za nią nie przepadałeś?

Zapadła cisza, rosnąca wokół niego jak mur.

– W porządku, moja kolej – powiedział Cozo. – Dla kogo pracujesz?

Reacher powoli zwrócił głowę w prawo. Patrzył na agenta nieruchomym wzrokiem.

– Nie pracuję dla nikogo.

– „Nie zaczynajcie z nami wojny o terytorium” – zacytował. – „Nami” to liczba mnoga. Oznacza więcej niż jedną osobę. Co to za „my”, Reacher?

– Nie ma żadnych „nas”.

– Gówno prawda, Reacher. Petrosjan sięgnął po restaurację, ale ty już tam byłeś. Kto cię wysłał?

Reacher nie odpowiedział.

– A co z Caroline Cooke? – spytała Lamarr. – Ją też znałeś?

Reacher powoli przeniósł na nią ciężkie spojrzenie. Nadal się uśmiechała.

– Za nią też nie przepadałeś.

– Callan i Cooke – powtórzył Blake. – Opowiedz nam wszystko, Reacher. Od samego początku, dobrze?

– Co mam opowiedzieć? I znów zapadła cisza.

– Kto wysłał cię do restauracji – spytał znów Cozo. – Odpowiedz od razu, to może zaproponuję ci układ.

Reacher spojrzał w drugą stronę.

– Nikt mnie nigdzie nie wysyłał.

Cozo potrząsnął głową.

– Pieprzysz, człowieku. Masz dom w Garrison, nad rzeką, ćwierć miliona dolców. Jeździsz półrocznym SUV-em za czterdzieści pięć tysięcy. Jeśli chodzi o urząd skarbowy to wie tyle, że przez blisko trzy lata nie zarobiłeś ani centa. Ktoś chciał wysłać do szpitala najlepszych chłopców Petrosjana, więc oddelegował ciebie. Jeśli złożyć to do kupy, wychodzi, że pracujesz dla kogoś, a ja chcę, do cholery, wiedzieć, kim jest ten ktoś.

– Nie pracuję dla nikogo – powtórzył Reacher.

– Pracujesz dla siebie, tak? – spytał Blake. – To chcesz nam powiedzieć?

Reacher skinął głową.

– Na to wychodzi – przyznał.

Spojrzał na Blake’a uśmiechającego się z satysfakcją.

– Tak mi się właśnie wydawało – rzekł agent. – Kiedy odszedłeś z wojska?

Reacher wzruszył ramionami.

– Jakieś trzy lata temu.

– Jak długo byłeś w armii?

– Całe życie. Syn oficera, potem oficer.

– Żandarmeria, tak?

– Tak.

– Kilkakrotnie awansowany?

– Byłem majorem.

– Kilkakrotnie odznaczany?

– Tak.

– Srebrna gwiazda?

– Jedna.

– Wzorowy przebieg służby?

Na to pytanie Reacher nie odpowiedział.

– Nie bądź taki skromny – powiedział Blake. – Odpowiedz.

– Nie był najgorszy.

     

 

2011 - 2018