Читать онлайн "Ksi?ga wszystkich dokona? Sherlocka Holmesa" автора Конан Дойл Артур - RuLit - Страница 234

 
...
 
     



Выбрать главу
Загрузка...

- Ucieszy cię wiadomość - powiedział do niego Holmes - że młody panicz się odnalazł. Książę życzy sobie, aby powóz natychmiast pojechał do gospody „Pod walczącym kogutem”, by przywieźć lorda Saltire do domu.

- A teraz - mówił dalej mój przyjaciel, kiedy uradowany lokaj zniknął -zabezpieczywszy przyszłość, możemy pozwolić sobie na bardziej pobłażliwe traktowanie przeszłości. Jestem tu nieoficjalnie i nie widzę żadnego powodu, by zdradzać wszystko, co wiem, o ile sprawiedliwości stanie się zadość. W sprawie Hayesa nie mam nic do powiedzenia. Czeka go stryczek i nie kiwnę palcem, by go przed nim uchronić. Nie sposób powiedzieć, co może zdradzić, nie wątpię jednak, że wasza książęca mość może pomóc mu pojąć, że milczenie leży w jego interesie. Policja uzna, że porwał chłopca dla okupu. Jeśli sami nie dojdą do innych wniosków, nie widzę powodu, by proponować im przyjęcie innego punktu widzenia w tej sprawie. Muszę jednak ostrzec waszą książęcą mość, że dalsza obecność Jamesa Wildera

w pańskim domu niechybnie doprowadzi do nieszczęścia.

- Zdaję sobie z tego sprawę, panie Holmes. Zostało już postanowione, że opuści mnie na zawsze i pojedzie szukać szczęścia w Australii.

- W takim przypadku, wasza książęca mość, skoro sam pan stwierdził, że wszelkie problemy w pańskim małżeństwie powodowała obecność Wildera, proponuję, by dołożył pan wszelkich starań, by pogodzić się z księżną i naprawić stosunki, które zostały tak niefortunnie zerwane.

- I o tym pomyślałem, panie Holmes. Napisałem do żony dziś rano.

- Skoro tak - powiedział Holmes, wstając - sądzę, że mój przyjaciel i ja możemy pogratulować sobie kilku efektów naszej krótkiej wizyty na północy kraju. Chciałbym wyjaśnić jeszcze jedną drobną kwestię. Ten łajdak Hayes podkuł konie podkowami udającymi krowie kopyta. Czy to pan Wilder zaproponował mu ten niezwykły podstęp?

Książę przez chwilę stał, zamyślony, z wyrazem wielkiego zdumienia na twarzy. Potem otworzył drzwi i wprowadził nas do dużego pokoju, urządzonego na podobieństwo muzeum. Poprowadził nas do stojącej w rogu szklanej gablotki i pokazał nam jej opis, który głosił:

Podkowy te wykopano z fosy Holdernesse Hall. Podkuwano nimi konie, pod spodem mają jednak żelazny odlew rozszczepionego kopyta, by zmylić pogoń. Mówi się, że w średniowieczu używali ich łupieżczy baronowie Holdernesse.

Holmes otworzył gablotę, zwilżył palec i przesunął nim po podkowie. Na opuszce pozostała cienka warstewka świeżego błota.

- Dziękuję - powiedział, zamykając pokrywę. - To drugi najciekawszy przedmiot, jaki widziałem na północy.

- Jaki był pierwszy?

Holmes złożył czek i pieczołowicie umieścił go w notatniku.

- Jestem człowiekiem biednym - powiedział, głaszcząc go czule, po czym włożył notatnik do wewnętrznej kieszeni.

4 majorat to sposób dziedziczenia własności ziemskiej polegający na przejmowaniu majątku zmarłego przez najstarszego syna bądź najbliższego krewnego (przyp. tłum.)

Rozdział szósty

Czarny Piotr

Nigdy nie widziałem mego przyjaciela w lepszej kondycji fizycznej i umysłowej niż w roku 1895. Rosnąca sława przysporzyła mu wiele zleceń. Byłbym nadzwyczaj niedyskretny, gdybym napomknął o tożsamości niektórych spośród znamienitych klientów, przekraczających skromne progi naszego mieszkania przy Baker Street. Holmes jednak, jak wszyscy wielcy artyści, żył dla swej sztuki i nie słyszałem, by otrzymał kiedykolwiek wysoką nagrodę za swe nieocenione usługi poza gratyfikacją od księcia Holdernesse. Był tak obojętny na sprawy tego świata - lub tak grymaśny - że często odmawiał pomocy możnym, których kłopoty nie wzbudziły w nim zainteresowania, za to poświęcał całe tygodnie wytężonej pracy na rozwiązanie problemów skromnych klientów, jeśli dziwne i dramatyczne okoliczności ich spraw przemawiały do jego wyobraźni i stanowiły wyzwanie dla jego intelektu.

W pamiętnym 1895 roku uwagę mego przyjaciela zaprzątały liczne osobliwe i wielce różnorodne zagadnienia, poczynając od słynnego śledztwa w sprawie nagłej śmierci kardynała Toski, przeprowadzonego na wyraźne życzenie Jego Świątobliwości Papieża, po aresztowanie Wilsona, niesławnego nauczyciela śpiewu, które pozwoliło odetchnąć mieszkańcom londyńskiej dzielnicy East End. W jednym rzędzie z tymi słynnymi sprawami należy wymienić tragedię w Woodman’s Lee i badanie wielce niejasnych okoliczności śmierci kapitana Petera Careya. Żaden zbiór opowieści o działalności Sherlocka Holmesa nie byłby kompletny bez sprawozdania z tego niezwykłego dochodzenia.

W pierwszym tygodniu lipca mój przyjaciel znikał z domu tak często i na tak długo, że domyślałem się, iż prowadzi jakieś śledztwo. Owszem, kilku podejrzanych typów pytało w tym czasie o kapitana Basila, co uzmysłowiło mi, że Holmes pracował w jednym ze swych rozlicznych przebrań, ukrywając tożsamość pod fałszywym nazwiskiem. Miał przynajmniej pięć kryjówek w różnych częściach Londynu, gdzie mógł się przedzierzgnąć w inną osobę. Nie wspominał o tej sprawie, a ja nie przywykłem wymuszać na nim zwierzeń. Pierwszy znak, na którego podstawie wywnioskowałem, w jakim kierunku zmierza dochodzenie, był doprawdy osobliwy. Mój przyjaciel wyszedł z domu przed śniadaniem, a ja właśnie miałem spożyć swoje śniadanie; w tym momencie Sherlock wszedł pokoju w kapeluszu na głowie i z harpunem wetkniętym pod ramię jak parasolka.

- Dobry Boże, Holmesie! - wykrzyknąłem. - Nie powiesz mi chyba, że chodziłeś z tym

po Londynie?

- Byłem u rzeźnika.

- U rzeźnika?

- Jestem głodny jak wilk. Drogi Watsonie, zażywanie ruchu przed śniadaniem jest niewątpliwie bardzo korzystne dla zdrowia. Mogę się jednak założyć, że nie zgadniesz, jaką postać przybrały moje ćwiczenia.

- Nawet nie będę próbował.

Holmes zachichotał, nalewając sobie kawy:

- Gdybyś zajrzał na zaplecze sklepu Allaedyce’a, zobaczyłbyś ubitą świnię wiszącą na haku, zamocowanym w suficie, i dżentelmena w zarękawkach, wściekle dźgającego zwierzę tą oto bronią. To ja byłem ową energiczną osobą i upewniłem się, że bez żadnego wysiłku jestem w stanie przebić świnię jednym ciosem. Może chciałbyś spróbować?

- Nie, za skarby świata! Ale dlaczego to robiłeś?

- Wydawało mi się, że jest to w pośredni sposób związane z zagadką Woodman’s Lee. Ach, Hopkins, dostałem pański telegram wczoraj wieczorem i czekałem na pana. Proszę wejść i usiąść.

Nasz gość był niezwykle spięty. Był to trzydziestoletni mężczyzna, ubrany w skromny tweedowy garnitur; jego wyprostowana postawa wskazywała na osobę, przyzwyczajoną do noszenia munduru. Od razu rozpoznałem Stanleya Hopkinsa, młodego inspektora policji, z którym Holmes wiązał wielkie nadzieje i który z podziwem i szacunkiem czeladnika odnosił się do naukowych metod pracy słynnego amatora. Młody człowiek usiadł z nachmurzoną twarzą i bardzo zniechęconą miną.

- Nie, dziękuję panu, już jadłem. Spędziłem noc w mieście; przyjechałem wczoraj, by złożyć raport.

- I co pan napisał w tym raporcie?

- To porażka, proszę pana, całkowita porażka.

- Nie poczynił pan żadnych postępów?

- Żadnych.

- Do licha! Muszę zająć się tą sprawą.

- Modlę się o to, panie Holmes. To moja wielka szansa, a sam już nie wiem, co myśleć. Na litość boską, proszę przyjechać i mi pomóc.

- Tak się składa, że zapoznałem się już ze wszystkimi dowodami, w tym z raportem ze śledztwa. A przy okazji, co pan sądzi o kapciuchu na tytoń, który znaleziono na miejscu zbrodni? Czy nie stanowi on żadnej poszlaki?

Hopkins zrobił zaskoczoną minę.

- Był własnością zmarłego. Są tam jego inicjały. Został wykonany ze skóry foki; zabity był niegdyś łowcą fok.

- Nie miał jednak fajki.

     

 

2011 - 2018