Myślę, że od pewnej liczby przeżytych lat każde tzw. okrągłe urodziny zatrzymują człowieka. Niektóre zatrzymują na dłużej. Gdy ja skończyłem 30 lat (w Polsce), to przez dwa tygodnie trwałem w stanie, który można porównać do depresji. Wydawało mi się, że mam już za sobą więcej niż jedną trzecią życia, a nie osiągnąłem nawet jednej trzysetnej z tego, co chciałem osiągnąć. Miałem poczucie klęski. Co ciekawe, dziesięć lat później, w dniu moich 40. urodzin (w Niemczech), nic takiego nie odczuwałem. Także miałem wrażenie, że ciągle jestem dużo poniżej jednej trzysetnej w realizacji swoich planów, ale nie wywoływało to we mnie żadnego długotrwałego smutku lub melancholii.
Dopiero gdy skończyłem 44 lata, zupełnie bez racjonalnie uzasadnionego powodu dopadło mnie paraliżujące przeczucie zbliżającej się śmierci. To przeczucie jest chyba najbardziej trafnym opisem tzw. kryzysu wieku średniego u mężczyzny Ciągle jeszcze biegniemy w wyścigu szczurów, ale uświadamiamy sobie nagle, że medale już zostały rozdane, a my nie mamy szans na stanięcie na podium. Biegniemy coraz bardziej zdyszani, ale i tak o wiele wolniej niż nasze pragnienia. Pamiętam, że nie chciałem się z tym pogodzić. W pewnym sensie z tego niepogodzenia zacząłem pisać „Samotność…”
Sandrę 35. urodziny także zatrzymały. Zastanawiała się w tym dniu między innymi nad tym, czy chce lub czy ma jeszcze w ogóle czas cokolwiek zmienić w swoim życiu. Jeżeli zadaję sobie takie pytania, jak Sandra wczoraj, to znaczy, że nie jestem pewny czy życie, które prowadzę, jest najlepszym z możliwych. Tak to wczoraj odebrałem, rozmawiając z Sandrą przy szampanie i kanapkach z kawiorem. Najdłużej dywagowaliśmy nad pytaniem o miłość:
Czy wystarczająco kocham i czy wystarczająco jestem kochana/-ny?
Sandra twierdzi, że kocha swojego męża, ale pomimo to ma wątpliwości i obraca je w pytania. Czy ten mężczyzna to naprawdę moja największa miłość? Czy nie przegapiam innej, większej miłości będąc z nim? Czy gdy traci się podziw dla kogoś po dziesięciu latach bycia z nim, oznacza to, że traci się także kawałek miłości do niego? Czy miłość ma w ogóle kawałki? Czy gdy akceptuje się powoli jego wady, których nie zauważało się wcześniej, to znaczy, że jest to dowód miłości (akceptuję go takim, jaki jest, w całości), czy tylko kompromis i dowód pogodzenia się z losem w imię przywiązania, szacunku i złożonych obietnic? Czy to nie jest po prostu wygoda i przyzwyczajanie? Albo zwyczajny lęk przed zmianami? Czy życia jak biurka nie powinno się czasami uprzątnąć i poustawiać wszystkiego zupełnie inaczej? Czy może życie powinno przeżywać się odcinkami i na każdym odcinku „największa miłość” oznaczałaby kogoś innego? A może mężczyźni właśnie tak żyją, wymieniając odcinkami swoje kobiety na młodsze? Co to jest w ogóle „wielka miłość”? Czy to ten, którego, kochasz, czy ten, którego chciałabyś kochać? Czy warto w ogóle zadawać sobie takie pytanie, gdy ma się zmarszczki, 35 lat i coraz mniejsze szanse na jakąkolwiek inną miłość, nie mówiąc o tej „wielkiej”?!
Dzisiaj rano spotkałem Sandrę na korytarzu. Przypatrywałem się jej jakoś inaczej. Ma urocze mimiczne zmarszczki wokół oczu. To przez ten uśmiech, który rzadko znika z jej twarzy. Dzisiaj także była uśmiechnięta i radosna. Jak zawsze.
To musiały być tylko te jej urodziny…
Pozdrawiam serdecznie,
Janusz L.
Warszawa, piątek
Panie Januszu,
na te wszystkie pytania, które zadał mi Pan poprzedniego dnia, odpowiadam krótko, że chyba jak każdy z nas prawie wszystkiego w życiu spróbowałam za mało. Na tym polega żal za mijającym czasem. Tylko niektórym, leciwym, szczęśliwcom udaje się wypowiedzieć słowa: niczego nie żałuję, wiele rzeczy dostałem pod dostatkiem i to w pierwszym gatunku. Z drugiej strony tak często, jak często będę zadawała sobie pytania, czy to już wystarczająco, tak długo będzie we mnie jeszcze ochota na życie. Na to, żeby śmiać się szczerze i głośno i nic to, że czasami bez sensu. Pani Sandra, o której Pan wspomina, została właśnie poddana zdefiniowanej przez feministki regule, według której każda kobieta po przekroczeniu 30. roku życia po raz pierwszy zadaje sobie pytanie: „Kim jestem?”. Ta, w jakimś sensie umowna, data nie ma być wcale przyczynkiem do filozoficznych rozmyślań nad życiem, ale szansą na jego uporządkowanie (że też zawsze gdzie sprzątanie, tam i kobieta) lub wręcz na radykalną jego zmianę. Jest to o tyle proste, że kobieta ma wówczas same atuty w ręku: jest młoda, wie już, na czym polega życie w związku, a jeśli nie popełniła grzechu zaniechania, jest także niezależna. Może o sobie samej stanowić. Bo, jak napisał mój ulubiony Ernst Jünger, „życie jest tylko skrajem życia, jest tylko polem bitwy, na którym walczy się o życie. Jest fortem zewnętrznym, utworzonym naprędce według wymiarów cytadeli, do której wycofujemy się w śmierć. Zaś cel życia oznacza zdobycie pojęcia o tym, czym jest życie. To wprawdzie w niczym nie zmienia absolutu, jak sądzą księża, ale pomaga przy przejściu. Stawki, o które gramy naszymi żetonami, są przerażająco wysokie. Podobni jesteśmy do dzieci, które grają o ziarnka fasoli i nie wiedzą, że w każdym z tych ziarenek zawarte są możliwości majowych i kwietniowych cudów”. Czyż można sobie wyobrazić piękniejszą zachętę do pokochania i zaakceptowania samego siebie i to w wybranym przez siebie życiu?