– To znaczy, że nie mogę powiedzieć tego, co wiem od moich studentów. Ojca duchowego także obowiązuje tajemnica spowiedzi.
– Nawet wtedy, gdy chodzi o podwójne morderstwo popełnione przez sadystę?
– Nawet wtedy.
Heinz westchnął i nagle gwałtownie się pochylił.
– Wie pan, że Rakowiecki i Leski byli gejami? Jurek drgnął.
– Odmawiam odpowiedzi.
– Czyli wiedział ksiądz, a mimo to tolerował ich pobyt w seminarium? – Heinz naciskał. Celowo znów zmienił formę i nazwał go księdzem. Niech poczuje wyrzuty sumienia, że jako duchowny nic w tej sprawie nie zrobił.
– Odmawiam odpowiedzi – skulił się mężczyzna.
– Wiedział ksiądz, że są męskimi dziwkami i puszczają się za niemałe pieniądze. A mimo to…
– Proszę posłuchać! – Jurek krzyknął. – Nie mogę odpowiedzieć na te pytania. Obowiązuje mnie – zaakcentował – tajemnica spowiedzi. Mogę natomiast powiedzieć panu coś innego: obaj byli dobrymi kandydatami na księży. Leski interesował się teologią i był prymusem, Rakowiecki wyróżniał się przebojowością, może nieco zbyt spektakularną jak na seminarium, ale z pewnością obdarzony był cechami, które, gdyby zostały dobrze ukierunkowane, mogłyby po latach przerodzić się w charyzmę, rozumie pan?
Heinz czekał, co jeszcze powie.
– Mogę też dodać, że w piątym semestrze Leski opuścił się w nauce, stał się jakiś nerwowy. Rozmawiałem z nim o tym…
– I co?
Jurek popatrzył Heinzowi w oczy.
– Obowiązuje mnie tajemnica spowiedzi.
– Gratuluję dyskrecji – warknął Heinz. – Niech was diabli z tą całą poufnością!
Dopiero teraz dostrzegł, że ktoś przysłuchuje się ich rozmowie.
– Diabła bym w to nie mieszał – odezwał się cicho. -
Wszak jesteśmy w seminarium.
Głębokie zmarszczki wokół oczu i plamy na grzbietach dłoni świadczyły o tym, że był zapewne dużo starszy od księdza Jurka. Krótko przystrzyżone włosy i opalenizna sprawiały jednak, że wyglądał o wiele młodziej. Heinz dostrzegł świetnie skrojony czarny garnitur i nienaganną biel koloratki oraz wyglansowane eleganckie buty.
– Dobrze, że ksiądz rektor przyszedł – wyszeptał Jurek.
Heinz raz jeszcze spojrzał na twarz mężczyzny, a następnie na zdjęcie zdobiące okładkę płyty, która wciąż leżała na stole. Nie mogło być wątpliwości, że ma do czynienia z tym samym człowiekiem, choć na fotografii wyglądał na jeszcze młodszego.
Pewnie dał zdjęcie sprzed kilku lat i jeszcze je komputerowo obrobił.
– Też się cieszę, że ksiądz rektor przyszedł – postarał się, co nie było łatwe, aby jego głos zabrzmiał ciepło. – Nazywam się Heinz, byliśmy umówieni.
Popatrzył na głośnik. Dyskretny, ale dobrej klasy. W sam raz dla eleganckiego rektora.
– A skoro już poznaliśmy się osobiście, to czy możemy wyłączyć tę muzykę?
17
Na korytarzu rozległ się dzwonek.
– Zanim porozmawiamy, zapraszam na obchód – powiedział rektor i zapiął guziki marynarki. – Jak mówi przysłowie: pańskie oko konia tuczy.
Rektor strzepnął z marynarki niewidoczny paproch. Wyglądam przy nim jak szmaciarz – pomyślał Heinz. Korytarz wypełnił się seminarzystami. Niektórzy nie różnili się ubiorem od swoich rówieśników przemierzających w tej chwili ulice miasta, inni – jak domyślił się Heinz, ci ze starszych roczników – nosili sutanny. Rozglądał się za Dieslami i Pumami, ale na nikim ich nie dostrzegł.
Majda rozdawał uśmiechy, kilka razy też nieznacznie się odkłonił. Heinz patrzył na młodych mężczyzn spacerujących korytarzem i zmierzających w stronę patio. Coś go w tym widoku uderzyło, miał jakieś niejasne przeczucie, jakąś intuicję, ale nie potrafił nadać jej konkretnego kształtu, zamienić w hipotezę czy pytanie.
Zatrzymali się przy krucyfiksie i ogromnym obrazie z podobizną Jana Pawła II.
– Ten dzwonek na przerwę to zupełnie jak w szkole – powiedział w końcu Heinz.
– Mój autorski pomysł. – Rektor odkłonił się starszemu mężczyźnie, pewnie jednemu z wykładowców. – Lubię, gdy w seminarium wszystko działa jak w zegarku. Czuję się, by tak rzec, zegarmistrzem, który reguluje ten mechanizm, czyści tryby… Rozumie pan?
Heinz skinął głową.
– Zresztą… – Chodź no tu, chłopcze – rektor kiwnął palcem na jednego z przechodzących kleryków.
Chłopak zatrzymał się i pobladł, po czym podszedł do księdza Majdy, którego twarz przecinał dobrotliwy uśmiech.
– Porządek dnia, szybciutko! – zakomenderował Majda.
Student wyprężył się niczym żołnierz i wyrecytował:
– Piąta trzydzieści – pobudka, szósta trzydzieści – modlitwy i medytacja, siódma – msza święta, ósma – śniadanie, od ósmej trzydzieści – zajęcia dydaktyczne, czternasta – Anioł Pański, rachunek sumienia. Czternasta trzydzieści – obiad…
– Starczy – przerwał rektor. – Dziś środa. Co o osiemnastej?
– Nieszpory.
– Dziewiętnasta piętnaście, wtorek?
– Próba chóru i zajęcia z emisji głosu.
– Dobrze! – Duchowny raz jeszcze się uśmiechnął. – Idź już, carissime.
Carissime. Jak ładnie.
Rektor odwrócił się w stronę Heinza.
– Wprowadziłem dzwonki, bo jestem perfekcjonistą. Lubię robić coś od początku do końca. Tej zasady trzymam się i w seminarium, i wtedy, gdy nagrywam płyty. – Ukłonił się starszemu mężczyźnie w sutannie.
– To nasz spowiednik.
– Myślałem, że od spowiedzi jest ojciec duchowy…
– To dwie zupełnie różne funkcje. – Rektor uśmiechnął się. – U nas też obowiązuje specjalizacja. Wy macie jednych od drogówki, innych od zabójstw, a my… – umilkł i znowu się do kogoś uśmiechnął.
Od tego nadmiaru sztucznej dobroci człowiekowi robi się niedobrze.
– A wracając do dzwonków… niektórzy zachowują się tak, jakby nigdy nie wynaleziono zegarka. Na przykład profesor Rutger…
Profesor Rutger. To numer jego telefonu komórkowego znajdował się na kartce znalezionej u jednego z zamordowanych.
– Ja wiem, że biblistyka to królewski przedmiot, ale… sam pan rozumie… Nie można przeciągać zajęć kosztem innych przedmiotów.
Heinzowi zdawało się, że w głosie rektora usłyszał drwinę. Pokiwał głową.
Rozległ się dzwonek i korytarz w jednej chwili opustoszał. Nagle coś zakłóciło ciszę. Ktoś biegł po schodach. Młody chłopak.
Ujrzał rektora seminarium i zwolnił.
– Przepraszam, że przeszkadzam – dyszał. – Przed budynkiem stoi samochód, taki stary biały opel, i włączył się w nim alarm. Chyba koło jest przebite.
– Kurwa mać! – warknął Heinz, a rektor odruchowo uniósł ramiona, jakby chciał przesłonić nimi uszy. Heinz zaczął nerwowo szukać kluczyków i pilota. Jak zwykle nie mógł ich znaleźć. Wyciągnął z kieszeni klucze do hotelowego pokoju, dziesiątki karteczek, bilet kolejowy i zużytą chusteczkę higieniczną, która zalegała w marynarce od późnej jesieni. Wszystkie rupiecie cisnął na biały podest przy krzyżu.
– Może pomogę panu z tym samochodem… – zaproponował kleryk.
– Wracaj na zajęcia – ostro powiedział rektor. – Znajdę kogoś do pomocy. – Ruszył w stronę swojego gabinetu.
W wewnętrznej kieszeni marynarki Heinz znalazł wreszcie kluczyki i pilota do autoalarmu. Popędził na dół. Po chwili samochód przestał wyć.
– Kurwa! – wrzasnął Heinz, patrząc z bezsilną wściekłością na przebitą oponę. Kopnął w felgę, a potem otworzył bagażnik. Zapasowego koła nie było. Zaklął raz jeszcze. Przeszło mu przez głowę, że to pewnie sprawka Freddiego Krugera. Specjalnie wyjął koło zapasowe, pojechał za nim i uszkodził mu samochód.