Zachowuję się jak paranoik – pomyślał.
Sięgnął po komórkę, ale jej nie znalazł. Oczywiście także i telefon pozostawił na podeście pod krzyżem.
Nie panuję nad sobą – szepnął i wbiegł po schodach.
Telefon, klucze i wszystkie śmieci leżały na swoim miejscu. Brakowało jedynie biletu kolejowego z Katowic do Warszawy. Biletu, który już dawno powinien był rozliczyć w księgowości komendy stołecznej.
Ktoś wziął wykorzystany bilet, ale telefonu nie ruszył. Cuda jednak się zdarzają. Zwłaszcza w seminarium – pomyślał Heinz i wybrał numer od Karloffa.
Mężczyzna zgniótł w dłoni paczkę po mentolowych red white'ach i z wściekłością cisnął ją między drzewa. Już od godziny przechadzał się między dwoma punktami orientacyjnymi: tablicą z mapą terenu oraz regulaminem składającym się z samych zakazów i znakiem drogowym zabraniającym wjazdu nieupoważnionym samochodom. Miejsca te dzieliło pięćdziesiąt metrów; niemożliwe, by coś przeoczył albo czegoś nie usłyszał. Na pobliskim drzewie usiadły dwa ptaki i przyglądały mu się ciekawie. Zmrużył oczy, aby lepiej je widzieć, ale nie mógł rozpoznać gatunku. W innej sytuacji próbowałby rozwiązać tę ornitologiczną zagadkę, dziś jednak jego myśli pochłonięte były czymś zupełnie innym. Może jednak wybrał złe miejsce? Mogli się przecież umówić przy głównej drodze prowadzącej w głąb lasu, tam gdzie podjeżdżały samochody z rozchichotanymi młodymi parami i gdzie przychodzili mężczyźni podobni do niego czasem samotnie, niekiedy w grupkach, z nieodłącznymi reklamówkami. Widywał tu torebki z Lidia, Leader Price'a, niekiedy z Media Marktu, sporadycznie nawet trafiał się EMPiK. Bez względu jednak na markę uwidocznioną na torbach, ich zawartość była zdumiewająco podobna. Reklamówki wypełnione były butelką wódki, najczęściej „małpkami” o zawartości ćwierć litra, kromką chleba i kawałkiem taniej kiełbasy, kilkoma parówkami lub pasztetową. Przy pierwszym rozwidleniu drogi młodocianych kochanków, pragnących spełnienia na łonie natury, i amatorów ognistej wody na świeżym powietrzu rozchodziły się: pierwsi skręcali w lewo, drudzy wybierali niewielki wzgórek po prawej stronie, za którym można było rozłożyć przyniesione wiktuały.
Podmuch wiatru sprawił, że torba, którą położył u swych stóp, zaszeleściła gwałtownie. A jednak różnił się od tych, którzy przychodzili tu się napić. Przygniótł reklamówkę butem, żeby nie odfrunęła. Pod stopą wyczuł zwinięty sznurek i coś twardego. Nie miał wątpliwości, że natrafił na rękojeść dużego noża.
Wyjął komórkę i spojrzał na wyświetlacz. Godzina i piętnaście minut. Kusiło go, by zadzwonić i sprawdzić, co się dzieje, ale się powstrzymał. Wprawdzie od wczoraj ma nowy starter kupiony w miejscu odległym od jego mieszkania, ale nie będzie ryzykować. Poczeka. Tyle się w życiu naczekał, że i tym razem wytrzyma. Nagle uświadomił sobie, że w torbie jest nie tylko sznur i nóż, ale też coś innego, z natury bardzo delikatnego. Podniósł reklamówkę i zajrzał do niej. Dwa cienkie drewniane patyczki skrzyżowane ze sobą nie pękły pod naciskiem stopy.
Mam szczęście. Wszystko jest w porządku. Uśmiechnął się sam do siebie. Uśmiechnął się po raz pierwszy tego dnia.
18
Funkcjonariusz, który przyjechał z Karloffem, z trudem odkręcił zardzewiałe śruby podtrzymujące uszkodzone koło. Heinz siedział w gabinecie rektora seminarium i pił mocną kawę. Zapytał, czy może zapalić. Odnalazł zgniecioną paczkę w tylnej kieszeni spodni, zapalił i zaciągnął się łapczywie.
– Może to pana uspokoi – usłyszał.
Majda wstał i po chwili z charczącego głośnika popłynęły dźwięki znanej już Heinzowi piosenki. Filiżanka drgnęła w dłoni Heinza i kilka kropel czarnego płynu wsiąknęło w jego spodnie.
– Podoba się panu? – zapytał rektor.
– Wolę bluesa. Takiego Roberta Johnsona na przykład. O jego muzyce mówili, że ma jakąś szatańską moc. – Popatrzył znacząco na Majdę. – Gość śpiewał o diable, alkoholu i, ksiądz wybaczy, o dziwkach… Zginął w niewyjaśnionych okolicznościach.
– Bohater w sam raz dla policjanta – skwitował duchowny
– A jeśli chodzi o pańską muzykę, to… – Heinz zawiesił głos – ciekawa jest kolorystyka tej okładki – wskazał palcem.
– Fiolet. Adwentowy kolor. Przed Bożym Narodzeniem płyta świetnie się sprzedawała w wielu parafialnych księgarniach i sklepikach. Przed Wielkanocą zaprojektowaliśmy już inną okładkę. Tak czy inaczej mam mnóstwo roboty. Płyty, rozprawa habilitacyjna… Cały dochód ze sprzedaży płyt przeznaczam dla naszych seminarzystów. – Majda uśmiechnął się.
– Dla Rakowieckiego i Leskiego też?
Uśmiech na twarzy rektora zgasł jak niedopałek wgnieciony w popielniczkę.
– Dla takich jak tamci dwaj przede wszystkim.
– To znaczy?
Oczy księdza zwęziły się.
– To znaczy, że pomagamy seminarzystom z biednych rodzin. Rakowieckiego samotnie wychowywała matka. Bardzo pobożna kobieta. Ledwo wiązali koniec z końcem. Rodzina Leskiego to… – Machnął ręką, szukając właściwego słowa.
– Degeneraci? – podpowiedział Heinz.
– Coś w tym rodzaju. Gdyby nie proboszcz z Serocka, chłopak by się stoczył. Dodam, że pomagamy im i teraz, przy pochówku syna.
Akurat. Msza pogrzebowa gratis i pewnie organista w pakiecie. Heinz wstał.
– Zastanawiają mnie dwie rzeczy. – Podszedł do odtwarzacza płyt kompaktowych i wyłączył go. – Ksiądz powiedział: „tamci”. Nie: „świętej pamięci Karol” czy „świętej pamięci Grzegorz” albo „nasi synowie”, czy jakoś tak, tylko „tamci”… Jak o zupełnie obcych ludziach… Ksiądz ma do nich jakąś urazę?
Majda nie odpowiedział od razu. Wpatrywał się w Heinza niczym doświadczony kelner testujący wzrokiem nowego klienta.
– Żal mi tych chłopaków. Naprawdę. A powiedziałem:
„tamci dwaj”, bo seminarzystów poznaję lepiej, gdy są na czwartym, piątym roku. Poza tym – wzruszył ramionami – nie mam zwyczaju fraternizować się z klerykami, jak co poniektórzy…
– Jak kto?
Majda milczał.
Rozległo się pukanie. Zanim rektor zdążył się odezwać, w drzwiach stanęła kobieta z fryzurą, której nie powstydziłaby się Violetta Villas. Podeszła do Majdy. Duchowny próbował wstać, ale nie zdążył. Kobieta chwyciła go za rękę, pocałowała w dłoń i zaczęła potrząsać nią nerwowo.
– Słyszałam… Słyszałam to… – jej głos przypominał pomruki wydawane przez jakieś egzotyczne zwierzę. – Oskarżają go, że znowu napadł na Żydów i że powiedział, że to Żydzi trzymają w swych pazernych mackach wszystkie światowe pieniądze. Ale ja – kobieta wypięła duży biust – słucham uważnie, a i w chórze kościelnym za młodu śpiewałam. – Ściszyła głos. – To nie był on. To nie ojciec dyrektor, błogosław mu, Panie… – wzniosła ręce do góry. – Inny akcent, inny sposób ustawienia krtani, oj, znam się ja na tym. Dobra podróba, ale tylko podróba…
Chyba uczestniczę w kolejnej edycji „Idola” – przemknęło Heinzowi przez głowę.
– To nie był on… – powtórzyła kobieta. – To był – wzięła głęboki oddech – impresonator. Impresonator podszywa się pod ojca dyrektora i…
– Pani Wasiakowa – uciął rektor. – W koszu zostawiłem trochę rzeczy do prania. – Pokazał palcem w stronę pokoju znajdującego się za gabinetem. – Siostry służebniczki – spojrzał na Heinza i rozłożył ręce w przepraszającym geście – nie zawsze dają sobie radę z praniem i sprzątaniem. – Korzystamy wtedy z zewnętrznej pomocy.