– Ja wiem swoje – mruczała kobieta – to impresonator.
Zabrała bieliznę i wyszła. Pomruki cichły na korytarzu.
– Takim nieszczęśliwym jak pani Wasiakowa też pomagamy. A druga sprawa? Wspominał pan o dwóch…
– Drugie pytanie brzmi tak – Heinz dotknął palcami skroni. – Macie tu swoje zasady. Więc jak to możliwe, aby dwaj klerycy wyszli niepostrzeżenie? I dlaczego nie zawiadomiliście policji od razu, gdy nie wrócili?
– To proste – rektor rozłożył ręce. – Mamy do czynienia z dorosłymi ludźmi. Złamią regulamin – wiedzą, co ich czeka. A dlaczego nie zawiadamiamy? Bo służba Bogu to sprawa sumienia, a nie listy obecności. Po prostu – wskazał ręką okno – wielu nie wytrzymuje i wybiera inne życie. Odchodzą z seminarium, nie informując nas. Dzieje się tak najczęściej w czasie wakacji. Ale i w roku akademickim to się zdarza. Ci chłopcy często wstydzą się swojej słabości… Nawet rodzin nie powiadamiają… I co? – zapytał rektor. – Mam ich ścigać albo dzwonić z tym do was? Mało macie roboty? Czy ma pan jeszcze jakieś pytania, bo mam dzisiaj dużo pracy…
– Ten prymus na korytarzu wyrecytował harmonogram dnia, ale… – Heinz zawiesił głos i wpatrywał się w dłonie rektora, wybijające nerwowo jakiś rytm na blacie biurka. Przetrzymam go jeszcze trochę – pomyślał.
– Ale co? – warknął duchowny.
– Ale nie usłyszałem najważniejszego. Kiedy seminarzyści mają czas wolny i mogą wyjść na miasto?
– Zwyczajowo w czwartki. Między szesnastą a dziewiętnastą.
– Rakowiecki i Leski nie wyszli w czwartek. To – Heinz raz jeszcze zawiesił głos – stało się w środę. Więc?
Rektor westchnął.
– Powiedziałem, że w czwartki zwyczajowo. Jeśli chcą się gdzieś wybrać innego dnia, muszą się wpisać do specjalnego zeszytu wyjść. Klerykowi musi wtedy towarzyszyć socjusz…
– To ktoś w rodzaju przyzwoitki? – zapytał złośliwie Heinz.
– Jeśli świat pańskich porównań jest tak ograniczony, niech tak będzie – odparł Majda. – Alumn zabiera ze sobą towarzysza, takie są zasady.
– Chciałbym dostać ten zeszyt wyjść.
Majda rozłożył ręce.
– Pańscy koledzy już go zabrali. Czy ma pan do mnie coś jeszcze?
Heinz wstał.
– Dziękuję za wyjaśnienia. Chciałbym porozmawiać z księdzem profesorem Rutgerem. Kiedy mogę go zastać?
– Ma dziś dyżur dla seminarzystów między dziewiętnastą trzydzieści a dwudziestą trzydzieści – warknął Majda. – Będzie tu. W moim – podkreślił – gabinecie.
Najwyraźniej zna na pamięć grafik nauczycieli – pomyślał z podziwem Heinz. Pożegnał się i stał już w drzwiach. Odwrócił się nagle.
– Co się stało z księdzem Kowalskim? Uczył tu kiedyś u was…
Majda zmrużył oczy, jakby miało mu to pomóc przypomnieć sobie osobę, o którą został zapytany.
– Kowalski… Był taki… Odszedł kilka lat temu. Miał, zdaje się, jakieś inne plany…
Kłamiesz. Wiem, że kłamiesz.
– Ostatnie pytanie. Z czym kojarzą się księdzu liczby:
dwadzieścia jeden, trzydzieści siedem.
Majda poderwał się z fotela.
– Pan raczy żartować? – powiedział cicho. – Milionom Polaków te liczby od dwóch lat kojarzą się tak samo. Jak pan śmie… – wycedził przez zęby.
Heinz stał bez ruchu.
– Niech pan spyta Rutgera – syknął. – Ksiądz profesor jest ekspertem w tej dziedzinie. W końcu to biblista – zaśmiał się.
Odgłos zamykanych z rozmachem drzwi rozszedł się echem na korytarzu seminarium, jakby zatrzaskiwano właz krypty. Duszę się tu – pomyślał Heinz. Poczuł się, jakby ktoś zamknął go w gigantycznej trumnie. Zupełnie jakby ktoś odciął mu dopływ tlenu do płuc i mózgu.
Kolejny niedopałek zniknął wgnieciony w piach. Nie wiedzieć czemu przypomniał sobie, jak był małym chłopcem i rozgniatał dżdżownice na nierównym chodniku pełnym ogromnych kałuż z okami benzyny i oleju samochodowego. Kiedyś przemokły mu buty i dostał za to pasem. Nawet bardzo nie bolało, ale posiusiał się ze strachu. I wtedy dostał drugi raz. P wiele mocniej. Poczuł narastający ból w dolnej części brzucha. Tym razem nie ze strachu. Bolało go z wściekłości. Z trudem powstrzymywał dygot całego ciała. To mogłoby zwrócić na niego uwagę, a tego przecież nie chciał.
Dzisiaj panuje nad wszystkim. Dziś nic i nikt nie pokrzyżuje jego planów. Nawet ta niesłowna kurwa, która zasłużyła na śmierć. Ale jak nie ta, to będzie inna.
Ostatni raz sprawdził, która godzina. Pora była idealna. Matki z wózkami zakończyły przedpołudniowy spacer wśród zieleni, właściciele psów jeszcze nie wrócili z pracy. Nocną zmianę zaczyna o osiemnastej, ma więc dużo czasu. Zdąży wrócić do domu, wykąpać się i odpocząć. Może nawet przyjdzie tu jeszcze raz, by popatrzeć na policyjne radiowozy i taśmę odgradzającą teren od spojrzeń ciekawskich. Może zobaczy nawet wypchany czarny worek? Nie. Nie zrobi tego. Ciekawość zgubiła już wielu, a on nie chciał głupio wpaść. Zbyt wielką przyjemność sprawiało mu to, co zaczął robić ostatnio.
Tak. Jak nie ta, to inna.
Dłużej nie będzie tu stać. Przeszedł kilkaset metrów między drzewami i dotarł do szerokiej wydeptanej ścieżki. Pamiętał, że niedaleko stąd postawiono kilka ławek dla spacerowiczów.
Nie musiał czekać długo. Usłyszał trzask łamanych gałęzi i zobaczył kobietę. W pierwszej chwili myślał, że to ona. Podobna figura, obfite piersi, gęste farbowane włosy podobnie zaczesane, zbliżony wiek. Ta kobieta nosiła jednak okulary, tamta zaś zawsze chwaliła się, że wciąż ma świetny wzrok.
Podszedł szybkim krokiem.
– Prze-przepraszam – zapytał, jąkając się. – Czy to nie pani zostawiła tu tę torbę? – Wskazał na reklamówkę, którą trzymał w lewej ręce.
– Nie… to nie moja torba. Nigdy nic nie gubię. – Odwróciła głowę, a potem nagle się roześmiała. Szeroko otwarte oczy i gardłowy głos. Zupełnie jak u tamtej. Brakuje tylko szminki rozmazanej na górnej jedynce.
– Z czego się pa-a-ani śmieje? – zapytał i prawą rękę zanurzył w torbie. Zacisnął dłoń na chłodnej rękojeści i poczuł ulgę.
19
– Jaki zeszyt?
Heinz po raz trzeci słyszał pełne zdziwienia pytanie z ust kolejnego rozmówcy i czuł narastającą wściekłość.
Ani Karloff, ani Baryka, ani diwa gotyckiego rocka w ciężkich wojskowych butach, słowem nikt z tej trójki nie słyszał o zeszycie wyjść zabranym z seminarium.
– Co się martwisz, znajdzie się za jakiś czas gdzieś w papierach. – Karloff wzruszył ramionami. – Może włożył go gdzieś Poremba? – No wiesz… ten z rozbitym nosem. – Na początku też nam trochę pomagał.
Poremba. Aha. Więc tak się nazywamy.
Przyczepił się do tego zeszytu wyjść, choć nie spodziewał się znaleźć w nim żadnych rewelacji. Z pewnością nie byłoby tam nic, co dotyczyłoby Rakowieckiego i Leskiego i ich ostatniej drogi. Był pewien, że wyprawa, którą zorganizowali w środę jedenastego kwietnia, nie została odnotowana. Jak często organizowali takie wypady? Czy tylko oni brali w nich udział? Może z zeszytu dowiedziałby się o kimś jeszcze, kto często wypuszczał się poza ponure mury seminarium? Może ten ktoś wiedziałby, dokąd Rakowiecki z Leskim się wybierali. Może przypadkiem ich gdzieś widział? A może wszystkie te pytania nie mają sensu. Może należy po prostu zapytać: jak często organizowano im takie wycieczki? Ten, kto takie spotkania zwoływał, z pewnością nie figurował w żadnej księdze wejść i wyjść.
Postanowił poszukać informacji w „zsypie”. ZSIP. Zintegrowany system informacji policyjnej. Drzewo wiadomości dobrego i złego. Zwłaszcza złego. Najdokładniejszy i najobszerniejszy katalog grzechów i grzeszków tego świata, którego przewaga nad innymi zbiorami danych polega na tym, że gromadzi wiedzę operacyjną. Taką, która nigdy nie trafia do prokuratora, a tym bardziej na salę sądową.