Wpisał dane Rakowieckiego. Nic. Wstukał Leskiego. Taka sama odpowiedź. Wpatrywał się w monitor i wprowadził dane rektora Majdy i ojca duchowego, Jerzego Jurka. Brak informacji.
Pomyślał o czekającym go spotkaniu. Jeszcze kilka uderzeń w klawisze. Tadeusz Rutger. Wynik podobny jak poprzednio. W przypadku Rutgera coś go zaniepokoiło, tak jakby delikatnie trącona struna gitary wydała fałszywy ton. Coś pobrzmiewa, dzwonią w którymś kościele, przypomniał sobie przysłowie. Adekwatne do sytuacji.
Postanowił, że przejrzy inny rejestr. Dla urozmaicenia. Przestępstwa popełniane z udziałem przedstawicieli różnych wyznań. Ostatni rok. Na pierwszym miejscu sprawa Chrześcijańskiego Kościoła Głosicieli Dobrej Nowiny, założonego przez gangsterów. Ludzie z miasta sprowadzili bez cła, korzystając z ulg przyznanych organizacjom wyznaniowym, samochody i elektronikę wartą kilkanaście milionów złotych. Następny w kolejności był proboszcz z Dolnego Śląska. Od lat współżył z rodzoną siostrą, pracującą na plebanii. W końcu po kolejnej z libacji alkoholowych przebił ją widłami. Tłumaczył potem, że zrobił to z zazdrości.
Miłość ci wszystko wybaczy – przypomniał sobie stary przebój, który niespodziewanie, po kilku taktach, zamienił się w posępnego bluesa Zeppelinów. Obraz na ekranie stawał się niewyraźny. Nie pora na wspomnienia. Wstał od biurka i wziął głęboki oddech. Tyle o tym.
W jednym z pokojów grał telewizor. TVN24 do znudzenia powtarzała scenę, gdy Michel Platini, sam nie do końca wierząc w to, co robi, wyjmuje z wielkiej koperty kartkę z napisem: Polska i Ukraina.
Kobieta zaśmiała się ponownie i jeszcze raz odwróciła głowę.
– Naprawdę nigdy nic nie gubię. Nie zgubiłam też swojej wnuczki. O… proszę!
Zza zarośli wyszła pięcioletnia dziewczynka.
– Już, babciu. Zrobiłam.
Popatrzyła na nieznajomego mężczyznę. Wydał się jej zabawny z tymi piegami na twarzy i z reklamówką.
– Dzień dobry. Zbiera pan grzyby?
Zawahał się. Nie wiedział, co odpowiedzieć. Na szczęście wyręczyła go kobieta, która znów się roześmiała.
– Nie skarbie, to nie pora na grzyby. Ten pan myślał, że zgubiłam torbę.
Słyszał, że dziewczynka mówi coś do babci, a ta jej odpowiada. Po chwili ich głosy ucichły za zakrętem.
Ból brzucha nasilił się. Nie wiedział, co ma robić. Prawą dłoń zacisnął z całej siły na rękojeści. I wtedy ją zobaczył.
Szła niepewnym krokiem. Tak jakby za dużo wypiła i straciła orientację w terenie. Pewnie nie jest sama. Za chwilę ktoś zacznie jej szukać. Rozejrzał się. W najlepszym razie miał kilka minut.
Podjął decyzję.
– Z-zgubiła pani torbę – powiedział.
– Co tam jest? – kobieta chciwie chwyciła za reklamówkę.
Zajrzała do środka i odchyliła głowę.
– Co ty, koleś, pogięło cię? Pojebany jesteś?
Chciała coś jeszcze powiedzieć, lecz nie zdążyła.
Biały plastik przylgnął do jej brzucha. Mężczyzna cofnął dłoń, ale, dziwna rzecz, torba pozostała na miejscu, jakby się przykleiła. Biała powierzchnia reklamówki zabarwiła się na czerwono.
Teraz, już bez pośpiechu, pociągnął za rękojeść. Kobieta zachwiała się i odruchowo oparła o drzewo. Drugi cios przebił jej płuco, trzeci trafił w krocze. Przy kolejnym uderzeniu krew wypłynęła z ust.
Gdy skończył, otarł pot z czoła. Szybkimi, wprawnymi ruchami zdejmował ubranie z zakrwawionego ciała. Kawałek przeciętego materiału bluzki przysechł do skóry i musiał pociągnąć mocniej. Ściągnął z niej spodnie i powąchał je. Tak jak się spodziewał, cuchnęły uryną. Starannie złożył je w kostkę.
To wszystko.
Nie. To prawie wszystko.
Jeszcze raz sięgnął do torby.
20
O dziewiętnastej piętnaście zaparkował pod seminarium. Wpatrywał się w witraże od strony fasady i myślał o tym, jak śmierć dwóch seminarzystów wpłynęła na pozostałych. Jak wpłynęła na młodych mężczyzn, którzy dziś wypełnili korytarz i dziedziniec? Co myśleli o śmierci kolegów? Kolegów? Czuł, że to niewłaściwe słowo. Przypomniał sobie, że gdy obserwował kleryków podczas przerwy, coś go w tym widoku uderzyło, wydało mu się nienaturalne. Wciąż jednak nie potrafił sprecyzować, o co mu wtedy chodziło.
Poza tym wszystko było w normie. Podobnie dzieje się w każdej szkole czy jednostce wojskowej, gdy zdarzy się coś strasznego. Przypomniał sobie, jak wiele lat temu prowadził sprawę zgwałconej i uduszonej czternastolatki. W szkole zawisło zdjęcie dziewczyny, zapalono świeczkę i położono kwiaty. Ale śmiech i zgiełk na korytarzu nie ustawał. Zupełnie jakby się nic nie stało. W pierwszej chwili był tym zszokowany. Dopiero po latach zrozumiał, że żywi w takich sytuacjach skupiają się w swoim kręgu, by wyprzeć śmierć, odpędzić ją ostentacyjną i wręcz niestosowaną witalnością. Są podobni do rozbitków na bezludnej wyspie, którzy rozpalili ognisko i skupili się wokół buchających płomieni, by odegnać strach.
Portiera i tym razem nie było. Gdy wchodził po schodach, towarzyszył mu głuchy odgłos kroków. Na korytarzu nie było nikogo. Zapach detergentów mieszał się z wonią aromatycznego sosu. Są po kolacji. Poczuł, że soki trawienne w żołądku uaktywniły się. Uświadomił sobie, że poza śniadaniem nic dzisiaj nie jadł.
Raz jeszcze się rozejrzał. Pewny, że nikt go nie widzi, przyłożył ucho do drzwi gabinetu rektora. Usłyszał cichy jęk. Nie mógł się pomylić. Czyjś głos falował za drzwiami, unosił się, trwał w zawieszeniu i opadał.
Heinz powoli nacisnął klamkę i otworzył drzwi.
Musiało minąć kilka sekund, zanim zauważył człowieka siedzącego na podłodze ze skrzyżowanymi nogami. Ogolony na zero mężczyzna trzymał dłonie na kolanach. Czarna koszula z krótkim rękawem nie była w stanie zasłonić zwojów mięśni.
Ten facet więcej czasu spędza na siłowni niż w konfesjonale – pomyślał Heinz.
Z charczącego głośnika dobiegała melorecytacja, która Heinzowi z niczym się nie kojarzyła. Z całą pewnością nie były to pieśni autorstwa rektora Majdy.
Rozległ się charakterystyczny dźwięk buddyjskich dzwonków.
– Osiem i pół – powiedział nagle mężczyzna i w tej samej chwili muzyka ucichła.
– Oglądałem – odparł Heinz. – Świetne kino.
– Nie – mężczyzna otworzył oczy. – Nie chodzi mi o Antonioniego. Osiem i pół – powtórzył. – Pamięta pan dowcip o milicjantach z czasów stanu wojennego? Dlaczego milicjanci palą papierosy Osiem i pół? Bo skończyli osiem klas podstawówki i pół szkoły milicyjnej. Sądząc po pańskim wieku, powinien pan to dobrze pamiętać. – Wpatrywał się w Heinza.
– Skąd pan wie, że jestem policjantem? – zapytał, ignorując uwagę.
– Jesteśmy w budynku, którego ściany mają uszy. – Profesor wykonał teatralny gest, jakby przykładał ucho do drzwi.
Wstał. Był podobnego wzrostu co Heinz. Otrzepał czarną koszulę, podszedł do magnetofonu i wyłączył muzykę. Dopiero wtedy usiadł za biurkiem i wskazał Heinzowi miejsce naprzeciwko.
– To, co pan słyszał przed chwilą, to pieśni mnichów buddyjskich. Od lat praktykuję taką formę medytacji, co, nawiasem mówiąc, natrafia na pewne opory… Ale ojciec de Mello miał znacznie większe problemy. I to z samym kardynałem Ratzingerem…
– Proszę posłuchać – przerwał mu Heinz. – Nie interesują mnie problemy ojca de Mello ani pańska wiedza na temat milicjantów i Antonioniego…