– Rutger… – wtrącił nagle mężczyzna i potarł siwy zarost.
– Co?
– Nazywam się Rutger. Zupełnie jak Rutger Hauer. Pamięta pan psychopatę z Autostopowicza?
– Psychopatów zapamiętuję dobrze. Bliżej mi do takich postaci niż do ojca de Mello. Ksiądz posłucha – pochylił się nad stołem, czując, że Rutger znów chce mu przerwać.
Wyczuł zapach, którego się nie spodziewał.
– Mam dwa trupy – wyprostował palec wskazujący i środkowy. – Dwóch kleryków z tego seminarium. I – popatrzył Rutgerowi w oczy – to nie jest film. To się zdarzyło naprawdę.
– Czego zatem pan chce ode mnie? Tak w ogóle ma pan jakieś nazwisko?
– Heinz. Jak ketchup. W zasadzie pytanie mam jedno. Przy zwłokach Rakowieckiego i Leskiego nie znaleźliśmy żadnych dokumentów, biletów autobusowych, kart kredytowych, słowem: niczego, co ułatwiłoby nam identyfikację ofiar. Śledztwo pewnie stałoby w miejscu, gdyby nie drobny szczegół…
– Mówi pan o kartce z moim nowym numerem telefonu? Zadzwoniliście. Przyjechałem, zidentyfikowałem chłopców. Co jeszcze mam zrobić?
Rutger zacisnął pięści.
– Otóż – Heinz mówił twardo – od początku zadaję sobie jedno pytanie, a odkąd tu przyjechałem, pytanie to stało się moją obsesją…
– Chętnie pomogę panu uporać się z obsesjami. – Rutger ni to się skrzywił, ni to uśmiechnął.
– Jak to możliwe, że przy tym dystansie, który panuje w seminarium między wykładowcami a studentami, przy tym pseudowojskowym drylu jakiś student ma numer pańskiej komórki? Wytłumaczy mi pan to?
Rutger nie od razu odpowiedział. Otworzył skórzaną teczkę i zaczął zgarniać do niej notatki i książki. Na grzbiecie najgrubszej widniało pięć słów napisanych prostym liternictwem. W górnej linii: Tadeusz Rutger, poniżej: Ezechiel – prorok niezwykły. Zauważył, że Heinz patrzy uważnie na stos książek.
– Ezechiel. Mój ulubiony prorok. Mówi się o nim, że nie co odbiegał od normy. Dziś tacy jak on są gwiazdami pop kultury.
Rutger… Gdzieś już się spotkał z tym nazwiskiem. Pierwszy raz taka myśl przemknęła mu przez głowę, gdy przeszukiwał policyjny bank informacji.
Dwa metalowe zamki szczęknęły i profesor odłożył torbę.
– Zanim odpowiem na to pytanie, coś panu powiem.
Wziął głęboki oddech i zamknął oczy. Heinzowi wydawało się, że Rutger zaczyna mówić do samego siebie, jakby nagle przemienił się w natchnionego starotestamentowego proroka.
– Pan mówi o pseudowojskowym drylu? To nie wie pan, o czym mówi. Dryl to był wtedy, gdy ja byłem w wieku tych wszystkich Rakowieckich, Leskich… Pamiętam, jak ustawialiśmy się w dwóch równych szeregach i szliśmy na ranną mszę o szóstej trzydzieści. Codziennie mijaliśmy drzwi pomocnika mistrza nowicjatu i drżały nam nogi ze strachu… – Rutger nerwowo przełknął ślinę. – Czasem te drzwi się otwierały i pomocnik bez słowa wskazywał na któregoś z nas. To wskazanie było równoznaczne z wyrokiem. Z wyrzuceniem z seminarium. Kleryk musiał się spakować, wyjść bez pożegnania, a furmanka podwoziła go na dworzec. Żadnego odwoływania się, żadnego gadania! Takie były czasy. I powiem panu – profesor otworzył oczy – to były dobre czasy.
W oddali usłyszeli odgłos mechanicznej kukułki. Skąd tu się wzięła kukułka?
Zielone oczy wpatrywały się w Heinza, ale tak naprawdę patrzyły gdzieś w odległą przeszłość, łowiąc dalekie wspomnienia.
I nagle oczy Rutgera stały się nad wyraz czujne i przytomne. Powróciły do teraźniejszości.
– A teraz wyleczę pana z obsesji. Rakowiecki i Leski mieli mój numer telefonu. To byli ciekawi studenci. Ciekawi do czasu… Organizowaliśmy nawet dodatkowe spotkania po obowiązkowych zajęciach.
– Czy Rakowiecki w tych spotkaniach też uczestniczył? Mówią, że to leser…
– Gdzie tam leser! – Rutger obruszył się. – Po prostu nie lubił dogmatycznej paplaniny. Przynajmniej tak było na początku. Z czasem, też to zauważyłem, był naszymi spotkaniami jakoś mniej zainteresowany. Co innego Leski. Ten chciał na przykład wiedzieć, o co chodzi w antropologii Rene Girarda i na czym polega mechanizm szukania w rozmaitych religiach kozła ofiarnego. Przypadki Hioba, Jezusa są z tego podwórka. Później mówiłem im o neuroteologii…
– O czym?
Zanim Heinz usłyszał odpowiedź, ktoś cicho zapukał do drzwi. W drzwiach stał chłopak o zapadniętych policzkach.
Szczur. Ten sam, który spowiadał się ojcu duchowemu. Spowiadał. Akurat. Zwyczajnie donosił na kolegów.
– Przyniosłem księdzu profesorowi te pierożki, które matka zamówiła – przemówił Szczur zupełnie nieskrępowany obecnością Heinza. – Z pędami bambusa, kiełkami, grzybami mun i… pamiętaliśmy, żeby były wegetariańskie. Zamiast mięsa jest tofu.
– Wrzody żołądka i bóle w stawach to pamiątka stanu wojennego i zimnych cel – powiedział Rutger. – I kiepski wzrok, bo dostałem pałką po głowie. Dlatego nie lubię policjantów, ale muszę lubić lekarzy spowiadających moje ciało z chorób – popatrzył znacząco na Heinza. – Los sprawił, że zacząłem jeść takie dziwne rzeczy i od tego czasu czuję się lepiej.
Szczur zniknął w drzwiach. Ponownie rozległ się metaliczny dźwięk zamków i po chwili pierożki zniknęły w przepastnej torbie.
– Wracając do Rakowieckiego i Leskiego… – Heinz niecierpliwie poruszył się w fotelu. Ostatnia rzecz, na jaką miał ochotę, to słuchać wykładów o jakimś Girardzie, neuro-czymś-tam oraz wspomnień o koksownikach porozstawianych na śniegu. – Nie chodzi mi o pański telefon. Chodzi mi o to, gdzie są ich komórki i laptopy…
W oczach Rutgera ujrzał zdumienie.
– Telefony i prywatne laptopy są zakazane. To niestety resztki starego stylu, gdy seminarzyści musieli wyzbyć się wszelkich dóbr, a zwłaszcza prawa do prywatności. Tu muszą im wystarczyć ogólnodostępne komputery…
– Czyli nic pan o tym nie wie?
– Nie wiem. Zresztą zawiesiłem swoje prywatne seminarium kilka miesięcy temu. Od tego czasu nie spotkałem się z Rakowieckim i Leskim.
– Dlaczego? Przecież Leski to taki błyskotliwy student… A Rakowiecki też niczego sobie.
Rutger zamilkł. W oddali znowu odezwała się kukułka.
– Powinni być jak wojsko. – Ksiądz położył palce na powiekach, jakby zamykał oczy zmarłemu. – Powinni być jak żołnierze wystrzegający się pokus…
– Ale nie wszyscy są odporni i ksiądz się czegoś dowiedział… Czy tak?
– Jestem zmęczony.
Rutger zamknął oczy.
Są jak wojsko. Jak bezwolne automaty. Jak mechanizmy nakręcane cudzą ręką.
Przypomniał sobie seminarzystów krążących po korytarzu podczas przerwy. Już wiedział, co go w tym obrazie uderzyło.
– Niech mi pan coś wyjaśni. Widziałem kleryków podczas przerwy w zajęciach. Niby ze sobą rozmawiali, ale… Ale tak jakoś sztucznie, na dystans… Tak jakby nie byli kolegami, ale obcymi ludźmi…
Z klatki piersiowej profesora wydobył się ni to jęk, ni to ciężkie westchnienie.
– Pan jednak nic nie wie o tutejszych zwyczajach… Po pierwsze, oni nie są kolegami. Tu nie ma przyjaciół. Właściwie nie ma nawet kolegów.
Tak samo jak w policji – pomyślał Heinz.
– Po drugie, przestrzegamy tu reguły tactusu. Tactus to po łacinie dotknięcie. Dotkniesz innego seminarzystę, po- klepiesz go przyjacielsko po ramieniu i… – Machnął dłonią w stronę okna.
– Wylatujesz?
– Właśnie.
– Obawiam się, że będziemy musieli dokończyć tę rozmowę. – Heinz wstał. – Być może już nie w tych wygodnych fotelach. – Poza tym, księże profesorze – odwróci! się od drzwi – wydaje mi się, że łączenie buddyzmu z alkoholem to zła kombinacja. To dlatego odbywa pan wraz ze studentami spacery po dziedzińcu, by nie wyczuli, że pan pił w ciągu dnia? Anthony de Mello byłby zniesmaczony.