Rutger siedział bez ruchu. Wiatr poruszył okiennicami, a mimo to Heinz kolejny raz tego dnia pomyślał, że jest mu duszno.
Na korytarzu panowała cisza. Światło migoczących jarzeniówek odbijało się w niebieskiej posadzce. Skwierczenie jarzeniówek przypominało dźwięk wydawany przez oszalałego owada, który wpada przez otwarte okno do pokoju i odruchowo lgnie do światła.
Heinz ruszył w stronę schodów. Gdy minął portret Jana Pawła II, usłyszał odgłos, który nie dobywał się spod sufitu. Chrobot powtórzył się. Dobiegł zza wyłomu, prowadzącego, jak zdołał się wcześniej zorientować, w kierunku krótkiego korytarzyka. Wyłom wzmocniony był, dobudowanym najpewniej później, nieotynkowanym solidnym filarem. Dźwięk pochodził stamtąd. Ktoś tam stał i nadepnął na poluzowaną płytkę.
Heinz zdecydował się. Zrobił w tym samym rytmie jeszcze trzy kroki i gdy doszedł do wyłomu, gwałtownie skoczył za filar. Zobaczył przerażoną twarz o zapadniętych policzkach, które nabiegły krwią, gdy Heinz zaczął miażdżyć przedramieniem grdykę chłopaka.
– Szczur, szczur, zabiłem szczura – wychrypiał do ucha.
– Pamiętasz to?
Nacisnął przedramieniem jeszcze mocniej. Chłopak zaczął charczeć.
– Pewnie ty się nie cieszysz, ale ja jestem bardzo zadowolony, że cię spotkałem – wycedził przez zęby Heinz. – Ktoś taki jak ty z pewnością dużo słyszy i dużo widzi, prawda? Donosisz ojcu duchowemu na innych studentów, podlizujesz się Rutgerowi jakimiś obrzydliwymi pierożkami… Co wiesz o Rakowieckim i Leskim? Gdzie znikły ich komórki i laptopy? Gdzie to ukrywacie, do cholery?
Puścił chłopaka, który padł na kolana i złapał się obiema dłońmi za gardło. Heinz usłyszał za sobą ciche chrząknięcie. Odwrócił się.
– On nic panu nie powie. – Rutger trzymał w dłoni skórzaną torbę i kołysał nią nerwowo. Przez drugą rękę przerzucił czarną marynarkę.
Heinz podszedł do profesora. Po raz kolejny poczuł woń źle strawionego alkoholu.
– Szczur nie powie? A to dlaczego? Zaraz się pan przekona, profesorze, że będzie gadał. – Spojrzał na chłopaka.
– Silentium sacrum - powiedział cicho Rutger, unosząc palec do ust.
– Że co?
– Silentium sacrum. Uświęcone milczenie należy do odwiecznych reguł przestrzeganych w seminariach. Silentium sacrum zaczęło się kilka minut temu. Wtedy kończę dyżur. – Profesor machnął torbą.
Szczur poderwał się, jakby otrzymał znak, minął Heinza i pobiegł korytarzem.
– Niech pan sobie odpuści – szepnął Rutger. – Wpłynął pan na zupełnie nieznane sobie wody. To – wskazał ręką korytarz – zupełnie inny świat.
Machnął teczką na pożegnanie. Heinz patrzył na przygarbione plecy profesora i po raz pierwszy pomyślał, że Rutger jest o wiele starszy, niż się wydaje.
Coś wgniata go w ziemię.
Był na półpiętrze, gdy usłyszał stłumiony jęk. Stanął jak wryty. Powoli, by nie wywołać najmniejszego hałasu, wszedł na piętro. Rozejrzał się po skąpo oświetlonym korytarzu. Nie, nie mylił się. Drzwi znajdujące się najbliżej schodów były niedomknięte i stamtąd dochodził odgłos.
– Admaiorem Deigloriam examen conscientiae* - szepnął ktoś.
– Ad maiorem Dei gloriam flagellatio*'' - odpowiedział inny głos.
Przez szparę w drzwiach dostrzegł sylwetkę starego spowiednika. Tego samego, któremu rektor kłaniał się na korytarzu.
Usłyszał suchy trzask, a potem jęknięcie. Młodszy głos powiedział coś po łacinie.
Uderzenie i jeszcze jeden stłumiony jęk.
Jak to powiedział Karloff? Zrobiliby furorę na You Tubie? Ci dwaj z pewnością.
Zbiegł na dół, otworzył drzwi, potrząsnął głową, jakby wynurzył się z wody. Gdy nabrał gwałtownie powietrza, poczuł ból, jakby coś rozrywało mu płuca.
* Ad maiorem Dei gloriam examen conscientiae (łac.) – Na chwałę Boga Najwyższego rachunek sumienia. ''„„Admaiorem Deigloriam flagellatio (łac.) – Na chwałę Boga Najwyższego biczowanie.
21
Zanim wrócił do hotelu, podjechał do Ronda Wiatraczna i bez kłopotu znalazł miejsce, o którym słyszał od Karloffa. Mimo że było po dziewiątej, w barze specjalizującym się w kuchni orientalnej panował tłok. Krople tłuszczu majestatycznie skapywały z opiekanego mięsa na podstawkę, wokół roztaczał się aromat bakłażana i fasoli. Heinz poczuł nagły skurcz żołądka. Soki żołądkowe pracowały na całego. Odruchowo wsunął kciuk za pasek i poczuł, że spodnie nie uciskają tak jak tydzień wcześniej. Chudł zawsze, gdy prowadził sprawę poza Katowicami. Gdy brał udział w śledztwie na terenie Śląska, lodówka stawała się jego wiernym przyjacielem i wtedy jadł kompulsywnie, by pozbyć się stresu. Może to dobrze – jeszcze raz sprawdził odległość dzielącą brzuch od paska – że jestem poza domem. Chociaż tak naprawdę nigdzie nie mam domu, co najwyżej mam mieszkanie.
Nad barem znajdował się szyld z informacją, że lokal czynny jest od dziewiątej rano do drugiej w nocy. Zamówił kebaba o rozmiarze XXL i usiadł przy stoliku. Obok siedziało trzech mężczyzn o śniadej cerze. Patrzyli nieufnie na Heinza i mówili coś w niezrozumiałym dla niego języku.
Inny świat – pomyślał pół godziny później – wyciągając się na niewygodnym łóżku, które nieznośnie skrzypiało przy każdym ruchu.
Wpłynąłem na nieznane wody. Z głośników laptopa rozbrzmiewał Cross Road Blues, znany standard Roberta Johnsona.
Przypomniał sobie uwagę jednego ze swoich mentorów – oficera, który brał udział w śledztwie o kryptonimie „Anna”. Było to najgłośniejsze śledztwo w czasach Polski Ludowej, zakończone wyrokiem śmierci dla zabójcy kobiet, wampira Marchwickiego. Myśl nie tylko o tym, co zobaczyłeś, pomyśl także o tym, czego ci zabrakło – mawiał major Arnold Talar. Nie wszystkie mądrości trzeba eksportować z Liverpoolu czy Quantico.
Inny świat. Czego w nim zabrakło? W seminarium nie było śladu po Rakowieckim i Leskim. Tak jakby nigdy się tam nie uczyli. Wymazano ich tak, jak wymazuje się dane z twardego dysku komputera. Zginęli dwaj studenci. Normalną koleją rzeczy powinny gdzieś zawisnąć ich zdjęcia przepasane kirem, powinien palić się znicz otoczony kwiatami lub w wieńcu. Nigdzie tego nie było. Nawet cienia żałoby. Specjalnie przeszedł się po całym budynku, by to sprawdzić. Razem z rektorem wszedł do pokoju, który jeszcze niedawno należał do kleryków. Uderzyło go to, że okno było szeroko otwarte. Heinz stał w drzwiach i patrzył na świeżą pościel, idealnie przykrywającą dwa łóżka. Zajrzał do opróżnionej szafy i martwych, ziejących pustką szuflad.
Zupełnie jakby przeprowadzono tu dezynfekcję – pomyślał. Za pomocą krochmalu i świeżego powietrza wygnano śmierć.
Świat seminarium rządził się swoimi prawami. Jak ląd dryfujący z sobie tylko znanym prądem. Tactus. Klerycy bali się najmniejszego kontaktu fizycznego, który sprawiłby, że byliby na językach wszystkich, ale dwóch z nich, przynajmniej dwóch, sprzeniewierzyło się żołnierskiej dyscyplinie, jakby pewnie powiedział Rutger. Ojciec duchowy zasłania się tajemnicą spowiedzi, a równocześnie w seminarium kwitnie donosicielstwo. Przypomniał sobie zapadnięte policzki Szczura. Co innego na wierzchu, co innego pod spodem.
To wszystko, co się tam dzieje, wygląda na jeden wielki pic. Większy niż niskie ceny w hipermarkecie i raty zero procent.
Trafiłem na jakiś dziwny ląd, w którym panuje osobliwy system powiązań. Tych ludzi – pomyślał – łączy jedno: żaden z nich nie chce nic powiedzieć.