Robert Johnson zaczął grać introdukcję do kolejnego bluesa. Heinz pokręcił głową. Geniusz. Prawdziwy geniusz. Ciekawe, jak czuje się rektor Majda, śpiewak od siedmiu boleści, perfekcjonista w każdym calu, boski zegarmistrz nakręcający tryby złożonego mechanizmu, któremu wszystko wymknęło się w seminarium spod kontroli. Egotyk rozsyłający uśmiechy i zarażający dobrocią.
Coś go tknęło. Włączy! laptopa i wpisał nazwisko rektora. Na pierwszym miejscu znajdował się odsyłacz do Wikipedii. „Jan Majda – ksiądz, gwiazda nurtu sacropolo, rektor seminarium diecezjalnego w Warszawie” – przeczytał.
Ilekroć Majda wspominał o Rutgerze, jego twarz zacinała się w grymasie złości. Wpisał do przeglądarki nazwisko profesora. Wybitny biblista zajmujący się… Wśród wielu wymienionych dyscyplin Heinz kojarzył tylko biblistykę. Zainteresowała go informacja, że profesor jest jednym z najbardziej kontrowersyjnych intelektualistów w łonie Kościoła. W dalszej części artykułu padały nazwiska Anthony'ego de Mello, kontrowersyjnego teologa Hansa Kunga i kilka innych, które Heinzowi nic nie mówiły.
Ten muskularnie zbudowany duchowny, egzaltowany wielbiciel buddyzmu, budził jego ciekawość. Korzystał z gabinetu rektora, mimo że Majda za profesorem nie przepadał. Dlaczego? Tego Heinz nie wiedział. Może łączyło ich coś, co wykraczało poza banalne reguły akademickiej zależności. Poza tym Rutger lubi sobie chlapnąć, a tego w seminarium nie da się ukryć.
Wreszcie ten tajemniczy spowiednik, który wygłasza formułki w martwym języku i odprawia jakieś sadystyczne rytuały. Ad maiorem Dei gloriam…
O drugiej w nocy obudził go własny krzyk. Śniło mu się, że stoi przywiązany do drzewa i patrzy w rozpalone oczy Inkwizytora trzymającego pejcz.
– Ad maiorem Dei gloriam, ad maiorem Dei gloriami -wrzeszczał Inkwizytor, a na skórzanej plecionce ozdobionej rzędem niewielkich haczyków wrzynających się w ciało Heinza osadzały się krople krwi.
22
– To nie ma sensu – powiedział do Karloffa, gdy kilka minut po dwunastej usiedli w restauracji Banja Luka na Puławskiej.
Był dziewiętnasty kwietnia 2007 roku. Nagłówki wszystkich gazet odświętną czerwoną czcionką informowały, że stało się coś niezwykłego. Informacje o przyznaniu Polsce i Ukrainie organizacji mistrzostw Europy w 2012 roku zapełniały wszystkie możliwe rubryki, od pierwszej strony po zwyczajowo umieszczany na końcu gazet sport. Każdy tytuł kończył się obowiązkowym tego dnia wykrzyknikiem.
Narodowy orgazm przy udziale piłki nożnej – Heinz pomyślał ze złością o stadnej miłości Polaków do futbolu. Gigantyczny balon wypełniony nadziejami o potędze i frustracją.
Z Karloffem spotkał się o dziewiątej w Pałacu Mostowskich.
Tego dnia Karloff od rana pracował. Można nawet powiedzieć – intensywnie pracował. Krążył dookoła stolika zawalonego dokumentami. W pokoju przesłuchań były jeszcze dwie osoby. Dwaj najwyżej dwudziestoletni łysole kulili się na krzesłach, ilekroć przesłuchujący zbliżał się do nich niczym drapieżny kot do ofiary. Przesłuchanie zaczęło się półtorej godziny wcześniej. Heinz przypatrywał się przesłuchaniu przez dwadzieścia minut, zamienił z Karloffem kilka słów, gdy ten wyszedł z pokoju, po czym zszedł na dół. W punkcie informacyjnym Komendy Stołecznej siedziały dwie trzydziestolatki, których zadaniem było spławianie szaleńców i natrętów. Zapytał tę, która wydawała mu się atrakcyjniejsza, o najbliższy sklep z kosmetykami.
– Proszę pójść do Błękitnego Wieżowca na Placu Bankowym – odpowiedziała bez wahania, tak jakby policjanci z komendy codziennie zadawali jej podobne pytania.
Heinz wszedł do sklepu i poprosił o różową szminkę.
– Jakiej szminki pan potrzebuje? – zapytała znudzonym głosem dziewczyna przy stoisku.
– No… różowej, pani Violu – odpowiedział niepewnie. Na plakietce przypiętej do kremowej bluzki przeczytał: „Viola – asystentka wizażystka”.
– Ale jakiego różu ta pani używa? – wizażystka pytała natarczywie. W stronę Heinza odwróciły się głowy dwóch kobiet, które w dawnych czasach zwykło się nazywać ryczącymi czterdziestkami.
Swoją drogą muszę zapytać syna, jak się takie kobiety nazywa dzisiaj. O ile go kiedyś spotkam – pomyślał i rozłożył bezradnie ręce.
– Niech pan sobie przypomni, jakiej używa żona. Matowa szminka czy perła? A jak matowa, to z drobinkami czy bez? Poza tym co to za róż? Brudny czy jaśniejszy odcień? Może pamięta pan nazwę firmy albo numer katalogowy…
Heinz przypomniał sobie swoją półkę z kosmetykami, przymocowaną do lustra nad umywalką i wiecznie ochlapana odpryskami pasty do zębów. Jego syn miał całą baterię kosmetyków. Te, które należały do Heinza, można by zmieścić w kieszeni spodni.
Miał dosyć drobiazgowej Violi.
– Pani da jakąkolwiek. Byle niedrogą – powiedział. – Poza tym – chciał, by usłyszały to wścibskie klientki sklepu – to nie dla żony. To w ogóle nie dla kobiety. To dla mojego psa.
Był pewien, że trzy pary zgorszonych oczu odprowadzają go do wyjścia.
Wrócił do Pałacu Mostowskich. Czerwony na twarzy Karloff z podwiniętymi rękawami białej koszuli i wielkimi plamami potu pod pachami wyglądał jak bohater francuskiego filmu policyjnego.
Heinz otworzył drzwi pokoju przesłuchań w tym samym momencie, gdy wielka pięść Karloffa rąbnęła w stół.
Popatrzył w przerażone oczy łysoli. Gdzieś uszła z nich cała odwaga, którą zwykli się popisywać w grupie. Usiadł przy stole i zaczął od niechcenia przeglądać akta. W końcu dogrzebał się do zdjęć Rakowieckiego i Leskiego. Czuł, że łysole patrzą na niego błagalnie. Szukają pomocy, tak jak tonący rozpaczliwie szuka wokół siebie koła ratunkowego.
– To jak wreszcie było? – przemówił łagodnym głosem, jakby zapowiadał prognozę pogody. Karloff był tym złym policjantem, on zaraz wcieli się w rolę dobrego. – Ty się nim zająłeś? – Heinz zwrócił się do wyższego chłopaka, pokazując mu zdjęcie Rakowieckiego. – A może tym drugim? No, jak to się odbyło?
– Proszę pana, my nie mamy z tym nic wspólnego – łysol zaczął mówić gorączkowo.
– Pierdolisz! – wycedził przez zęby Karloff. – Widzisz – zwrócił się do Heinza – pierdoli…
– Proszę pana, mówiłem pańskiemu koledze…
– Zamknij się! – Blizna na twarzy Karloffa nabrała purpurowego odcienia. – Skąd wiesz, łysy śmieciu, że jesteśmy kolegami?
Była najwyższa pora, by Heinz wkroczył do akcji.
– Nie macie z tym nic wspólnego… Jak możecie to udowodnić?
– Wtedy nie było nas w Warszawie… – powiedział niższy.
– Tyle że nikt tego nie potwierdzi – warknął Karloff. – A zeznania waszych kolegów to wyjątkowo gówniane alibi.
– To gdzie wtedy byliście? – zapytał Heinz.
Zaczęli mówić obaj, wchodząc sobie w słowo. Wiedział, że odpowiadali już na to pytanie. Przedstawiali swoją wersję i czuli się coraz pewniej, a o to przecież chodziło, by uśpić ich czujność.
– A to? – przerwał nagle Heinz, stawiając na środku stołu szminkę, która wyglądała jak pocisk karabinowy.
Łysole nerwowo wiercili się na krzesłach, a Karloff sapał.
– A to? – powtórzył Heinz. – Różowe trójkąty. Dwadzieścia jeden trzydzieści siedem – mówił powoli, testując spojrzeniem przesłuchiwanych.
Nie był już dobrym policjantem. Rola dobiegła końca. Łysole popatrzyli na siebie ze zdziwieniem. W końcu wyższy nie wytrzymał.
– Co jest, gościu? – patrzył na Heinza ze złością. – Jakie trójkąty, jakie cyfry? Co to, Bolo? – zwrócił się do kolegi. – Twój szczęśliwy numerek czy co? – Lekko uniósł się z krzesła.
Chciał powiedzieć coś jeszcze, ale nie zdążył. Dłoń Karloffa zacisnęła się na białym t-shircie chłopaka i usadziła go na miejscu. Rozległ się trzask rozdzieranego materiału.