Выбрать главу

– Nie podnoś się bez pozwolenia, bo uznam to za napaść na policjanta. A poza tym gówniane macie te t-shirty – wycedził Karloff. – Azjatycka tandeta…

***

– To nie ma sensu – powtórzył Heinz.

Karloff przeglądał kartę dań i wydawało się, że nie słucha.

– Ten twój zasrany Bolo i ten drugi nie mają z tym nic wspólnego. Sądzisz, że oni na co dzień noszą przy sobie szminkę? Może także cienie do powiek?

– Prywatnie nic nie sądzę. – Karloff przewrócił kartę menu. – Ale czasem jestem takiego zdania jak moje szefostwo. A oni – rozejrzał się za kelnerem – uważają, że trop neofaszystowski jest okej. Poza tym Osuch mówił, że są naciski z góry, żeby zamknąć sprawę.

– To zamknij mordercę – powiedział Heinz. – Rakowieckiego i Leskiego zabił ktoś dobrze przygotowany. Te trójkąty i liczby nie były wynikiem improwizacji. Ktoś to dobrze zaplanował. A ci dwaj szmaciarze mają mniej zwojów mózgowych niż włosów na głowie. Łysi głupole… -

Sam to powiedziałeś.

– Umówiłem się tu z pewnym facetem – odpowiedział

Karloff. – On nam naświetli sprawę. Sam uznasz, co robić z tym dalej. Moja prywatna opinia jest taka, że drepczemy w miejscu.

To, co zdarzyło się później, powracało następnie we wspomnieniach Heinza niczym senny koszmar. Do stolika przysiadł się chłopak w stroju kuriera rowerowego. Okazało się, że jest pracownikiem fundacji monitorującej ruchy neofaszystowskie.

– To niezmiernie rzadkie przypadki, by w grę wchodziła obyczajowość – powiedział, nadziewając na widelec kostkę ociekającej oliwą fety. – Rozmaici neofaszyści i nacjonaliści atakują głównie z pobudek rasowych i ideologicznych. Z gejami ścierają się podczas akcji w rodzaju Parady Równości.

Wytarł dłonie w papierową serwetkę i otworzył płócienną torbę.

– Tu – pomachał plikiem spiętych kartek – mam wypis z naszej czarnej księgi z ostatnich kilku lat. W czarnej księdze odnotowujemy działalność naszych ulubieńców. Mamy tu napady na czarnoskórych studentów, starcia z anarchistami podczas koncertów… O, nawet atak skinheadów na żywe modele na wystawie garniturów w Katowicach. Swoją drogą – podniósł wzrok znad gęsto zadrukowanych kartek – czarnoskóry model w białym garniaku Vistuli to ciekawy widok…

– Jak Śpiewak jazzbandu. - Karloff przywołał tytuł z najgłębszych pokładów pamięci. Zwiniętą pieść przyłożył do ust i wydął policzki, jakby grał na trąbce.

Drobiny czerwonej papryki i zielonego ogórka pofrunęły w kierunku pary, która najwyraźniej omawiała szczegóły planowanego wesela. Zanim przysiadł się kurier rowerowy, Heinz usłyszał histeryczny szept pana młodego in spe. „Tylko żadnych datków dla głodnych etiopskich brzuszków ani zabawek dla domu dziecka. Kasa, Misiu, kasa” – potrząsał dłonią oblubienicy, na której lądowały teraz resztki sałatki. Narzeczony gwałtownie wstał w geście oburzenia. Musiał jednak w oczach Karloffa dostrzec błysk, który sprawił, że równie szybko usiadł i zaczął szeptać coś do dziewczyny, patrząc na mężczyzn przy stole obok.

– Należało się wam. – Heinz odwrócił głowę w stronę szeleszczącego kartkami przedstawiciela fundacji.

– Ostatni przypadek z gejami i jednocześnie klerykami zdarzył się dwa lata temu. Na Śląsku. Grupka skinheadów zaatakowała uczestników zabawy sylwestrowej w jednym z klubów. Potem tłumaczyli, że wzięli przebierańców za gejów. Traf chciał, że w grupie imprezowiczów byli klerycy, i zrobił się dym.

Karloff mlasnął i pomasował się po brzuchu.

– Świetne żarło. Ale jelita mówią, że trzeba oddać dług naturze. Jedną drogą wpada, drugą wypada – zaśmiał się.

Między jego zębami tkwiły brązowe skrawki gurmanskiej plaskavicy.

Kurier rowerowy wpatrywał się w plecy oddalającego się Karloffa.

– A skoro już jesteśmy przy Śląsku… – powiedział – jest tam taka hałaśliwa organizacja. Nazywa się White Point. Sądzimy, że jest to klon ruchu Krew i Honor… Pan nazywa się Heinz, dobrze słyszałem?

Heinz potwierdził skinieniem głowy.

– Więc w tym White Point – kurier zagłębił się w jedną z kartek – działa według naszej wiedzy niejaki Krzysztof Heinz. W tym miesiącu brał udział w akcji przeciwko „marszowi żywych” w Krakowie oraz w zjeździe nacjonalistów pod górą świętej Anny. Ostatni wyczyn to już na Śląsku. Całkiem świeże sprawy…

Heinz poczuł, że krew napływa mu do twarzy. Gwałtownie poderwał się od stolika. Grupki biznesmenów umówionych na lunch wirowały wokół. Był zamroczony. Zupełnie jakby potężny cios wylądował na jego podbródku.

Albo jakby wypił za dużo. Tyle, ile w dawnych czasach.

Nie pamiętał, co działo się potem. Ocknął się za Piotrkowem Trybunalskim. Głowę rozsadzał mu ból potęgowany rzężeniem służbowego opla. Doszedł do siebie, gdy zobaczył tablicę informacyjną wskazującą, że do Katowic pozostało pięćdziesiąt kilometrów.

Zatrzymał się na stacji benzynowej, zatankował i zamówił coś do jedzenia. Gdy kończył hot doga z mdławym sosem Tysiąca Wysp, podjechała ciężarówka. Na przyczepie z boku wisiała tabliczka: „Zwierzęta spokojne udomowione”. Gdy włączył silnik, nad tablicą rejestracyjną ciężarówki zobaczył inny napis: „Zwierzęta przeznaczone do uboju”.

Pomyślał o Rakowieckim i Leskim.

I o różowej szmince.

A potem o swoim synu.

23

– To jak zrobimy? – zapytał Lambros Kastoriadis, wiercąc się w samochodowym fotelu. – Po mojemu czy po twojemu?

– Po twojemu – mruknął Heinz.

Biały opel od pół godziny stał nieopodal baru Rio na Giszowcu. Wizjonerzy architektury, bracia Zillmanowie, projektując to osiedle, nie mogli przypuszczać, że wyrośnie na nim taki wrzód jak ta mordownia o latynoskiej nazwie. Rio cieszyło się złą sławą. Trzy lata temu w przepastnych wnętrzach barowej zamrażarki znaleziono poćwiartowane zwłoki jednego z właścicieli. Teraz nie było lepiej. Lokal uchodził za przystań kiboli „gieksy” Katowice, wszczynających podczas sezonu piłkarskiego regularne burdy.

– Jesteś pewien? – upewnił się Kastoriadis.

– Tyle o tym – potwierdził Heinz.

Lambros Kastoriadis podzielił los wielu greckich rodzin, które przybyły do Polski, gdy skończyła się druga wojna światowa, a zaczęła krwawa wojna domowa między rojalistami i komunistami. Syn profesora politologii, subtelnego badacza myśli Karola Marksa, oraz znanej rzeźbiarki dzieciństwo i młodość spędził w Polsce. W drugiej połowie lat sześćdziesiątych, gdy skończył dwadzieścia lat, wyjechał do Kalifornii. W przeciwieństwie do wielu rówieśników nie trafił na farmę Woodstock i nie przyłączył się do bukietu dzieci kwiatów. Zakotwiczył się w dojo japońskiego mistrza karate.

Gdy Kastoriadis wrócił do Polski, miał czarny pas i piąte dan, sytuujące go bardzo wysoko wśród mistrzów sztuk walki. Ożenił się z Polką i prowadził na Śląsku kursy karate. Jednym z jego uczniów był Heinz. Był nim aż do spotkania z Inkwizytorem.

Wtedy ich drogi się rozeszły. Sensei Kastoriadis i Rudolf Heinz spotkali się ponownie półtora roku temu przy okazji jednej ze spraw, w której profiler brał udział. Wiele wskazywało na to, że mistrz karate w niewłaściwy sposób wykorzystał swoje umiejętności. Po pierwsze, zamordowany był sąsiadem Kastoriadisa. Po drugie, wiarygodni świadkowie potwierdzali, że na trzy dni przed śmiercią doszło do awantury między posiadaczem czarnego pasa i ofiarą. Po trzecie – drobnostka – w ciele zamordowanego tkwiło shuriken - śmiercionośna metalowa gwiazdka, jakiej używali legendarni wojownicy Ninja oraz współcześni mistrzowie sztuk walki. Shuriken, rzucone z nieprawdopodobną precyzją i siłą, wbiło się w oczodół dobrze znanego policji Tadeusza Hibnera, miażdżąc mu czaszkę. Widmo dożywocia, na które mógł zostać skazany sensei Kastoriadis, stało się całkiem realne, i kto wie, jak zakończyłaby się ta sprawa, gdyby nie udział Heinza, który wskazał mordercę. Po czwarte – jakiś czas później, gdy sprawa przycichła i Kastoriadisem nikt już się nie interesował, na działce należącej do Hibnera znaleziono ciało zamordowanej nastolatki. Dziewczyna była w ciąży.