– Włożył pióro do ręki?
– Nie. Zdjął z niej ubranie. A właściwie to, co z ubrania zostało. I starannie ułożył wszystko w kostkę.
– Zgwałcił ją?
– Nie. Mamy już co do tego pewność.
– Kiedy to się stało?
– W środę po południu. Mamy rysopis dziwnego faceta, którego widziano wtedy w Lasku. Jeszcze dziś wyślę ci całą dokumentację. Zobacz, co da się z tym materiałem zrobić. Obawiam się… Obawiam się, że to nie koniec.
Porozmawiali jeszcze o sprawie kleryków i Krygier się rozłączył.
Heinz stracił apetyt. Wrócił do stolika, wziął nadgryzionego kebaba i wyrzucił do kosza.
Dwaj śniadzi mężczyźni za barem obrzucili Heinza wrogim spojrzeniem i zaczęli coś mówić w niezrozumiałym języku. Heinz był pewien, że mówią o nim. I że to, co mówią, dalekie jest od komplementów.
Gdy wszedł do baru na Woli, poczuł nieprzyjemne ukłucie.
Dnia Zdziwionego Policjanta najwyraźniej ciąg dalszy. Karloff siedział przy stoliku z kimś, kto co chwila wybuchał głośnym śmiechem, odsłaniając pożółkłe zęby.
– Ludzie dobrej woli witają pogorzelca, który powstał z popiołów! – krzyknął Chlaściak.
A zatem Karloff powiedział mu o Inkwizytorze. Heinz zacisnął pięści i zrobił krok do przodu, gdy poczuł, że ktoś przytrzymuje go za łokieć. Tuż za nim stała fanka rocka gotyckiego.
– Nie przejmuj się. On tak zawsze. Taki ma styl – szepnęła. – A teraz siadaj. Jesteśmy w komplecie.
Gdy wszyscy zamówili po piwie, Heinz opowiedział o spotkaniu w „Eurociuchach”. Wyjął zdjęcie, które dostał od Szczura, i zakreślił palcem postaci Rakowieckiego i Leskiego. Wskazał na księdza profesora Jana Rutgera, znakomitego biblistę, miłośnika buddyzmu w stylu Anthony'ego de Mello oraz mocnych trunków. Zrelacjonował spotkanie w seminarium. Chlaściak i gotycka Jolka coś skrzętnie notowali.
– A teraz przechodzimy do tego, co najciekawsze. Otóż klerycy w „Eurociuchach” wcale nie chcieli rozmawiać o Rakowieckim i Leskim. Chcieli mówić o tych dwóch -
Heinz zakreślił palcem twarze po lewej stronie. – Pierwszy z lewej nazywa się – sięgnął do notatek – Andrzej Skarga, drugi – Rafał Kotlarczyk. Powinni być teraz studentami trzeciego roku. Ale nie są. Nasi rozmówcy ciekawie scharakteryzowali całe to towarzystwo. Skarga to, jak powiedzieli, zdolny lawirant, gość, który cały czas próbował w seminarium dobrze się ustawić. Chwalił się, że starzy mają kasy jak lodu, prowadzą duży zakład pogrzebowy czy nawet jakąś sieciówkę dla umarlaków. Mówiło się, że stać go na upominki dla wykładowców. Taki typek. Co innego Kotlarczyk. Już na pierwszym roku uchodził za geniusza. Koleś władający biegle czterema językami. Pupilek profesora Rutgera. Nawet nasi informatorzy mówili o Kotlarczyku z zawiścią przemieszaną z podziwem. Podobno takie wunderkindy trafiają się w seminariach zakonnych, ale w diecezjalnych – sami to przyznali w rozmowie – poziom jest niższy i nikt się specjalnie do nauki nie przykłada. Po prostu chodzi o to, by zostać księdzem. Ale jak widać, są wyjątki.
– Nikt nie lubi kujonów – wtrącił Chlaściak.
– Zapewne – powiedział Karloff. – Ale kujony ot, tak nie znikają.
– Obaj, Skarga i Kotlarczyk, opuścili seminarium i słuch o nich zaginął – ciągnął Heinz. – Skarga nie pojawił się po wakacjach, Kotlarczyk zgłosił się pierwszego dnia w październiku, a krótko potem zniknął. Rozumiecie? Żadnego listu, pisma. Po prostu nic. W jednym i w drugim przypadku. A teraz mamy Rakowieckiego i Leskiego…
– Chcecie powiedzieć, że te sprawy się łączą? – zapytała gotycka Jolka. – Że maniakalny morderca poluje na kleryków seminarium duchownego?
Heinz wzruszył ramionami.
– Tych czterech łączy kilka zazębiających się elementów. To samo seminarium. Wspólne zdjęcie. Osoba profesora Rutgera, który prowadził dla nich dodatkowe zajęcia…
– Dla tego lawiranta Skargi też? – zapytał Chlaściak.
– Dla niego też. Poza tym jest jeszcze coś. W seminariach każdy obserwuje każdego. Szpiegują się nawzajem i donoszą na siebie. Big Brother - popatrzył na Jolkę – to przy tym małe piwo. Jeden z naszych rozmówców – nazywam go Szczurem – opowiedział o pewnym zdarzeniu. Był czerwiec ubiegłego roku, wieczór. Szczur stał na korytarzu i zobaczył utykającego i zakrwawionego Kotlarczyka.
– Ale jaja! – Chlaściak ukazał pożółkłe zęby. – Prymus dał sobie w banię!
– Niezupełnie. Szczur opowiedział mi o tym, co usłyszał za drzwiami. Gdy Kotlarczyk wszedł już do pokoju, który dzielił ze Skargą.
– A co usłyszał?
– Kotlarczyk mówił mniej więcej tak: „Prawie rozjechał mnie samochód. I nie uwierzysz, ale wydawało mi się, że…”
– Że co? – zapytał Chlaściak.
– Tego już nie wiemy – wtrącił się Karloff. – Szczur usłyszał jeszcze, jak Skarga mówi: „To niemożliwe”. Niestety nie dosłyszał, co tam szeptali wcześniej.
– Zawsze tak jest – mruknął Heinz. – Żadnej pomocy znikąd.
– Tak czy inaczej ktoś, przypadkiem lub nie, wpadł na Kotlarczyka samochodem. Nie ma powodu, by mu nie wierzyć. Kotlarczykowi powinien ktoś towarzyszyć, w seminarium nazywają takiego towarzysza socjuszem.
– Wiemy, kto nim był? – zapytała Jolka.
– Nie. Szczur widział tylko, jak wracał Kotlarczyk. A może taki prymus mógł wyjść na miasto sam? Może wszyscy mu ufali? – Heinz stawiał te pytania bardziej sobie samemu niż pozostałym.
Uważnie popatrzył na trójkę policjantów. Nawet Chlaściak słuchał jego relacji z nietypową dla niego powagą i skupieniem.
Heinz opowiadał dalej.
– W czasie wakacji znika jego kumpel z pokoju, Skarga. Geniusz Kotlarczyk pojawia się w październiku na uczelni i nagle, po tygodniu, porzuca seminarium. A teraz dwaj klerycy z tego samego seminarium zostają uduszeni… Czterej klerycy ze zdjęcia znikają…
– Swoją drogą ciekawe, czy profesor Rutger ma samochód. – Chlaściak popatrzył na Heinza.
– Ma – wtrąciła się Jolka. – Ten wasz Rutger to w ogóle ciekawa figura…
Przerwał jej dziwny chrzęst. Heinz odwrócił się i zobaczył dwóch mężczyzn rozgniatających zębami szklanki do piwa. Pomiędzy nimi siedziała tęga kobieta, stół zastawiony był pustymi butelkami dębowego mocnego. Jednemu z zawodników odłamki szkła wbiły się w wargi, z których płynęła strużka krwi.
– Fascynujące. – Gotycka Jolka wydęła usta. – Więc tak jak chciałeś, Karloff, uruchomiłam swoje kontakty. Porozmawiałam z Krzysztofem Bednarzem, pseudonim Koniaczek.
– To chłopak z miasta? – zapytał Heinz.
– Nie. Dziennikarz. Zresztą chłopak z miasta czy dziennikarz… Czasem na jedno wychodzi – powiedziała Jolka. -Wypytałam go o to i owo, oczywiście przy butelce czegoś mocniejszego. Ten Rutger jest powszechnie znany. Światowy ekspert od Starego Testamentu. Biblista, którego książki czytają ponoć w seminariach na całym świecie, a poza tym ciekawy gość, nieco na bakier z doktryną. Od dawna mówi się głośno o tym, że Rutger chce porzucić stan duchowny… To podobno tylko kwestia czasu. Już teraz ubiera się, zaraz, muszę znaleźć to w notesie… ubiera się „na krótko”.
– Na krótko? – zdziwił się Heinz.
– Koniaczek wyjaśnił mi, że tak nazywa się księdza, który nie nosi sutanny, ubiera się po cywilnemu, a jedyną oznaką jego stanu jest koloratka.
– To zupełnie jak z nami! – nie wytrzymał Chlaściak. – Też nie chodzę w mundurze, pod pachą noszę tylko swojego glocka. A jeśli chodzi o tego księdza, to co mu się porobiło? Kryje się za tym jakaś laska w tle?
– Raczej nie. Rutger to podobno rygorysta. Człowiek, który chciałby, żeby Kościół był jak wojsko. Zdyscyplinowany. Bez skazy. Bez grzechu. Jego medytacja i buddyzm to tylko środek do tego celu. Ponoć taka medytacja pomaga zbliżyć się do Boga. Podobno też Rutger jest w konflikcie z rektorem seminarium – Jolka sięgnęła do notatek – doktorem Majdą. Co nie przeszkadza mu korzystać z jego gabinetu. Tak przynajmniej opowiadał mój ochlapus.