Выбрать главу

Heinz potwierdził tę informację.

– A o co się pokłócili? O tę wojskową dyscyplinę? – zaciekawił się Chlaściak.

– Koniaczek nie wiedział. Powiedział mi za to, że już kilka lat temu o seminarium na Żoliborzu zrobiło się głośno, gdy okazało się, że kilku kleryków uczestniczy nadzwyczaj aktywnie w życiu towarzyskim. Wiecie, o czym mówię?

Wszyscy trzej kiwnęli głowami.

– Tyle że o Majdzie mówi się, że to świetny organizator.

I człowiek, który wie, jak się poruszać na kościelnych salonach.

Od sąsiedniego stolika dobiegł rumor. Zawodnik z rozkrwawionymi ustami padł na podłogę. Ukląkł i zaczął rytmicznie się chwiać do przodu i do tyłu. Spomiędzy palców, którymi przytrzymywał głowę, ciekła krew.

– Ty debilu! – rozległ się wrzask kobiety. – Leje się z ciebie jak ze świni! Jak ja cię teraz do domu przeprowadzę koło komisariatu na Żytniej?

Pytanie najwyraźniej należało do retorycznych, a kobieta nie pierwszy raz miała do czynienia z taką sytuacją. Szybkim ruchem podciągnęła spódnicę, zdjęła majtki i przyłożyła je do rozbitej skroni.

– A teraz – zaszczebiotała – chodź już, Rysieńku! No chodź…

– Patrzcie – wrzasnął Chlaściak, wskazując na białe majtki szybko nasiąkające czerwienią. – Nasze barwy narodowe! Patriotyzm jutra!

Kobieta drgnęła i popatrzyła na trzech mężczyzn i kobietę siedzących przy stoliku.

– Co powiedziałeś, płetwiasty alfonsie? – zasyczała do

Chlaściaka.

Patriotyzm jutra i płetwiasty alfons. Mieszanka wybuchowa. Elokwentny policjant i złotousta menelica.

Drugi z zawodników popatrzył rybim spojrzeniem na Heinza.

– Laura, daj spokój – powiedział. – Przecież to psy. Na kilometr widać.

Rysieniek, kobieta zwana Laurą i ten trzeci ruszyli w stronę wyjścia. Przy stoliku, przy którym siedział Heinz, nikt nawet nie drgnął. Spojrzenia trzech mężczyzn z powrotem skupiły się na jedynej kobiecie, która pozostała w lokalu.

– Wypytałam jeszcze Koniaczka, czy ten Rutger ma jakichś przyjaciół. I tu, uwaga, jest podobno taki jeden. Stanisław Bator. O facecie krążą legendy. Kiedyś komandos, potem misjonarz w Azji, teraz instruktor sztuk walki. A wiecie, jak na niego trafiłam?

Jolka nie czekała, aż ktoś odpowie.

– Zapytałam Koniaczka, z czym kojarzą mu się cyfry dwadzieścia jeden i trzydzieści siedem.

– I powiedział ci o śmierci papieża? – Karloff dopił piwo.

– Nie. Cyfry skojarzyły mu się z klubem prowadzonym przez Batora. Ten klub nazywa się… No zgadnijcie, jak? -Jolka rozprostowała dłoń, ukazując fioletowe tipsy.

26

Zanim wyszli, Heinz rozdzielił zadania. Chlaściak miał jeszcze raz przeczesać seminarium i dowiedzieć się jak najwięcej o czterech klerykach, którzy bądź tajemniczo znikli, bądź zostali zamordowani. Musiała przecież zostać jakaś korespondencja. Ludzie ot, tak po prostu nie znikają. Zwłaszcza przypadek Kotlarczyka wydawał się zagadkowy. Żaden natchniony geniusz nie opuszcza seminarium dobrowolnie. Zwłaszcza tydzień po rozpoczęciu nowego roku. A już z pewnością nie zrobi tego bez wiedzy mentora. Bez wiedzy profesora, który otoczył go opieką. Opieką – tu Heinz się zastanowił – pojętą może zbyt dosłownie.

Umówili się, że gotycka Jolka sprawdzi w Zintegrowanym Systemie Informacji Policyjnej, czy odnotowano w nim nowych bohaterów. Dopóki chodziło o Rakowieckiego i Leskiego, poruszali się po omacku. Teraz do sprawy wkroczyli dwaj nowi klerycy oraz Stanisław Bator. Człowiek, o którym krążą legendy.

Heinz postanowił, że rano zajrzy z Chlaściakiem do seminarium. Nie ufał umiejętnościom policjanta o pożółkłych zębach. Nawet dziś się nie wykazał. Nie zapytał o to, dlaczego dwaj wścibscy klerycy, Roszkowski i Szczur, zdecydowali się porozmawiać z policją. Inna sprawa, że odpowiedź nie należałaby do najmądrzejszych. Przypomniał sobie zmieszane spojrzenie Roszkowskiego, gdy sam zadał mu to pytanie.

– Lepiej ty powiedz – Roszkowski zwrócił się do Szczura.

Wymoczek wziął do ręki zdjęcie.

– Tu jest naszych czterech kolegów. I nasz wykładowca. A on – Szczur popatrzył na Roszkowskiego – zrobił im to zdjęcie. Więc sami rozumiecie…

– Że niby co? – nie wytrzymał Karloff. – Wydaje się wam, że wszyscy, którzy mają coś wspólnego z tym zdjęciem, giną? – Blizna na twarzy wydłużyła się. – Że to jak w tym filmie o kasecie wideo, która zabija? Zapomniałem tytułu…

– Ring… - podpowiedział Heinz.

– No właśnie, Ring. Lecz się, chłopie. – Karloff popatrzył na Roszkowskiego. – Jeden z drugim, leczcie się. I jeszcze jedno – zniżył głos. – Doceniamy wasze informacje, ale od tej pory koniec z harcerstwem i prywatnym dochodzeniem. Zrozumiano?

Zatem Chlaściak nie zadał oczywistego pytania. Inna sprawa, że gotycka Jolka też o to nie zapytała, ale policjantkę o wyglądzie mrocznej wokalistki Heinz traktował jakoś inaczej. Pojadą więc do seminarium we dwóch. Może coś zauważy, może natknie się na coś niezwykłego. Albo przynajmniej znowu trafi na seans biczowania.

Rano seminarium, a po południu wielki świat. High life. Ustalił, że wtedy, razem z Karloffem, odwiedzą biznesmena Jana Kunickiego, który – o ile właśnie nie załatwiał czegoś na drugim końcu świata – wydawał obiady wtorkowe dla przyjaciół. W tej grupie mieścili się ci wszyscy, z którymi Kunicki prowadził rozmaite interesy. W tej grupie – powiedział mu to już Karloff – nie przewidywano czwartorzędnych policjantów.

Heinz wrócił do hotelu na Sierakowskiego, do pokoju, który nie wywoływał już w nim żadnych negatywnych skojarzeń. Właściwie czuł się tu teraz tak samo jak we własnym mieszkaniu. Czuł się nijako. Na biurku poznaczonym śladami niedopałków położył zdjęcie. Zachciało mu się palić, tymczasem Jolka i Chlaściak skutecznie podzielili się jego sianowatymi chesterfieldami.

Zszedł na dół do baru, kupił paczkę marlboro i cztero-pak źle schłodzonego Lecha. W laptopie włączył bostoński koncert zespołu Fleetwood Mac, z czasów gdy Peter Green nie popadł jeszcze w obłęd i był geniuszem gitary. Wypił duszkiem jedno piwo i wrócił do zdjęcia, które otrzymał w „Eurociuchach”.

Czterech kleryków ufnie patrzących w obiektyw i człowiek o zmrużonych oczach. Wpatrywał się w fotografię, wykonaną chyba na patio seminarium, i zaczął dostrzegać szczegóły, których nie widział wcześniej. Rakowiecki i Leski. Dwaj blondyni. Skarga i Kotlarczyk, bruneci o podobnej, średniej budowie ciała, jak podawano w rysopisach. Z daleka można by ich pomylić. Po lewej stronie geniusz i leser. Po prawej – przywódca i ten, który zawsze był w cieniu. Dzielili pokoje. O dwóch wiemy, że byli gejami. A co wiemy o Skardze i Kotlarczyku? Na razie nic. Zobaczymy, co ustali Jolka.

Wypił kolejne piwo i poczuł, że lekko wiruje mu w głowie.

Black Magie Woman i Oh Weil, popisowe utwory Greena, skończyły się, zagłuszone oklaskami publiczności.

Pozostaje Stanisław Bator. Heinz wpisał w przeglądarce internetowej cztery słowa: Stanisław Bator sztuki walki. Najwyżej wyskoczyła strona klubu „21:37”. W notce o Batorze nie znalazł nic ponad to, co usłyszał w barze na Woli, wśród odgłosów gryzionego szkła. Przejrzał galerię klubowych zdjęć. Fotografie ćwiczących adeptów w różnym wieku. Od przedszkola do Opola. Zawodnicy na fotografiach mniej lub bardziej udolnie wykonywali dobrze znane Heinzowi bloki i kopnięcia. Poczuł piekącą zazdrość. Przypomniał sobie senseia Kastoriadisa i zaproszenie na trening.