Gdy to wszystko się skończy, spróbuje jeszcze raz.
Przy jednej fotografii, przedstawiającej Batora oraz mężczyznę o zmrużonych oczach, Heinz zatrzymał się dłużej. Podpis pod zdjęciem brzmiał: „Sensei Bator i mistrz duchowy, profesor Rutger”.
Heinz przeczytał informacje zamieszczone na stronie klubu. Gdy czytał posty zawodników trenujących u Batora, zrozumiał, co nie dawało mu spokoju. Bluesowa maszyna w Bostonie grała bez zarzutu, za to on sam odnalazł wreszcie fałszywą nutę, która z uporem do niego powracała.
Otworzył trzecią puszkę i powrócił do zakładki „O nas”.
Powoli składając litery, niczym dziecko, by nie popełnić błędu, przeczytał: „Klub istnieje pod tą nazwą od marca 2005 roku”.
Przecież papież zmarł w kwietniu tamtego roku. Nazwa klubu nie może nawiązywać do godziny śmierci najdostojniejszego z Polaków dwudziestego wieku, którego szybko nazwano JP2. Niczym jakiegoś podrzędnego rapera. „Klub istnieje pod tą nazwą od marca 2005 roku” – przeczytał jeszcze raz. Nie jest więc tak, że nazwę nadano później. Cyfry dwadzieścia jeden i trzydzieści siedem nie odnoszą się do śmierci papieża. Chyba żeby” przyjąć, że Stanisław Bator posiadł również zdolności profetyczne.
Otworzył czwarte piwo. Czuł, że brak snu i jedzenia oraz stres zrobiły swoje. Był pijany. Z trudem wybrał w komórce numer kolegi z zespołu. Numer doktora Ryszarda Burdyny, gitarzysty z powołania, a z zawodu antropologa kultury. Burdyna nie miał w lewej dłoni palca, którym pokazuje się serdeczność nieprzyjaciołom, ale nie przeszkadzało mu to w graniu karkołomnych pochodów na czterech nisko brzmiących strunach.
– Chryste, Hipis, albo wybili ci zęby, albo się totalnie uspawałeś – powiedział basista, gdy Heinz próbował wyjaśnić, w jakiej sprawie dzwoni.
– Chryste… ten Chrystus… to dobre… I uspawałeś też -bełkotał Heinz.
Przez piętnaście minut wyjaśniał, o co mu chodzi.
– O ile cię rozumiem, chodzi ci o to – przemówił Burdy na – że masz klub sportowy i cyfry. I religię w tle. Ale chodzi ci o te cyfry. O to, co one znaczą. Mogą znaczyć wszystko. Pamiętasz modę wśród kibiców piłkarskich, którzy wieszali na trybunach transparenty z cytatami z Biblii?
Heinz pokręcił głową.
– Jesteś tam, Hipis? – zaniepokoił się basista. – To jest na bank jakiś cytat z Biblii. Szukaj, a znajdziesz… – Usłyszał beknięcie w słuchawce.
Tej nocy Heinzowi przyśnił się koszmar. Była noc, a on szedł ulicą. Usłyszał, że nadjeżdża samochód, wydając zgrzyt charakterystyczny dla wiszącego na jednym zawiasie zderzaka. Heinz poczuł przeszywający ból w lędźwiach. Samochód zahaczył go i odrzucił na klika metrów, tuż pod ogrodzenie z prymitywnej siatki. Z samochodu wysiadł kierowca. Kapelusz zakrywał twarz naznaczoną dziobami po ospie. Latarnia rzucała na mężczyznę cień, który stykał się z ciałem bezradnego Heinza. Słyszał szelest butów, potem kroki ucichły. „Jestem trociną, Heinz. Cały jestem z trocin.” Szuranie butów stało się głośniejsze. Mężczyzna pochylił się, zdjął kapelusz i przycisnął go Heinzowi do twarzy. Heinz otworzył usta i poczuł dławiącą gulę filcu zatykającego mu gardło.
Była trzecia trzydzieści rano, gdy Rudolf Heinz obudził się gwałtownie w hotelu policyjnym przy ulicy Sierakowskiego. Przez otwarte okno wdarło się świeże powietrze, a Heinz zrozumiał, że obudził go jego własny krzyk.
Obudził się we właściwym momencie. Jeszcze chwila i eksplodowałby mu pęcherz. Poszedł do łazienki, wysikał się i spojrzał w lustro. Dobrą minutę wpatrywał się w nabrzmiałą twarz i podpuchnięte oczy, jakby właśnie odbył dwunastorundową walkę bokserską. Wiedział, że nie pomogą mu żadne wynalazki. Ani aspiryna, ani nowoczesne wspomagacze w rodzaju 2KC, którymi szprycują się na kacu policyjni małolaci, tacy jak Baryka.
Lekarstwo było jedno. Heinz wiedział, co ma zrobić, i na samą myśl o tym cierpła mu skóra. Wszedł pod prysznic i wychłostał się lodowatą wodą. Mokry wybiegł do pokoju i zrobił dwadzieścia pompek. Kolejna porcja biczów i znów pompki. Bicze i pompki. Powtórzył te czynności pięć razy i poczuł pięć razy, że umiera.
Zrobił pompki po raz szósty i padł na dywan.
Podniósł się, strzepał z ciała popiół z papierosów i grudki błota. Jego głowa wreszcie pracowała na pełnych obrotach.
Niczym komputer Deep Blue, który dziesięć lat wcześniej wygrał mecz szachowy z Garrim Kasparowem.
Odtworzył sobie sekwencję myśli, które przetoczyły mu się przez głowę, nim zapadł w pijacki letarg. Zanim padł uspawany. Klub sztuk walki. Zdjęcie Batora i Rutgera. Przypomniał sobie spotkanie ze sławnym biblistą w seminarium.
Już wiedział, czego ma szukać.
Ubrał się, zbiegł na dół i obudził zaspanego portiera.
– Czy jest jakiś kościół w pobliżu?
Recepcjonista patrzył na Heinza, jakby ujrzał przed sobą co najmniej mutanta z serialu Archiwum X.
– Kościół Świętego Floriana – wybełkotał. – Ale o tej godzinie… o tej godzinie raczej zamknięty. Moja żona, nieboszczka, świętej pamięci, lubiła chodzić na msze poranne…
Heinz nie chciał słuchać wspomnień z czasów pożycia małżeńskiego recepcjonisty. Faktycznie. Strzelisty, a zarazem szlachetny pseudogotyk – Heinz przywołał w pamięci obraz ceglastych kościelnych wież. O tej godzinie – wyświetlacz w telefonie wskazywał piątą rano – nie dobijają się do plebanii nawet staruszki nadające na tej samej częstotliwości co Radio Maryja.
Heinz nie mógł czekać. Był pewien swego jak drapieżnik trzymający ofiarę za gardło.
Nie mógł się mylić. Tylko jak zweryfikować przypuszczenia? Zastanawiał się, do kogo mógłby zadzwonić. W domu Biblii nie miał, zresztą syn o tej godzinie pewnie nie odbierze. Burdyna śpi w najlepsze. Komórkę włącza najwcześniej o dziesiątej rano, a telefon stacjonarny ostatnio odłączył. Ale przecież… Tak, to oczywiste… Od razu mógł o tym pomyśleć. Spojrzał na wyświetlacz. Piąta dwadzieścia. No trudno. Zaryzykuje.
Wybrał numer.
– Co jest, Heinz? – usłyszał zachrypnięty a zarazem czujny głos naczelnika wydziału kryminalnego, Krygiera. Głos, w którym napięcie mieszało się z nadzieją. – Masz coś w sprawie naszego gówna w Lasku?
Szef spodziewał się telefonu w tamtej sprawie. Zbawiennego telefonu. Zanim morderca zabije po raz trzeci.
– Nie dostałem jeszcze dokumentacji z ostatniego zdarzenia – zaczął Heinz. – Tak naprawdę, szefie, dzwonię w innej sprawie. Czy ma szef pod ręką Biblię? Muszę koniecznie coś sprawdzić.
Zapadło milczenie. Heinz usłyszał w słuchawce przyspieszony oddech.
– Pojebało cię, Hipis? Po co ci Biblia? – Krygier ciężko westchnął. – Ja Biblii nie używam, ale moja stara, jak wiesz, i owszem.
Heinz wyjaśnił krótko, o co mu chodzi.
– Poczekaj chwilę, zaraz wrócę.
Kilka minut wcześniej Heinz przypomniał sobie wzrok Krygiera w niedzielne popołudnie, gdy wydał polecenie, które wcześniej ktoś wydał jemu. Polecenie służbowe, by to właśnie Heinz zajął się sprawą zamordowanych kleryków. Pełne udręki spojrzenie naczelnika brało się nie tylko stąd, że niespodziewana sprawa zakłóciła rytm jego niedzielnych obiadów. W równym stopniu naczelnik martwił się o to, że polecenie z CBŚ wywróciło do góry nogami harmonogram dnia jego małżonki, anorektycznej, gadatliwej pani Krygier, która po niedzielnym obiedzie zwykła znikać na kilka godzin za murami kościoła, by z podobnymi do niej kobietami udzielać pomocy potrzebującym.
W odłożonej słuchawce Heinz usłyszał szuranie kapci, a następnie głos naczelnika: