– No to, Hipis, który fragment mam ci znaleźć?
„Ezechiel. Mój ulubiony prorok. Mówi się o nim, że nieco odbiegał od normy” – przypomniał sobie słowa Rutgera. Przed oczyma widział zdjęcie, na którym uwieczniono biblistę i Stanisława Batora.
– Księga Ezechiela. Rozdział dwudziesty pierwszy, werset trzydziesty siódmy.
Krygier szukał odpowiedniego fragmentu, a Heinz czuł, jak jego dłoń miażdży zaciśnięty w pięści długopis.
– Połapać się w tym trudno… – wymruczał Krygier. – Dobra, mam. Brzmi to tak: Staniesz się strawą dla ognia, krew twoja będzie płynąć w środku kraju i nie pozostawisz po sobie wspomnienia – ponieważ Ja, Pan, tak powiedziałem*.
Heinz poprosił o powtórzenie i dokładnie zanotował fragment.
– W ogóle – dodał Krygier – rozdział dwudziesty pierwszy zatytułowany jest „Miecz Pański”. I wiesz co, jak dobrze popatrzeć, są tu niezłe fragmenty, takie w sam raz dla nas. Na przykład werset czternasty: Miecz, miecz! / Wyostrzono go i wyczyszczono. A dalej jest o tym, że miecz wyczyszczono i wyostrzono, / aby go podać w rękę tego, co zabija.
– Może na początku księgi jest jakiś komentarz? Coś o tym Ezechielu?
– Zaraz sprawdzę – Krygier zamilkł. – O, jest! Posłuchaj: „Wbrew poglądom niektórych krytyków, że Ezechiel był chorobliwym fantastą, wizjonerem cierpiącym na urojenia, a nawet epileptykiem – sama treść dzieła i zgodność jego wypowiedzi z faktami historycznymi wykazują dobitnie, że posiadał on niezwykły zmysł rzeczywistości”.
„W dzisiejszych czasach byłby gwiazdą popkultury.” To także słowa Rutgera.
– Chcesz powiedzieć – spytał Krygier – że morderstwo kleryków ma coś wspólnego z tym Ezechielem? Że ktoś realizuje jego proroctwo?
Heinz włożył papierosa do ust. Drżały mu ręce. Z trudem udało mu się zbliżyć zapalniczkę.
* Pismo Święte Starego i Nowego Testamentu. Opracował Zespół Biblistów Polskich z inicjatywy Benedyktynów Tynieckich, Wydawnictwo Pallottinum, Poznań-Warszawa 1990.
– Mam nadzieję, że nie. Ze morderstwo nie ma z tym nic wspólnego – wypuścił dym. – Mam nadzieję, że to fałszywy trop.
Spod pach strużkami spływał mu pot. Kolejny raz tego poranka wszedł pod prysznic. Miecz Pański. Stanisław Bator. Duchowny, misjonarz i komandos w jednej osobie, który nazwał swój klub tak, by był aluzją do księgi Ezechiela. A w tle jego mentor i być może przyjaciel, profesor Rutger, wielbiciel proroka, zdaniem niektórych krytyków: chorobliwego fantasty i wizjonera.
Przypomniał sobie, że zostawił ubranie przy kabinie prysznicowej. Czuł w mięśniach ból zwiastujący zakwasy. A na zakwasy dobre jest piwo i zawarta w nim witamina B6. Powstrzymało go lenistwo i myśl, że wyprawa po piwo o tej godzinie jest czymś równie okrutnym, jak zrywanie ze snu naczelnika Krygiera po to, by odczytywał biblijne wersety.
O szóstej trzydzieści Heinz przyrzekł sobie, że następne piwo wypije dopiero wtedy, gdy skończy z tym skurwysynem, który zabił Rakowieckiego i Leskiego.
Wtedy wypije za zdrowie i dobrą formę sędziego, który będzie się zajmował tym bydlakiem.
27
– Nie mówcie mi, do cholery, że nie ma po nich śladu. -Heinz usłyszał poirytowany głos Chlaściaka.
Policjant siedział w gabinecie rektora. Pod drugiej stronie biurka ojciec duchowy seminarium, Jerzy Jurek, człowiek bez nazwiska lub człowiek dwojga imion, wertował segregatory z dokumentami.
– Chciałbym zwrócić panu uwagę, że nie jest pan u siebie w komendzie – cicho powiedział Jurek, podnosząc wzrok na wchodzącego mężczyznę. – Może pan – popatrzył na Heinza – zechce wyjaśnić koledze, że…
– Mój kolega – przerwał Heinz – chciał tylko powiedzieć, że nie pomagacie nam w sprawie.
Chlaściak niemal niezauważalnie kiwnął głową. A jednak dobry jest – pomyślał Heinz o policjancie. – Wie, jak z nimi gadać. Może wie to lepiej ode mnie.
– Próbujemy ustalić, kto zabił Rakowieckiego i Leskiego. Pewien związek z tą sprawą mogą mieć dwaj inni klerycy, Skarga i Kotlarczyk. Tyle że ci dwaj dla odmiany rozpłynęli się w powietrzu.
– Niezupełnie – wtrącił Chlaściak. – Kotlarczyk przysłał list.
– To znaczy maila? – zapytał Heinz.
– Nie. – Jurek odłożył segregator. – Przysłał odręcznie pisany list. Zaadresowany do mnie. Wyjaśniał w nim, dlaczego odchodzi. Postanowił wyjechać za granicę, między wierszami można było wyczytać, że się z kimś związał.
Heinz podszedł do stołu i pochylił się nad Jurkiem.
– Wolałbym – powiedział cicho – przeczytać ten list niż dowiadywać się, co było między wierszami.
– To był list prywatny. Do mnie. Zniszczyłem go. Nie mogłem wiedzieć – potarł czoło – że będzie do czegoś potrzebny. A mówię o tym liście tylko dlatego – popatrzył na Heinza lodowatym wzrokiem – że w tym przypadku nie obejmuje mnie tajemnica spowiedzi…
– Mam tu – oznajmił Chlaściak – adresy rodzin Skargi i Kotlarczyka. Przynajmniej tyle…
Heinz nie słuchał. Patrzył na błyszczące w słońcu okładki płyt księdza Majdy.
– Pana rektora nie ma? – zapytał.
– Niestety nie ma. Kończy pisać książkę.
– Pewnie chce dorównać Rutgerowi. – Heinz podszedł do parapetu i zaczął obracać płyty w dłoni. Refleksy porannego światła słonecznego odbijały się na suficie gabinetu. -
Jest między nimi – dodał – jakaś cicha rywalizacja, prawda? Jurek wstał.
– Między nimi – powiedział powoli – nie ma żadnej rywalizacji. Rutger to wybitny biblista. Ale to ksiądz rektor wyprowadził z zapaści tę uczelnię i sprawił, że liczba przyjętych do naszego seminarium znacznie przekracza średnią krajową. Pozyskał też hojnych darczyńców…
– Tak, tak. – Chlaściak po raz pierwszy tego dnia odsłonił pożółkłe zęby. – Ci wasi seminarzyści są jak z piosenki. „Pojawiasz się i znikasz”…
Chciał dokończyć, ale przerwało mu pukanie do drzwi. Heinz zobaczył starszego siwego mężczyznę. Spowiednik seminarium. Ksiądz trzymał w ręce jakiś pakunek.
– Przynieśli to do mnie – powiedział do Jurka, nie patrząc na dwóch obcych mężczyzn obecnych w gabinecie. -A mieli zanieść od razu do gabinetu rektora. To chyba ten biało-czerwony ornat z orłem ze sztandaru Pierwszej Brygady Legionistów. I to ornat w stylu rzymskim! Piękna robota! To chyba drugi taki w Polsce – spowiednik cmoknął. – A tu jeszcze haftowana stuła, zdobiona kryształami górskimi…
– Zdaje się, że rektor gustuje w luksusowych rzeczach
– stwierdził Chlaściak.
Spowiednik zamilkł.
– Nie przedstawiłem księdzu tych panów – powiedział Jurek. – Obaj są policjantami.
Spowiednik zmieszał się.
– W takim razie… W takim razie nie przeszkadzam panom.
Aha – zwrócił się Jurka – była prośba – wskazał ornat i stułę – byśmy pamiętali o Kunex Polska. Żeby przy sposobności wymieniać nazwę firmy.
– Ad maiorem Dei gloriam flagellatio - powiedział Heinz, gdy siwy ksiądz stał już w drzwiach.
Spowiednik drgnął i odwrócił się.
– Nie mam pewności, czy dobrze zapamiętałem. Kiepski jestem z łaciny. – Heinz przeczesał dłonią włosy. – Swoją drogą – popatrzył na dwóch mężczyzn w sutannach – niezły tu odprawiacie show. Ad maiorem Dei gloriam flagellatio - powtórzył cicho.
– Nie jest pan taki zły – odparł spowiednik. – Pański nauczyciel łaciny byłby zadowolony.
– Coś ty do niego mówił? – zapytał Chlaściak, gdy jechali do Pałacu Mostowskich.
Heinz nie odpowiedział. Myślał o stule inkrustowanej kryształami górskimi i o hojnych darczyńcach, którymi otaczał się rektor seminarium.