Выбрать главу

28

– Niestety, nie mogę panów wpuścić. – Ochroniarz w czarnym uniformie wyszedł z budki strażniczej podobnej do tych, jakie stoją przed ambasadami, i popatrywał to na dwóch policjantów, to na legitymacje, które trzymali w rękach.

Była szesnasta. Zakurzony opel zatrzymał się na nierównej piaszczystej drodze prowadzącej do rezydencji w Konstancinie-Jeziornie. Dwaj inni ochroniarze, także w czarnych uniformach, próbowali za pomocą pistoletów ciśnieniowych usunąć czarną maź powstałą z deszczu, piasku i błota, wypełniającą wyboistą nawierzchnię koło ręcznie kutej bramy i ogrodzenia. Błotniste ścieżki prowadzące do pałaców stawianych w podwarszawskiej miejscowości za grube miliony przez biznesmenów, piosenkarki i polityków to norma. Tak przynajmniej twierdził Karloff.

– Wiesz, dlaczego Konstancin nazywają uzdrowiskiem?

– zapytał Heinza, gdy mijali Starą Papiernię – miejscowy kompleks gastronomiczny, rozrywkowy i artystyczny.

– No?

– Bo tu chore fortuny i brudne pieniądze szybko zdrowieją i odzyskują blask.

Godzinę temu przetoczyła się nad Konstancinem typowa wiosenna burza z gradobiciem. Heinz raz jeszcze spojrzał na dwóch młodych osiłków próbujących osuszyć drogę i przypomniał sobie mit o Syzyfie i jego daremnym trudzie.

Odwrócił głowę. Za lekkim wzniesieniem ukryty był olbrzymi dwupiętrowy dom; widział go kiedyś w jakimś kolorowym magazynie. Najpierw trzeba się było dostać na teren strzeżony nie przez jakiegoś emeryta zatrudnionego za psie pieniądze, ale dwudziestoletniego byczka, dla którego siłownia była zapewne drugim domem.

Heinz spojrzał na masywne, ręcznie kute ogrodzenie i dwie kolumny zwieńczone posągami lwów szykujących się do skoku. Prymitywna metafora siły, panowania i drapieżnego kapitalizmu. Z niesmakiem pokręcił głową. Spojrzał w obiektywy trzech kamer wykierowanych w miejsce, gdzie stał z Karloffem, a potem popatrzył na twarz ochroniarza spaloną promieniami lamp ultrafioletowych.

– Powiedz mi jedną rzecz – Heinz popatrzył na bodyguarda. – Korzystasz z kabin czy z łóżka?

– Nie rozumiem… – warknął goryl.

– Chodzi mi o solarium. Pewnie opalasz się tak często jak nasz wicepremier. A więc kabiny czy łóżka?

Chłopak milczał.

– Pan Kunicki was nie przyjmie. Nie mam was na liście

– powiedział po chwili.

– Dam ci dwie rady. – Heinz i ochroniarz patrzyli teraz na siebie tak, jak patrzą bokserzy podczas oficjalnego ważenia przed walką. – Po pierwsze, nie mów do gości na ty. Nawet do tych niezapowiedzianych, czyli takich jak my. Jeśli się tego nauczysz, twój szef będzie zadowolony.

Prawda, Karloff?

– Uhm – Karloff potwierdził.

– Ale druga rada jest ważniejsza. – Heinz zrobił ruch głową, a chłopak instynktownie się cofnął. – Dotyczy tego, jak nie stracić tej roboty. Wiem, że jesteś tylko pierwszym ogniwem w łańcuchu ochrony tego czegoś – wskazał ręką na teren rozciągający się za ogrodzeniem. – Zatem przekaż komu trzeba taką wiadomość: jeśli nie zostaniemy wpuszczeni za pięć minut, w ciągu pół godziny zjawią się tu dwie stacje telewizyjne i kilku natrętnych, agresywnych pismaków. – Heinz przerwał i sprawdzał efekt. Widział, że jego słowa docierają do ochroniarza szybciej, niż się spodziewał. – A gdy już przyjadą, opowiem przed kamerami, że uniemożliwiono nam rozmowę z bogatym i wpływowym biznesmenem, choć mógł mieć ważne informacje na temat dwóch kleryków zamordowanych nad Wisłą. A widzowie zobaczą to wszystko na tle tych tandetnych lwów z marmuru – wskazał palcem. – Chcesz to wszystko zapisać czy zapamiętasz?

Ochroniarz zapamiętał. Z trzaskiem zamknął się w stróżówce i zaczął z kimś rozmawiać przez interkom.

Dziesięć minut później zakurzony opel wjechał na teren posiadłości.

– Nieźle to rozegrałeś. – Karloff z uznaniem pokiwał głową. – Niedawno też miałem takiego kolesia, biznesmena od siedmiu boleści. Gość nie chciał mówić, więc musiałem go zainspirować.

– Jak cię znam – Heinz skręcił po łuku w lewo – porwałeś faceta i kazałeś mu kopać dół.

– No to mnie nie znasz. Wiesz, co zrobiłem? Uprowadziłem mu kota.

Heinz parsknął śmiechem.

– Kota?

– Kot leśny norweski. Wiedziałem, że gość jest zakochany w tej pokrace, ale że jest to kot leśny norweski, dowiedziałem się dopiero wtedy, gdy kazał swoim ludziom wieszać ogłoszenia na latarniach i takie same dał do gazet.

– I co zrobiłeś?

– Zadzwoniłem do niego i powiedziałem, że jego miauczący przyjaciel bardzo tęskni za domem.

– Ty nie jesteś normalny. – Heinz spojrzał na Karloffa.

– Dlatego nazywają mnie tak, jak nazywają.

Dojechali do końca żwirowanej drogi, która niespodziewanie się rozwidlała. Po lewej stronie zobaczyli kwadratowy parking o podłożu z czerwonej ceglastej mączki. Miejsca parkingowe oddzielone były od siebie liniami zaznaczonymi białą kredą. Cegła i kreda. Najwyraźniej na każdym kroku Kunicki musiał podkreślać powszechnie znaną miłość do tenisa. Swoją drogą zamiast lwów na kolumnach mógłby umieścić podobizny Samprasa i Agassiego. Byłoby oryginalniej. Trzy miejsca parkingowe były zajęte. Tu już nie było śladu po niedawnej burzy. Po lewej stronie stało białe audi A6, w środku mercedes E klasy, a po prawej stronie nissan Navara. Heinz włączył kierunkowskaz i chciał wjechać na wolne miejsce koło pickupa, gdy drogę zagrodził mu kolejny ochroniarz. Mężczyzna w nienagannie skrojonym czarnym garniturze zdecydowanym gestem wskazał w przeciwnym kierunku, w stronę opustoszałego asfaltowego parkingu.

Zupełnie jakby opel był trędowaty i mógł zarazić te trzy ekskluzywne bryki.

Wysiedli z samochodu. Mężczyzna znów bez słowa wskazał ręką na ścieżkę prowadzącą obok domu, którego mógłby pozazdrościć brazylijski latyfundysta.

Najpierw ochroniarz w czarnym uniformie pseudokomandosa, teraz goryl w garniturze kosztującym więcej, niż wynosi policyjna pensja. Na tym polega łańcuch ewolucji.

W Pałacu Mostowskich Heinz odrobił dziś stosowną lekcję. Zasada jest prosta: im groźniejszy przeciwnik, tym więcej musisz o nim wiedzieć. A Jan Kunicki z pewnością należał do topowych graczy. Heinz przez trzy godziny przerzucał informacje dostarczane przez gotycką Jolkę i

Barykę. Zgoda, większość to nieistotne śmieci. Ale kilka wydało mu się ciekawych i wynotował je na kartce.

Tuż za hacjendą przejął ich kolejny ochroniarz i doprowadził do stolika osłoniętego od słońca gigantycznym parasolem. W fotelu wykonanym z rattanu siedział zwalisty mężczyzna w marynarce w drobną jodełkę. Oba podbródki, ten naturalny i ten, który był skutkiem otyłości, poruszały się rytmicznie, jakby odbywały stosunek seksualny. Kawał krwistego befsztyku w błyskawicznym tempie znikał z talerza.

Przy grillu stał drobnej postury człowiek ubrany w jasne spodnie, jak do gry w golfa. Jego włosy pokrywała nienaturalna czerń, w takim samym kolorze była też koszulka polo. Żadnych dodatków, napisów, naszywek.

Pełna asceza.

– Skoro już tu panowie jesteście – mężczyzna skropił wodą brykiety, które zaczęły skwierczeć – to rozgośćcie się. Na razie mamy moje krwiste befsztyki i pieczarki po wiedeńsku.

Odwrócił się. Skóra pięćdziesięciopięcioletniego mężczyzny wydawała się nienaturalnie naciągnięta. Na twarzy i na czole nie sposób było dostrzec choćby jednej zmarszczki. Więc tak wygląda Jan Kunicki w wersji na żywo i unplugged. Bez kamer i mikrofonów zachęcających do inwestowania i pomnażania majątku w jego bankach.

– Ostrzegam – biznesmen uniósł rękę uzbrojoną w widelec – pieczarki po wiedeńsku podajemy tak, jak trzeba. Z móżdżkami cielęcymi. Za jakieś pół godziny dowiozą nam z restauracji temaki-sushi. Oczywiście z kiełkami żółtej rzodkwi daikon. Rozumiem, że jedliście to kiedyś?