Выбрать главу

– A ja rozumiem, że tego pickupa wygrał pan w radiowym konkursie – odparował Heinz.

Kunicki drgnął, jakby ktoś wyrwał mu widelec z ręki i go nim dźgnął, a dwa podbródki znieruchomiały.

– Coś ty powiedział? – zasyczał Kunicki.

– Nissan Navara… Taki sam, jak u pana na parkingu. Jest taki radiowy konkurs. Myślałem, że pan wygrał…

Kunicki wybuchnął śmiechem.

– Pan jest pewnie komikiem? Ale ja na dziś klowna nie zamawiałem.

Tyle operacji plastycznych, a wciąż może się śmiać pełną gębą.

– Ale może zamawiał pan dziś chłopców dla siebie. Tak jak ma pan w zwyczaju.

Biznesmen już się nie śmiał. Odwrócił głowę w stronę mężczyzny siedzącego przy stole i zajadającego się kolejnym befsztykiem.

– Byłoby dobrze, wesołku, gdybyś poznał mecenasa Warszawskiego. To mój adwokat. Od tego momentu pomyśl dwa razy, co mówisz, bo ten człowiek wsadzi ci dynamit do dupy, podpali lont, a ty zauważysz to wszystko dopiero wtedy, gdy będziesz daleko stąd. – Kunicki uniósł rękę w stronę bezchmurnego nieba. – A teraz opuśćcie ten teren, bo psujecie mi popołudnie. Jedzenie się zepsuje na wasz widok.

Zaśmiał się ze swojego dowcipu i powrócił do grilla. Kropla potu z jego czoła spadła w rozpaloną czeluść i zaskwierczała. Audiencję uznał za zakończoną.

Heinz i Karloff wciąż stali w tym samym miejscu.

Dwa podbródki znów przestały się poruszać. Mecenas wytarł mięsiste wargi w serwetkę.

– Poznaję pana. Myśmy się już spotkali. – Popatrzył na

Heinza tak, jakby omiatał spojrzeniem instrukcję posługiwania się gaśnicą pianową.

– Tak? Nie kojarzę.

– W Krakowie. W sądzie. Jakieś trzy lata temu. Broniłem gościa, którego chcieliście wsadzić za podwójne morderstwo. Pańska rola była w tamtym procesie drugoplanowa, głównym dowodem miały być ślady zapachowe. Na sali sądowej zrobiłem z was miazgę. Efekt Rosenthala -

Pamięta pan?

Teraz sobie przypomniał. W pamięci przywołał obraz dwóch sióstr z poderżniętymi gardłami. Wcześniej ktoś przywiązał staruszki do krzesła i zakneblował. Mecenas Warszawski nie mylił się – rzeczywiście w tamtej sprawie zadanie Heinza polegało jedynie na wykazaniu, że brutalne morderstwo nie ma nic wspólnego z dwoma podobnymi zabójstwami na terenie Małopolski. Nie było żadnej serii, to nie jest dzieło jednego maniaka – mówił Heinz przed sądem. Oskarżony mógł więc zabić siostry, a z pozostałymi morderstwami nie miał nic wspólnego.

Podstawowym dowodem w tamtej sprawie rzeczywiście były ślady osmologiczne, jednoznacznie wskazujące na oskarżonego. Tyle że przy identyfikacji zapachów popełniono podstawowy błąd proceduralny. Do identyfikacji wykorzystano psa prowadzonego przez przewodnika, który znał rozmieszczenie pojemników z zapachami. I przewodnik mógł zasugerować psu – gestem lub zachowaniem – którą próbkę zwierzę powinno wskazać. Mecenas Warszawski bezwzględnie wykorzystał ten błąd podczas śledztwa. Tyle o tym.

– Pamiętam. – Heinz otrząsnął się ze wspomnień. – Pamiętam, że sprawił pan, by jeszcze jeden skurwysyn uniknął kary. Efekt Rosenthala albo inaczej efekt Mądrego Hansa. Nie byłem na tej części rozprawy, ale słyszałem, że dowodził pan, że przewodnik zasugerował coś psu, by sprawić swojemu pupilowi przyjemność, a i samemu się przy tym wykazać.

– Powiedzmy, że powiedziałem coś w tym stylu – odparł mecenas.

– To wszystko bardzo ciekawe, ale może spotkajcie się panowie w innych okolicznościach – Kunicki nie krył irytacji. – I porozmawiacie wtedy o tym Rosenthalu i mądrym Hansie.

– Zanim my się spotkamy w innych okolicznościach -Heinz chciał, by w jego głosie słychać było zapowiedź tego, przez co Kunicki będzie musiał przejść – zadam trzy krótkie pytania, dobrze? Po pierwsze – nie czekał, aż Kunicki coś odpowie – czy spółka Kunex Polska należy do pana?

– Pewnie i tak pan wie, że należy – warknął Kunicki. -Poza tym każdy głupi, widząc nazwę, by się domyślił. Nawet policjant.

– A czy to prawda, że nadal pańskim gorylem jest Andrzej Kruk, były mistrz Polski w zapasach?

– Zaraz się pan przekonasz – sapnął Kunicki. – On tu idzie.

Zza pobliskiego budynku, należącego zapewne do części gospodarczej posiadłości, wytoczył się mężczyzna będący górą mięśni i żył.

Jeszcze trochę i te bicepsy mu eksplodują.

– Chodź tu, Andrzej – Kunicki przywołał goryla ręką. – Ci panowie są z policji i chcą cię o coś zapytać.

Kruk spojrzał spode łba na Heinza i Karloffa.

– To się nazywa kalafiory, prawda? – Heinz wskazał na uszy byłego zapaśnika. – Takie zmacerowane podczas walk małżowiny nazywacie kalafiorami?

Kruk zrobił krok do przodu.

– O co ci, człowieku, chodzi? – zapytał głosem przypominającym dźwięk pralki w fazie odwirowywania.

– Chciałem zagadać, no wiesz… – Heinz uśmiechnął się. -A tak poważnie – zmienił wyraz twarzy – czy to prawda, że rok temu pobiłeś dziennikarza, który zamierzał napisać o dziwnej zażyłości łączącej twego szefa z młodymi chłopcami?

– Nie odpowiadaj – mecenas Warszawski ostrzegawczo uniósł palec.

– Wszystko to plotki rodem z tabloidów! – wrzasnął Kunicki. – Żaden artykuł nie powstał! A teraz wypad albo złożę na was skargę.

I tak złoży. Heinz nie miał wątpliwości.

– Ostatnia już rzecz. – Heinz sięgnął do wewnętrznej kieszeni marynarki, Kruk ostrzegawczo rozłożył ręce, a Karloff zrobił krok do tyłu, by w razie kłopotów sięgnąć po broń.

Wolnym ruchem Heinz wyjął dwa zdjęcia.

– Ostatnia rzecz – powtórzył. – Mam informację z seminarium na Żoliborzu. – Patrzył na Kunickiego i badał, jakie wrażenie wywarły jego słowa. – Stuła wysadzana kryształami i ornat dla rektora dotarły. Pan sponsoruje seminarium, a rektor dostarcza chłopaków, tak? Na przykład tych dwóch – rzucił na stół zdjęcia Rakowieckiego i Leskiego.

– Nic nie mów, Janek – mecenas znów uniósł palec.

– Ty bydlaku – powiedział Kunicki przez zaciśnięte zęby.

Usłyszeli kroki na żwirowanej ścieżce. Zbliżał się kolejny gość Kunickiego. Heinz zobaczył biały chiton i różowy szal. Następca Almodovara, reżyser Latoszek uśmiechał się szeroko i rozłożył ręce, jakby chciał ogarnąć tym gestem cały świat. Uśmiech zgasł w chwili, gdy rozpoznał Heinza i Karloffa.

Parada Miłości, sukinsynu. Latoszek niepewnie podszedł do stołu, zobaczył zdjęcia zamordowanych kleryków i zbladł.

– Ciekawi mnie jeszcze jedno – Heinz mówił powoli. – Jaką musi mieć pan władzę i jakie wpływy, że ludzie – spojrzał na Latoszka – boją się wymieniać głośno pana nazwisko. Opowiadają o pańskich skłonnościach, mówią o klerykach, ale nazwisko podsuwają zapisane na kartce.

Kruk westchnął i uważnie popatrzył na reżysera. Nie było to spojrzenie pełne przyjacielskiej troski.

– Ciekawi mnie, czy pana wpływy są aż tak wielkie, by zatuszować morderstwo – dokończył Heinz i szybkim ruchem zgarnął fotografie ze stołu. – Miłego dnia – rzucił do Latoszka.

Był pewien, że tego dnia reżyser nie zaliczy do udanych.

W drodze do samochodu nie towarzyszył im już żaden z goryli Kunickiego. Gdy doszli do parkingu, usłyszeli ciche chrząknięcie. Odwrócili się. W bocznych drzwiach stała szczupła, zgrabna blondynka w ciemnych okularach.

Więc tak w rzeczywistości wygląda – pomyślał Heinz.

Przed nimi stała Paulina Rudek, jedna z pierwszych polskich topmodelek i telewizyjna gwiazda z początków nowej Polski. W latach dziewięćdziesiątych głośno było o jej ślubie z biznesmenem Janem Kunickim, zawartym w balonie, w przestworzach, na wysokości kilku tysięcy metrów. Kunicki nie byłby sobą, gdyby na czaszy balonu nie umieścił nazw wszystkich należących wówczas do niego firm, a zdjęć z uroczystości nie sprzedał za grube pieniądze jednej z plotkarskich gazet. A później słuch o Paulinie Rudek zaginął. Heinz pamiętał, że ktoś mu mówił, że modelka zrezygnowała z kariery i usunęła się w cień męża pomnażającego majątek. Teraz mógł stwierdzić, że mimo upływu lat uroda dawnej gwiazdy wciąż musiała działać jak magnes, skupiając na sobie spojrzenia pełne zachwytu lub zawiści. Co kto – z ocierających się o jej urodę – wolał.