– Czy mój mąż – chrząknęła ponownie – czy on coś zrobił?
Nie przedstawiła się. Nie musiała. Należała do osób, które nie muszą się nikomu w tym kraju przedstawiać. Oni też najwyraźniej nie musieli. Mieli zawód wypisany na twarzy.
– Skąd przypuszczenie, że pani mąż coś zrobił? – Karloff odruchowo podciągnął spodnie i wciągnął brzuch.
– Czy to ma coś wspólnego – zignorowała pytanie – z tymi zamordowanymi klerykami?
– Skoro już pani wie – Heinz wzruszył ramionami – to odpowiem szczerze. Sprawdzamy taką możliwość. Ale szczerość za szczerość. Proszę odpowiedzieć na pytanie mojego kolegi.
Paulina Rudek tanecznym krokiem podeszła do policjantów. Nie, nie podeszła. Przepłynęła po betonie. Heinz poczuł woń egzotycznych perfum i zobaczył przed swoją twarzą szczupłą dłoń z paczką papierosów.
Niespodzianka – pomyślał. Założyłbym się o wszystko, że nie pali. Zdrowy tryb życia i tak dalej.
– Nie palę mentolowych. Wolę swoje, jeśli się pani nie obrazi.
Wyglądali jak trójka licealistów, która podczas przerwy wyszła za szkolny budynek, by wpaść w szpony nałogu.
– Dzwoniła do mnie pewna panienka z jednego z tych kolorowych szmatławców. Pytała o tę sprawę z klerykami. Stąd wiem.
– I co pani odpowiedziała? – Heinz zaciągnął się głęboko.
– Poradziłam jej, by dała spokój. A już z pewnością by nie dzwoniła do mojego męża.
– On nie ma z tym nic wspólnego? – Popatrzył pod nogi, gdzie strząsnął popiół.
Milczała. Milczała dłużej niż powinna.
– Odpowiem panom tak: rok temu wokół podobnej sprawy węszył pewien dziennikarz z konkurencyjnego tabloidu. Chciał wiedzieć, czy mój mąż lubi chłopców. I czy korzysta, by tak rzec, z usług kleryków z zaprzyjaźnionego seminarium. Pewnego wieczora znaleźli tego dziennikarza nieprzytomnego na ulicy. Miał złamany nos i połamane wszystkie dziesięć palców. Żeby nie mógł pisać. A obok ktoś położył zdjęcie jego córki zrobione w momencie, gdy wychodzi ze szkoły. Rozumiecie? To bydlak.
– Kto? – zapytał Karloff. – Pani mąż czy ten dziennikarz?
– Kruk. Jego goryl. Pewnie go spotkaliście.
– Rozumiem, że po tym wypadku nikt nie podjął już tematu. – Heinz zgasił papierosa.
– Bardzo jest pan domyślny – zdobyła się na ironię.
– Pojedziemy już. Lepiej, żeby nas razem nie widziano. Lepiej dla pani. A tak z ciekawości: jak pani to wszystko wytrzymuje?
Uśmiechnęła się.
– Oczywiście, że nas widziano. I bardzo dobrze. Jesteście moją polisą. A jak to wytrzymuję? – Sięgnęła nerwowo po następnego papierosa. – Nie wytrzymuję. Za trzy lata są wybory – powiedziała w zamyśleniu, jakby mówiła do siebie. – Politycy z różnych partii nakłaniają męża, by wystartował. Podobno mógłby mieć duże szanse. Ale ja mu tej szansy nie dam. – Zdjęła okulary. Z jasną cerą dawnej modelki kontrastował fioletowy siniak pod prawym okiem. – Ja mu tej szansy nie dam – powtórzyła z nieskrywaną wściekłością. Założyła okulary, odwróciła się na pięcie i odpłynęła w stronę bocznych drzwi.
Gdy przekroczyli granice Warszawy, Karloff po raz pierwszy się odezwał.
– Spaliłeś moje źródło informacji.
– Mówisz o Latoszku? To śmieć.
– Śmieć nie śmieć, tak się nie robi, Heinz.
– Z własnej winy znalazł się wysoko na mojej liście życzeń. Liście transferowej, jak wolisz. Chciałem go przenieść z krainy wiecznego uśmiechu na ławkę rezerwowych. Nie gniewaj się, Karloff.
Kusiło go, by opowiedzieć o fragmencie z Księgi Ezechiela, ale się powstrzymał. Wyrzuty sumienia bywają zgubne. Na wysokości toru wyścigowego na Służewcu zakorkowali się.
– Co o tym sądzisz? – zapytał Heinz, by przerwać przedłużające się milczenie.
– Masz na myśli Kunickiego? Banda skurwysynów. On, jego papuga i ten goryl. Stawiam, że to ten zapaśnik zabawił się z chłopakami. Tylko dlaczego? Czyżby szantażowali Kunickiego? Tylko co mieliby z tym wspólnego ci dwaj pozostali, Skarga i Kotlarczyk? Chyba że…
– Chyba że co?
– Że to ona.
– Zjawiskowa Paulina Rudek?
– Może ona wcale nie chce, by tajemnice jej męża ujrzały światło dzienne. Do końca życia miałaby zszarganą opinię. A może, jeśli założymy, że chce się jednak zemścić, weszła w jakiś układ z tym całym Krukiem?
Heinz nie odpowiedział. Myślał o blondynce z podbitym okiem, kiedyś samicy alfa z pierwszych stron gazet i ozdobie eleganckich przyjęć. O kobiecie sukcesu, która nagle znikła dla przyjaciół i dla świata. Co takiego zyskała w zamian? A może po prostu pozostaje w cieniu, bo trudno pokazywać się publicznie z podbitymi oczami i siniakami na ciele? Trudno to wszystko zrozumieć.
– Wiesz co? – Karloff nagle się ożywił. – Widziałeś plecy tego zapaśnika? Ja stałem za nim i widziałem, jak się drapał…
– Choroby skórne tego idioty nie za bardzo mnie interesują.
– Mnie też. Ale to ciekawe. Drapał się w plecy i podwinął mu się t-shirt. I wiesz co? Ten Kruk na plecach miał ślady, jakby się biczował. Albo jakby ktoś lał go pejczem. Mówię poważnie.
Ad maiorem Dei gloriam flagellatio. Rano ktoś od Kunickiego przywiózł ornat i stułę dla rektora. Ciekawe, kto był tym posłańcem.
– Dowiedz się – popatrzył na Karloffa – jakim samochodem jeździ ten cały Kruk. Sprawdź, czy nie widziano takiego samochodu przy Centrum Olimpijskim. I przy seminarium na Żoliborzu. Sprawdź także tego pickupa i mercedesa. Masz, spisałem ci numery.
Wręczył Karloffowi kartkę.
29
W Pałacu Mostowskich czekała na niego przesyłka z Katowic. Rozerwał szczelnie zaklejoną kopertę i wyjął aktówkę. Morderca z Lasku powrócił. Heinz otworzył teczkę i na wierzchu pokaźnej sterty z dokumentacją zobaczył portret pamięciowy. Tym razem jego koledzy działali szybko. Patrzył na szczupłą twarz pokrytą piegami i przerzedzony zarost, jak u nastolatka. Jest jakiś punkt zaczepienia. Policyjny grafik spisał się nieźle. Oby tylko równie dobrze spisali się świadkowie. Heinz nie raz już widział portrety pamięciowe, które tak się miały do wizerunku przestępcy, jak twarz Dody do rysów Darka Michalczewskiego.
Wziął do ręki plik zdjęć i ksero odręcznych notatek sporządzonych na miejscu zdarzenia. Popatrzył na twarz. Na otwarte usta, zastygłą strużkę krwi w ich kąciku i wybałuszone oczy, jakby do ostatniej chwili nie dające wiary temu, co się dzieje. Kobieta była naga. Ręce i nogi leżały rozrzucone bezwładnie. Poszukał zdjęcia dłoni w zbliżeniu. Nie. Krygier zapamiętał ten szczegół. Tym razem palce nie zaciskały się na ptasim piórze. Z notatek wynikało, że zaciśnięta dłoń była pusta, rozcapierzone palce drugiej przypominały gigantycznego pająka wczepionego w zieleniącą się roślinność.
Przyjrzał się zdjęciom wykonanym w pełnym planie. Ciało ułożono przy drzewie, tak jak uczyniono z pierwszą kobietą. Kwestia przypadku czy też ma to jakieś znaczenie? Postanowił robić notatki na tylnej okładce skoroszytu. Obok ofiary znajdował się niewielki stosik odzieży. Skurwiel zdarł z kobiety ubranie i starannie złożył je obok w kostkę. Przygotował inscenizację. Heinz ponownie spojrzał na widok w pełnym planie: dwa pochylone drzewa, ciało i odzież ofiary. Zajrzał do opisu. „Ubranie podniszczone i miejscami brudne” – przeczytał.