Nagle ujrzał przed sobą dłoń zakończoną fioletowymi paznokciami. Dłoń postawiła przed nim plastikowy kubek z kawą. Gotycka Jolka prezentowała dziś wcielenie fioletowe. W takim kolorze miała bluzę z kapturem i sztruksy.
– Zająłeś moje miejsce – uśmiechnęła się.
– Przepraszam. Nie wiedziałem. Zaraz się przesiądę -omiótł spojrzeniem biurko.
Nie było na nim żadnych rodzinnych pamiątek, maskotek czy sztucznych kwiatków, którymi policjantki zwykły oznaczać swój teren. W męskim świecie – usłyszał kiedyś od jednej z kursantek – musimy podkreślać, że coś do nas należy. Inaczej nie miałybyśmy szans. Coś w tych wyjaśnieniach musiało być, skoro sam bez pytania rozsiadł się tutaj.
– Siedź. Chętnie popatrzę, jak pracuje sławny profiler Rudolf Heinz.
Próbował wyłapać w jej głosie cień ironii, ale nie udało mu się.
– Co tam masz? – Jolka dostawiła krzesło, spojrzała na zdjęcia i skrzywiła się.
– To sprawa z mojego terenu. Jak mawia mój szef: gówno w Lasku Aniołowskim.
– Lasek Aniołowski – powtórzyła. Fajna nazwa. Fajne miejsce do umierania. Śmierć wśród aniołów.
Sam mogłem o tym pomyśleć – Heinz nerwowo sięgnął po kawę. W ostatniej chwili zawahał się. – Mogę? – wskazał na kubek.
– Czyżbyś czuł się onieśmielony? – Jolka zmrużyła oczy.
Onieśmielenie. Tak jak w przypadku zabójstwa na Śląsku.
Morderca z Lasku nie gwałcił swoich ofiar. Może w towarzystwie kobiet czuł się… Czuł się nieswojo. Pod każdym względem. Jest mu nieswojo nawet w towarzystwie martwych kobiet. Ale z drugiej strony samo zabójstwo go nie zaspokajało, wykonywał więc inscenizacje, ryzykując, że zostanie nakryty. Potrzeba stworzenia sceny była silniejsza niż strach. Za pierwszym razem pióro, a tym razem co? Miał wrażenie, że przeoczył coś ważnego.
– On ją zgwałcił? – zapytała Jolka.
– Nie.
– No to zgwałcił jej ubranie.
– Co przez to rozumiesz? – Heinz sięgnął po długopis.
– Ważniejsze było dla niego to, by złożyć jej ubranie. Gdy już je zdjął, przestał się nią zupełnie interesować. Zobacz -wskazała na rozrzucone nogi i ręce. – Uniósł jej ręce, by ściągnąć bluzkę, ciało samo się tak ułożyło, a on już się do niego nie dotknął.
– Chyba sama sporządzisz ekspertyzę w tej sprawie -mruknął ze złością.
– Ty to zrobisz – klepnęła go w plecy. – Ale może przyda ci się do czegoś to, co powiedziałam. – Poza tym mam coś jeszcze…
– Co? – Heinz znieruchomiał.
– Chodzi o Skargę. Jednego z dwóch tajemniczo zaginionych kleryków. Popytałam tu i ówdzie. Okazało się, że nasz pobożny student znał kilku przyjemniaczków handlujących koksem i sterydami. Podobno rozprowadzał dla nich towar. I pewnego pięknego dnia zniknął z kasą. Chłopaki z miasta są wściekli.
Koks, sterydy i mafia. Robi się ciekawie.
– Czyli wściekli się i go dopadli?
– Otóż, wyobraź sobie, że nie. Chłopak przepadł bez śladu dwa lata temu. I zdaje się, że wykonał numer stulecia. Najspokojniej w świecie postanowił zaszyć się w seminarium i przeczekać.
– Bezpieczniej byłoby wyjechać… – Heinz potarł zarośnięty policzek.
– Z jakichś względów tego nie zrobił. Za to ja wiem, co zrobię. Pojadę na ten pieprzony Żoliborz z Chlaściakiem. Raz jeszcze przeczeszemy jego papiery. Jakiś proboszcz musiał mu wystawić rekomendację, do seminarium nie wejdzie się przecież tak prosto z ulicy. Może pojedziesz z nami? Zrobimy im prawdziwy najazd.
– Nie. – Dopił kawę. – Jestem umówiony z tak zwanym ciekawym człowiekiem. Poza tym – wskazał na aktówkę – mam to gówno na głowie. Ale miałbym do ciebie prośbę. A w zasadzie dwie w jednej. Jak w tej starej idiotycznej reklamie.
Kiwnęła głową. Zrozumiał, że znaczyło to: mów!
– Sprawdź Jana Kunickiego. Co robił jedenastego i dwunastego kwietnia, gdzie był. I czy był z nim wtedy jego goryl, Kruk.
– A druga prośba?
Heinz poprosił o sprawdzenie, co robili Kunicki i Kruk w jeszcze innym terminie. Jolka wpatrywała się w zanotowane daty.
– Wiesz, że to może być trudne? – zapytała. – Ten Kunicki ciągle podróżuje. Lata prywatnym samolotem. W kraju ląduje na lotniskach przeznaczonych dla vipów i wyjeżdża z nich niezauważony.
– Ale jeśli był za granicą, to już jest inaczej – odpowiedział. – I sprawdź koniecznie tego Kruka – dodał zamyślony.
Myślał już o czymś innym. Gdy zbierał się do wyjścia, wciąż myślał o tym, że przeoczył coś istotnego.
30
Na ulicy Siennickiej, nieopodal odżywającego po latach zapaści klubu „Orzeł”, odnalazł szkołę sportową. Nie musiał szukać wejścia do sali treningowej, bo już z oddali dały się słyszeć okrzyki wydawane przez adeptów karate. Przed wejściem na salę wisiała gablota ze zdjęciami. Heinz obejrzał jeszcze raz te same zdjęcia, które znalazł w Internecie.
Popatrzył na uśmiechniętego Batora i zmrużone oczy Rutgera. Przyjrzał się także kilku fotografiom, których w internetowej galerii nie było. Przy jednej odbitce zatrzymał się dłużej. Zdjęcie przedstawiało dwóch chłopaków w gotowości do walki. Jeden z zawodników miał zielony pas, jego przeciwnik – pas niebieski. Właśnie ten drugi, bardziej zaawansowany w tajnikach karate, wydał się Heinzowi znajomy. Przyjrzał się skupionej twarzy ukazanej w profilu. Skąd ja go znam? Potarł czoło.
Okrzyki rozległy się w momencie, gdy Heinz chwycił za klamkę. Zawahał się jednak. Stał przez chwilę i myślał, co ma zrobić. W końcu puścił drzwi, pochylił się, zdjął buty i skarpetki. Otrzepał stopy. Etykieta to podstawa – przypomniał sobie słowa Lambrosa Kastoriadisa. Otworzył drzwi i ukłonił się. Kilkunastu zawodników, z których najmłodszy mógł mieć osiem lat, a najstarszy był w wieku Heinza, poruszało się w jednej linii, wykonując kopnięcia do przodu. Nikt nie zwrócił na niego uwagi.
Nikt z wyjątkiem mężczyzny stojącego w oddali i czujnie wpatrującego się w przybysza. Szczupły, krótko ostrzyżony, poprawił czarny pas i podszedł do drzwi.
– Pan chce się zapisać do grupy? – zapytał.
– Niezupełnie. – Heinz wyjął legitymację. – Musimy porozmawiać.
– Proszę zaczekać do końca treningu, teraz nie mogę. – Stanisław Bator odwrócił się w stronę ćwiczących. – To samo w drugą stronę! – krzyknął.
– Nie mogę czekać – Heinz zniżył głos. – Mam kilka pytań związanych z pańskim przyjacielem, profesorem Rutgerem. Obawiam się, że profesor ma kłopoty. Duże kłopoty – ostatnie słowa wypowiedział szeptem.
Bator odczekał, aż karatecy wykonają ćwiczenie.
– Teraz robicie Heian Shodan i Heian Nidan! Każde po trzy razy! Co drugi krok do przodu!
Karatecy zaczęli wykonywać formy złożone z bloków, uderzeń i kopnięć, które muszą być wykonane w odpowiedniej kolejności. Heinz patrzył, jak uczniowie Batora ćwiczą ruchy należące do elementarza tej dyscypliny i poczuł ukłucie zazdrości. Gdy to wszystko się skończy, spotka się wreszcie z Lambrosem.
– O co chodzi? – Bator z napięciem wpatrywał się w policjanta.
Heinz opowiedział o dwóch ciałach znalezionych nad Wisłą. Pominął szczegóły związane z torbami foliowymi, szminką i cyframi pozostawionymi na głowach trupów. Opowiedział o kartce z numerem telefonu do biblisty. Powiedział, że Rakowiecki i Leski spotykali się z Rutgerem podczas prywatnego seminarium. I że zostali wyrzuceni, gdy okazało się, że są gejami. W dodatku takimi, którzy uprawiają seks za pieniądze.