– Dobrze zrobił. – Bator patrzył teraz na ćwiczących. – Na jego miejscu wywaliłbym ich na zbity pysk. Aż dziwne, że nie wylecieli z seminarium.
– Nie ma pan zbyt wiele współczucia dla zmarłych – szepnął Heinz.
– Nie chodzi o to, by ktoś ci okazywał współczucie. Sam musisz mieć w sobie wewnętrzną siłę i dyscyplinę. Dlatego moi ludzie – wskazał na karateków – robią to, co robią. Nie przypadkiem trzech z nich to duchowni…
Moi ludzie. Siła i dyscyplina. Poczuł, że na sali, mimo otwartych okien, przez które wpadało ożywcze kwietniowe powietrze, robi się duszno.
– Pan chciałby stworzyć taki polski klasztor Shaolin? – nie mógł się powstrzymać od ironii.
Bator nawet nie spojrzał na Heinza.
– Nie byłoby to takie złe. – Zdawało się, że mówi do siebie. – Powinni być żołnierzami Chrystusa. Komandosami
Kościoła. A jak są za słabi, powinni być ukarani. Oczywiście – wreszcie dostrzegł swego rozmówcę – nie tak, jak ci dwaj…
Komando księży i kleryków. Heinz miał wrażenie, że się przesłyszał.
– Jak pan poznał profesora Rutgera? – postanowił zmienić temat.
– Spotkaliśmy się w Azji, a ściślej w Kambodży.
Heinz drgnął. Przypomniał sobie, co o torturach w Kambodży opowiadał Sierściuch podczas sekcji zwłok Rakowieckiego i Leskiego. Co mówił o duszeniu torbami foliowymi za czasów Pol Pota.
– Zdziwiło to pana? – zapytał Bator. – Po piętnastu latach rządów Pol Pota religia zaczęła się tam odradzać. Przyjechałem w 1992 roku do Kambodży jako misjonarz, spotkałem się nawet z wikariuszem apostolskim Phnom Penh, biskupem Yves'em Georges'em Rene Ramousse'em. Musi pan wiedzieć, że Kościół francuski i jego tradycja misjonarska w Kambodży do dziś odgrywają dużą rolę.
– A Rutger? Co go tam poniosło?
– Fascynacja buddyzmem. Pewnie wie pan o tym…
Heinz przytaknął.
Bator klasnął w dłonie.
– Nie. To zupełnie nie tak! – Wyszedł na środek sali. Karatecy znieruchomieli. Wszyscy wpatrywali się w jeden punkt. Dopiero teraz Heinz dostrzegł, jaką władzę miał ten szczupły mężczyzna z mistrzowskim pasem. – Zapomnijcie o rękach! – Bator podniósł głos. – Wyobraźcie sobie, że ręce to sznurki, a dłonie to kamienie. W karate najważniejsze jest przekazanie szoku, energii, która idzie z dołu, niemal z podłoża – wskazał na rozłożoną matę.
Wskazał ręką na jednego z uczniów, który podbiegł i stanął naprzeciwko.
– Zobaczcie. Najpierw pracuje oddech i ciało. Ręce są na końcu!
Wykonał błyskawiczny ruch i jego pięść zatrzymała się tuż przed brodą przestraszonego ucznia. Dobry jest – pomyślał Heinz. Naprawdę jest dobry. Chętnie bym go zobaczył w pojedynku z Kastoriadisem.
– Robicie Heian Nidan i Heian Sandan! Też po trzy razy – zakomenderował i wrócił do Heinza.
Teraz. Teraz przyszedł właściwy moment.
– Tych dwóch chłopców uduszono – szepnął Batorowi do ucha. – Torturowano ich i uduszono, zaciskając na głowach torby foliowe. Zapewne zna pan tę metodę…
Wiedział, że tym razem trafił. Bator nie wykonał żadnego ruchu, ale Heinz był pewien, że jego cios sięgnął celu.
– Skąd pan wie? – W głosie Batora wyczuł zmianę. – Rutger panu powiedział?
Heinz milczał. Karateka popatrzył na niego i zrozumiał, że popełnił błąd.
– Rutger nic mi nie powiedział. Ale skoro już pan zaczął…
Bator nie patrzył już na uczniów. Myślami był gdzieś daleko, poza salą treningową.
– Początek lat dziewięćdziesiątych to w Kambodży był ciągle niespokojny czas. Niedobitki Czerwonych Khmerów były wciąż aktywne. I wpadłem w ich ręce. Torturowali mnie – głos znów mu zadrżał. – Wiem, co to znaczy, gdy torba zaciska się na głowie.
– Rutger pana uratował?
Bator pokiwał głową.
– Nie wiem, jak to zrobił. Ale wyciągnął mnie z tego. Potem mówił mi, że tylko z nimi rozmawiał. Rozmowa okazała się ważniejsza niż siła… Niż sprawne mięśnie…
– Był pan komandosem, potem misjonarzem… Dlaczego pan zrezygnował?
Bator wyprostował się, jakby zrzucał z barków ciężar upiornych wspomnień. Znów był mistrzem wśród swoich uczniów.
– A pan co? Wywiad chce ze mną przeprowadzać?
– Zgadł pan. – Heinz uśmiechnął się. – Po godzinach pracuję dla „Przeglądu Sportowego”.
– No to innym razem. – Ponownie klasnął w dłonie. -Heian Shodan ostatni raz! Potraficie?
– Oss! – odpowiedział mu chór głosów.
– Teraz ja chciałbym o coś zapytać. Mówił pan, że profesor ma kłopoty. Czy pan… czy wy go podejrzewacie?
– Moim zdaniem on nie ma z tym nic wspólnego. – Heinz starał się, by zabrzmiało to wiarygodnie. – Ale profesor mówi mniej, niż wie. Nie chce nam pomóc. Naprawdę może wpaść w tarapaty…
Bator popatrzył na Heinza wzrokiem, w którym można było dostrzec absolutną determinację.
– Jeśli ktoś nadepnie profesorowi na odcisk, to…
– Tak, wiem. – Heinz uniósł dłoń w pojednawczym geście. -To złamie mu pan nogę w trzech miejscach z przemieszczeniem. Albo – zawiesił głos – poddusi go pan torbą foliową.
Nie czekał na reakcję Batora. Otworzył drzwi sali treningowej. Prawie zderzył się ze zdyszanym chłopakiem.
– Co za spotkanie – powiedział, patrząc na Roszkowskiego, seminarzystę z czwartego roku. Tego, który zrobił feralne zdjęcie Rutgerowi i czterem klerykom, z których dwóch nie żyje, a dwóch przepadło jak kamień w wodzie. To właśnie odbitka, na której widać Roszkowskiego przykuła jego uwagę, gdy przyglądał się fotografiom w klubowej gablocie.
Roszkowski obrzucił Heinza spłoszonym spojrzeniem i wszedł na salę.
Była dwudziesta, gdy zmęczony wrócił do hotelowego pokoju. Najchętniej poszedłby spać, ale wiedział, że nie może tego zrobić. Zapalił lampkę rzucającą zbyt słabe światło i otworzył aktówkę przysłaną z Katowic.
Powinienem mieć okulary. Przynajmniej do czytania – pomyślał. Postanowił, że dziś wybierze muzykę na chybił trafił. Usłyszał bębnienie deszczu, dźwięki dzwonów i grzmoty. A potem ciężką gitarę Tony'ego Iommiego, faceta, który nigdy nie grał wyrafinowanych solówek, nie powalał techniką i szybkością gry, ale potrafił nadać muzyce Black Sabbath odpowiednią siłę. Potrafił przekazać szok, o którym mówił swoim uczniom Bator.
Heinz przypomniał sobie, że podczas szkoleń dla przyszłych policjantów i profilerów sam chętnie odwoływał się do swoich pasji. Do bluesa i karate.
Tłumaczył, że pracę profilera można porównać do kata. Heian Shodan, Heian Nidan i tych bardziej zaawansowanych, jak Bassai Dai czy Hangetsu.
– Czym są kata? - wyjaśniał podstawowy termin karate, przechadzając się po sali wykładowej. – To forma walki z wyimaginowanym przeciwnikiem, który pierwszy was zaatakował. Dlatego formy karate zaczynają się zawsze nie od ataku, ale od obrony. Od bloku. I czymś podobnym – dodawał – jest profilowanie nieznanego przestępcy. To także forma walki z przeciwnikiem, którego musimy sobie najpierw wyobrazić. I patrzcie dalej – zwykł pisać na tablicy trzy tajemnicze słowa. W karate ważną rolę odgrywa zanshin, a więc fizyczne i psychiczne przygotowanie na atak. Wy też zawsze powinniście zakładać, że sprawca seryjnych przestępstw ponownie uderzy. Pożegnajcie się z optymizmem. Z nadzieją, że to, co się zdarzyło, już się nie powtórzy! A teraz drugie pojęcie: mikiru, czyli umiejętność przewidywania tego, co zrobi przeciwnik. To ma być istota waszej pracy. A jak to zrobić? Ostatecznie chodzi o to – wskazywał na trzecie słowo – by wychwycić ten moment, gdy u przeciwnika pojawia się kyo - chwila zawahania, dekoncentracji, głupiej nieuwagi. Wtedy jest wasz. Prawda jest brutalna – zawieszał głos. – Nie unikniecie ataku. Chyba że jesteście jasnowidzami. Ale gdy uderzy – wykonywał szybki ruch dłonią – wtedy… wtedy