Bądźcie bezwzględni.
Na składance z utworami Sabbathów rozbrzmiewał kolejny utwór. The Wizard z frazą graną na harmonijce ustnej przez Ozzy'ego Osbourne'a. Bardzo bluesowy utwór wśród potępieńczych zawodzeń i gotyckiej stylistyki, która zawsze irytowała Heinza. Czym jest podpis seryjnego mordercy? Jest odwoływaniem się do schematu. Takim schematem – tłumaczył – jest dwanaście taktów bluesa. AAAA BBAA CCAA – rysował na tablicy. Niby to banalnie prosty schemat, który może być wypełniony nieskończoną liczbą wykonań i odmian prezentujących indywidualne cechy. I tak samo jest z podpisami przestępców.
Dobra, Heinz – pomyślał, że przydałoby się piwo, ale przypomniała mu się obietnica, którą złożył samemu sobie. Sięgnął po papierosa. Dobra, Heinz – powtórzył w myślach. Zobaczymy, czy jesteś taki dobry. Ile są warte te twoje teorie i analogie.
Przez następne dwie godziny uważnie oglądał zdjęcia z Lasku Aniołowskiego i czytał notatki. Było kilka elementów łączących oba morderstwa. To samo miejsce zdarzenia. Ten sam czas – popołudnie w dzień powszedni. Najpewniej morderca albo był bezrobotny, albo pracował wahadłowo – raz przed południem, raz na drugą zmianę. Albo zajmował się czymś dorywczo. Ciosy nożem to też stały element. Kobiety jako ofiary. Im dłużej przeglądał dokumentację, tym wyraźniej dostrzegał jednak nie podobieństwa, ale różnice. Kobiety różniły się wyglądem. Heinz pokręcił głową. Nie chodzi nawet o to, że jedna była brunetką, a ta druga nie. Chodzi o to, że pierwsza była zadbana, a ta druga to jakiś lump. Pierwsza ofiara była odpicowana i z makijażem, druga – w brudnym ubraniu, z przetłuszczonymi włosami i jeszcze walnęła kielicha przed śmiercią. To się nie zgadza. Poza tym nie zgadzała się liczba ciosów. W pierwszym przypadku kilkadziesiąt uderzeń, w następnym tylko dziewięć.
O czym to świadczy? Może za drugim razem morderca się śpieszył. Spodziewał się, że ktoś zacznie tej kobiety szukać, a musiał jeszcze zdjąć z niej ubranie, ułożyć je w kostkę i bezpiecznie się oddalić. Albo jeszcze inaczej: pierwsza kobieta była ofiarą „właściwą”, a następna „zastępczą” -wybraną losowo. Dlaczego? Gdyż tej, którą sobie upatrzył, zabrakło. Może się umówili, a ona nie przyszła na spotkanie? Rozmyśliła się, zachorowała albo zapomniała? A on ją już wcześniej uśmiercił w wyobraźni, wyobrażał sobie, jak to będzie, gdy się spotkają. A tu takie rozczarowanie. Przypadkowa ofiara nie zaspokoiła jego potrzeb. Pozwoliła mu wyładować się tylko na chwilę. A jeśli tak, to… To zabije kolejny raz.
Znów zamarzył o piwie. Podszedł do umywalki i nalał sobie wody do szklanki.
Pozostaje kwestia podpisu mordercy. Ptasie pióro. Założyłby się o wszystkie pieniądze, że pióro nie znalazło się w ręku ofiary przypadkiem. Zrobiłby to tym chętniej, że pieniędzy nie miał. Przypomniał sobie powieść Mo Hayder Ptasznik, którą czytał podczas jednego z zagranicznych staży jako lekturę obowiązkową. Tam seryjny morderca umieszczał małe ptaki w klatkach piersiowych zamordowanych kobiet. Tyle że to była fikcja. A tu miał śmierdzące żywe gówno. Ptasie pióro i ubrania złożone w kostkę nie pasowały do siebie. Coś tu nie gra. Brakuje jakiegoś elementu w tej układance.
Opróżnił popielniczkę, w której uzbierał się kopczyk niedopałków. Raz jeszcze zaczął przeglądać zdjęcia. Przy jednym zatrzymał się dłużej. Zmrużył oczy, znów pomyślał o okularach i włączył górną lampę. Podszedł bliżej światła. Zdjęcie pokazywało miejsce zbrodni w pełnym planie, lecz najwyraźniej zostało źle wykadrowane. Głównym motywem na fotografii były dwa drzewa, jakby zrobił ją nie fotograf policyjny, ale amator przyrody. Trzeba się było dobrze przyjrzeć, by dostrzec ukryte za konarem zwłoki.
Heinz nie patrzył na rozcapierzone palce kobiecej dłoni. Wpatrywał się w koronę drzewa. Tak. Nie miał już wątpliwości. Wśród zieleniących się liści tkwiło coś białego. Tylko co? Nie miał pojęcia.
Chwycił za telefon i wybrał numer Krygiera. Wyjaśnił, w jakiej sprawie dzwoni.
– Oj, Hipis… Czy to naprawdę ważne, co tam tkwi w tym drzewie? Nagrałem sobie dwa mecze ligi angielskiej i chciałbym je dzisiaj obejrzeć. – Naczelnik nie krył irytacji.
– Szefie, będę szczery. – Heinz przełknął ślinę. – Mam gdzieś pańskie mecze. Zwłaszcza że ma je pan nagrane.
Komentarz telewizyjny umilkł. Zapewne Krygier włączył przycisk stop w odtwarzaczu.
– Ten pojeb – mówił szybko Heinz, jakby się bał, że wyczerpie limit cierpliwości – zrobi to jeszcze raz. Druga kobieta to zwykły traf. Dlatego zadał jej tylko dziewięć ciosów. Ona go nie obchodziła… – umilkł.
– Mów dalej. – W głosie Krygiera usłyszał nowy ton.
– Muszę wiedzieć, co jest na tym zdjęciu. Chcę mieć pewność, że niczego nie pominąłem.
Krygier obiecał, że ktoś oddzwoni do niego z wiadomością. Jakakolwiek by była.
Z ulgą odłożył słuchawkę. Od siedzenia przy biurku bolały go plecy. Położył się na łóżku, które wydało rozpoznawalny dźwięk. Przy Changes, przez lata niedocenianej balladzie Sabbathów, przysnął. Obudził go telefon.
Poderwał się i nie patrząc na wyświetlacz, odebrał.
– Spałeś? – Ku swojemu zaskoczeniu usłyszał głos doktora Kornaka.
– Nie – skłamał.
– Dwie sprawy. Nasz podopieczny kolejny raz dopytywał się o ciebie. Nie dzwoniłbym z tym, gdyby nie nasza ostatnia rozmowa. Sprawdziłem, o co mu chodzi z tym Beckettem.
– Jakim Beckettem? – Heinz nie mógł sobie przypomnieć.
– Ostatnia taśma…
Teraz już pamiętał.
– Tam jest tak, Rudolf: „Chyba minęły już moje najlepsze lata. Gdy istniała jeszcze szansa na szczęście. Ale nie chciałbym, żeby wróciły. Teraz, gdy mam w sobie ten ogień, już nie”„.
Heinz poczuł, że jego serce chce wyrwać się z klatki piersiowej.
– Zrobiłem tak – spokojnym głosem mówił Kornak. -
Sprawdziłem, czy w zakładzie, gdzie przebywa, stosują wobec niego maksymalny poziom zabezpieczeń. Wszystko w porządku.
„Teraz, gdy mam w sobie ten ogień”.
– Można mu jakoś jeszcze dokopać? Na przykład elektrowstrząsami? – Heinz starał się być wesoły.
– Zapomnij o tym. Poza tym on jest niepoczytalny.
– To wy wszyscy tak uważacie. Dobrze wiesz, że jest tak samo zdrowy jak ty czy ja.
– Wiem. Dlatego dzwonię. Uważam, że powinieneś to wiedzieć.
Heinz wciąż myślał o Inkwizytorze, gdy zadzwonił kolejny telefon.
– Aspirant Werner – usłyszał warknięcie w słuchawce. -Mam dla pana wiadomość. Trochę to trwało, ale udało się. W koronie drzewa tkwił biały latawiec.
– Latawiec? – Heinz nie zrozumiał.
– No tak. Taki, jakim dzieci się bawią.
Heinz usiadł przy stole i tępym spojrzeniem wpatrywał się w rozrzucone zdjęcia. Nie mógł się skupić. Przed oczami miał twarz uśmiechniętego Inkwizytora. Bydlak wiedział, jak uprzykrzyć życie. Nawet zza krat oddziału zamkniętego. Coś będzie musiał z tym zrobić. Ale nie teraz.
* S. Beckett, Ostatnia taśma Krappa, [w:] Dramaty, przeł. Antoni Libera, Warszawa 2002.
Z trudem powstrzymał się, by nie zejść do hotelowego baru i nie wrócić na górę z dwoma oszronionymi czteropakami piwa.
Włączył stare bluesy Johna Lee Hookera. Znajome dźwięki gitary akustycznej i jednostajny prosty rytm wybijany butem przez czarnoskórego mistrza powinny zadziałać kojąco. Powinny, ale nie zadziałały. Nie tym razem. Długo nie mógł zasnąć.