Выбрать главу

Jedynym współczesnym elementem wystroju były automaty Kinghouse Poker. Po lewej stronie ustawiono trzy maszyny i podobne trzy bliźniacze automaty, oddzielone dodatkowo kotarą, wciśnięto pod okno po stronie prawej. Heinz nie pierwszy raz stykał się z taką sytuacją. Spryt Polaków nie zna granic. Zwłaszcza gdy trzeba obejść przepisy podatkowe, które są inne w przypadku trzech automatów w lokalu, a inne, gdy automatów jest dwukrotnie więcej. Co trzeba zrobić? Ano powiedzieć, że jest się właścicielem trzech maszyn, a trzy pozostałe to własność brata, swata, ciotki, pociotka. I oddzielić maszyny od siebie przepierzeniem.

Przy kontuarze uchwycił czujne spojrzenie barmanki. Zamówił dwa razy okocim. Tak jakby lada chwila spodziewał się tu kogoś. W dłoni trzymał kluczyki samochodowe. Niech widzą, że równy z niego gość. Uśmiechnął się do ponurej barmanki i usiadł tak, by móc obserwować mężczyznę wpatrującego się tępym spojrzeniem w żółtawą pienistą ciecz wypełniającą masywny litrowy kufel.

Stary Skarga. Ojciec chrzestny zakładów pogrzebowych. Marlon Brando byłby przy nim nikim. Skarga poruszał siwymi wąsami, jakby miał katar. Szerokie granatowe szelki wybrzuszały się na koszuli rozchodzącej się w okolicy pępka.

Ciekawe, czy ten facet jest w stanie wstać od stołu o własnych siłach, gdy jest trzeźwy, czy też tusza mu w tym skutecznie przeszkadza?

Drzwi baru otworzyły się i do grubasa podszedł mężczyzna w czarnym garniturze.

– Jutro rano masz wrzutkę – powiedział Skarga nadspodziewanie trzeźwym głosem. – A po południu jedziesz po klienta do Kielc. Tylko – uniósł palec grubości serdelka – tym razem tnij po kosztach. Żeby mi nie było żadnego sanepidu!

– Pan wie, szefie, że ostatnio nie dało się inaczej. Mendy się przypierdoliły i tyle.

– Żadnych pieczęci, pamiętaj! – Skarga podciągnął granatowe szelki.

Rozmowa dwóch zawodowców. Heinz zrozumiał, o czym rozmawiają. Kiedyś otarł się o tę branżę. Wrzutka. Tak w języku właścicieli zakładów pogrzebowych nazywa się sytuację, gdy trumna ma być dowieziona do kościoła, a potem zajmuje się nią już miejscowa ekipa. Z Warszawy do Kielc jest więcej niż sześćdziesiąt kilometrów. A przy takiej odległości trumna powinna być pieczętowana w obecności pracownika sanepidu. W praktyce rzadko się tego przestrzega, ale najwyraźniej ten w czarnym garniaku miał ostatnio jakieś nieprzyjemności.

Automat do gry w pokera zabrzęczał i zaczął wysypywać pięciozłotówki. Gracz sięgnął do torby, wyjął opakowanie po rozpuszczalnej witaminie C i zaczął wkładać monety do opróżnionej tubki.

Teraz stary Skarga siedział przy stoliku sam. Gdy Heinz podszedł do niego, grubas podniósł wzrok znad kufla i drgnął.

– Wszystko już zapłaciłem – powiedział, patrząc na nieznajomego mężczyznę z kilkudniowym zarostem. – Czego jeszcze chcecie?

– Chcę, żebyś mi powiedział, gdzie jest twój syn. – Heinz wyjął legitymację.

Skarga nerwowo rozejrzał się na boki. Mężczyzna przy automacie podszedł do baru i wziął kolejne piwo.

– Nie wiem, co się dzieje z chłopakiem. Podobno jest w Anglii. Pati – zawołał w stronę baru – podejdź tutaj! To moja córka – dumnie wypiął brzuch.

Pati, a najpewniej Patrycja, podeszła niechętnie.

– Powiedz – zaczął szybko mówić – że to prawda. Andrzej uciekł. Skurwiel uciekł z kasą, która nie należała do niego. To wszystko przez tę zarozumiałą dziwkę…

– Tato! – krzyknęła Pati.

Zarozumiała dziwka. Pewnie pierwsza kobieta z otoczenia tego grubasa, która zbliżała się do końca studiów.

– Nieważne. – Skarga machnął ręką. – Chłopak narobił mi strasznych kłopotów, pan chyba wie, co znaczą takie długi…

Heinz potwierdził skinieniem głowy.

– Spłaciłem tym draniom wszystko. Co do złotówki. Z odsetkami. A tego sukinsyna nie chcę znać. – Pociągnął łyk piwa, który Heinz musiałby rozłożyć na trzy razy.

– Czy wie pan, że on był w seminarium duchownym w Warszawie?

Skarga w pierwszej chwili nie zrozumiał. Otarł dłonią pianę z wąsów, popatrzył na córkę i wybuchnął śmiechem.

– Że co? – Jego brzuch podrygiwał na blacie stołu. – Że co? Mój syn księdzem?

Śmiał się, a z oczu pociekły mu łzy.

– Tam, przy moim stole, ma pan dwa piwa. Nietknięte.

Cieszę się, że pana rozbawiłem. Miłego wieczoru – powiedział Heinz.

Wstał od stołu, chwycił dziewczynę za łokieć i odprowadził ją do baru.

– Pani się nie zdziwiła, gdy powiedziałem o seminarium. Nie zaśmiała się… Doskonale pani wie, że brat nie wyjechał do Anglii, prawda? – Wpatrywał się w dziewczynę. – Pani wie, gdzie on jest. Muszę… muszę się z nim zobaczyć.

Pati popatrzyła nerwowo na ojca, który kraciastą chusteczką ocierał łzy.

32

Porażka. A jednak nic mu nie powiedziała. Nerwowo popatrzyła na ojca, a potem zaczęła wciskać bajeczkę o esemesie z Anglii. Oczywiście już wykasowanym. Brat twierdził, że lepiej nie utrzymywać kontaktów. Tak będzie lepiej dla wszystkich. A co z jego dziewczyną? Rzuciła go i wzięła urlop dziekański. Zachowała się podle. To nie była żadna zarozumiała dziwka, ale zrobiła to bez klasy.

Heinz siedział w samochodzie. Zza drzew prześwitywał otynkowany na biało parterowy dom. Furtka, z której odchodziła zielona farba, była uchylona. Albo dzwonek był zepsuty, albo właściciel zapomniał zamknąć.

Przez trzy godziny próbował się dodzwonić do profesora Rutgera. Komórka cały czas była wyłączona. Zadzwonił do komendy i poprosił o adres. Profesor mieszkał w Radości, na obrzeżach Warszawy, niedaleko Centrum Zdrowia Dziecka w Międzylesiu. Tym razem mężczyzna o zmrużonych oczach będzie musiał spojrzeć mu prosto w twarz. Heinz zgasił silnik i podszedł do furtki. Czekał, aż podbiegnie wściekle ujadający pies. Nic takiego jednak nie nastąpiło.

Heinz wszedł na podwórko i rozejrzał się. Zobaczył sporych rozmiarów garaż zabezpieczony masywną sztabą. Podszedł do drzwi i zadzwonił.

– Wejdź, proszę! – usłyszał donośny głos.

Rutger siedział przy masywnym biurku. Po jego lewej ręce stał posążek Buddy. Po prawej – butelka Finlandii. Zobaczył Heinza i drgnął.

– Pewnie spodziewał się pan mistrza karate, Batora?

Atak. Tylko atak.

Rutger zamknął oczy i odchylił głowę.

– Nie spodziewałem się pana, istotnie…

Mówienie sprawiało mu kłopot. Ciekawe, ile zdążył już wypić.

– A z senseiem Batorem już rozmawialiśmy. Zresztą… – otworzył oczy i rozłożył ręce – lubię wiedzieć, z kim mam do czynienia. Witam sławnego profilera, komisarza Heinza z Katowic, w moich skromnych progach. Zaintrygował mnie pan wtedy. W seminarium…

Spryciarz z niego. Zasięgnął informacji. Widocznie miał u kogo. Najważniejsze teraz to nie pozwolić, by przejął inicjatywę. Nie dać się zaskoczyć.

– Znał pan księdza Kowalskiego? Uczył w waszym seminarium…

– Znałem – Rutger rozciągał samogłoski. – Osobiście doprowadziłem do tego, że wyleciał z seminarium.

– Dlaczego?

– Za bardzo lubił chłopców. – Rutger zamilkł. – Ale przecież nie przyszedł pan rozmawiać o Kowalskim?

– Nie. Nie po to przyszedłem – odparł ostro. – Ładnie pan mieszka… Jak na księdza…

Ten cios powinien go zaskoczyć.

Rutger rozejrzał się po pokoju zastawionym regałami uginającymi się od książek, odbitek kserograficznych i brulionów.

– Pojęcia pan nie ma, jak mieszkają księża. Nasz spowiednik, rektor, nawet ten jego halabardnik Jurek, który dostał dom i samochód od rodziców zaraz po prymicji… Zarobiłem na to – zatoczył łuk dłonią – pisząc książki i sprzedając je za granicą. Naprawdę nie zna pan bogatych księży…