Cicho wymknął się na zewnątrz i w trzech susach znalazł się za narożnikiem domu. Widział stąd furtkę oświetloną uliczną latarnią. Usłyszał szczęk otwieranego zamka i odgłos zatrzaskiwanych drzwi samochodu. W świetle latarni ujrzał siwą głowę spowiednika z seminarium. Starszy mężczyzna wszedł przez uchyloną furtkę i ruszył w stronę drzwi.
Korciło go, by podsłuchać rozmowę. Ale przecież rozmowy nie będzie. Rutger spał jak zabity. I minie nieco czasu, zanim wróci do żywych. Heinz trochę się na tym znał. Znał się aż za dobrze.
Minutę później siedział w oplu i przekręcał kluczyk w stacyjce.
Zjadł kebaba XXL, wrócił do hotelowego pokoju i połączył się z Internetem. Bez trudu odnalazł link zatytułowany: „Znany teolog porzuca stan duchowny”. Pod trzyzdaniową informacją znajdował się odsyłacz do pełnego tekstu oświadczenia profesora Rutgera. Heinz przeczytał:
Po długotrwałym namyśle postanowiłem poinformować moich zwierzchników, przyjaciół i ludzi mi bliskich o decyzji wystąpienia ze stanu duchownego. Do decyzji tej dojrzewałem stopniowo. Nie wdając się tu w szczegółowe uzasadnienia, przywołam trzy dramatyczne doświadczenia, które do głębi mną wstrząsnęły. Pierwszym była wiadomość o tym, że dekret Crimen sollicitationis, jeden z najbardziej haniebnych dokumentów w historii Kościoła, uchwalony przez Święte Oficjum w 1962 roku, obowiązywał za zgodą kolejnych papieży – w tym Jana Pawła II – do początków naszego, XXI wieku. Konsekwencje tego dekretu odciskają do dziś piętno na wielu sferach, choćby na praktyce funkcjonowania seminariów duchownych. Drugim doświadczeniem niechaj będzie polityka kadrowa naszego Ojca Świętego, który – najpewniej ulegając naciskom i podszeptom – postawi! na czele Kościoła w Polsce ludzi o wątpliwych kwalifikacjach intelektualnych, a wielokroć także – moralnych. Trzecie doświadczenie ma charakter osobisty: jak wiadomo, od wielu lat jestem orędownikiem łączenia chrześcijaństwa z innymi religiami, w tym zwłaszcza z buddyzmem. W ostatnich latach moje starania, by uczynić Kościół bardziej otwartym, natrafiały na wiele coraz potężniejszych przeszkód. Jest jeszcze jeden ważny powód mojej decyzji. Poinformuję o nim w ciągu tygodnia. Przepraszam tych, którzy poczują się osobiście dotknięci moją decyzją. Do wszystkich ludzi Kościoła kieruję zaś słowa mojego ulubionego proroka, Ezechiela, by Pan dał wam „serce nowe i ducha nowego tchnął do waszego wnętrza” (Ez 36, 26).
Prof. Jan Rutger
Heinz przeczytał oświadczenie po raz drugi, po czym wpisał w wyszukiwarkę dwa słowa: Crimen sollicitationis. Na ekranie ukazały się odsyłacze do artykułów w różnych językach. Pobieżnie przejrzał kilka z nich. We wszystkich podkreślano, że dekret wydany na początku lat sześćdziesiątych dotyczył – tu cytowano Święte Oficjum – „najgorszych zbrodni”: „agresji seksualnej popełnionej przez księdza” lub „próby agresji wobec nieletnich płci obojga lub zwierząt”. W myśl dekretu wszelkie przestępstwa tego rodzaju miały być wewnętrzną tajemnicą Kościoła pod groźbą ekskomuniki wobec tych, którzy by się wyłamali.
Przypomniał sobie skandale pedofilskie w Kościele w Stanach Zjednoczonych oraz homoseksualne ekscesy w seminarium duchownym gdzieś w Austrii. Może Rutger rzeczywiście ma dosyć? A może chce w ten sposób odwrócić uwagę od tego, co zdarzyło się tu, w Warszawie? Zastanawiał się nad wizytą, jaką złożył Rutgerowi spowiednik z żoliborskiego seminarium. Ten sam, który lubił, gdy wyznawaniu grzechów towarzyszy biczowanie. Ciekawe, czy jego klientem jest także były zapaśnik Kruk, goryl Kunickiego.
Raz jeszcze przeczytał oświadczenie Rutgera. Dwadzieścia jeden, trzydzieści siedem. Może jednak wcale nie chodzi o cytat biblijny, ale o godzinę śmierci papieża. O koniec, który – popatrzył na cytat z Ezechiela – oczyści i tchnie nowego ducha?
Dość. Na dziś dosyć. Poczuł ból w skroniach. Wyłączył telefon. Do snu włączył składankę Fleetwood Mac. Gdy rozbrzmiewały pierwsze takty Albatrosa, zasnął.
33
Obudził się o czwartej rano z przekonaniem, że rozwiązał sprawę. Poderwał się z łóżka i podbiegł do biurka. Drżącymi rękami rozłożył zdjęcia z Lasku Aniołowskiego. Przypomniał sobie, o czym pomyślał tuż przed zaśnięciem. Gdy rozbrzmiewał rockowy klasyk Petera Greena i spółki.
Włączył laptopa i zaczął szybko pisać.
Kluczem do tej sprawy jest podpis. W przypadku pierwszego morderstwa – ptasie pióro, ściślej, pióro gołębia. W drugim przypadku – latawiec, który znalazł się na miejscu zdarzenia nieprzypadkowo. Tym, co łączy oba elementy, jest metafora wznoszenia się, latania, odfruwania, bycia w innym, lepszym świecie. Morderca zabija, ale jednocześnie jest gdzieś indziej. W krainie fantazji, wyobrażeń albo wspomnień.
Przeczytał napisany fragment i sięgnął po papierosa. Z pewnością to, co napisał, odbiegało od języka standardowej ekspertyzy, ale Krygier przyzwyczaił się już do jego stylu. Przekonał się do niego, gdy okazało się, że spostrzeżenia Heinza pozwalają ująć sprawcę.
Dlaczego wspomnienia? Znów powraca pióro – z dużą dozą prawdopodobieństwa można założyć, że jest to pióro młodego gołębia – oraz latawiec. To są atrybuty dzieciństwa, niedojrzałości (podobnie jak zbieranie piór, kolekcjonowanie ich, choć już raczej nie w dzisiejszych czasach). Obu zabójstwom towarzyszy akt regresji. Można wytłumaczyć go na dwa sposoby. Po pierwsze – zabójca odwołuje się w ten sposób do doświadczeń z dzieciństwa, które, w jego mniemaniu, doprowadziły go do tego, co robi. Coś z dzieciństwa, jakieś doświadczenie lub przeżycie, zmusza go do mordowania. Po drugie – tendencja regresywna ma usprawiedliwiać działanie mordercy. Zabija, ale tak naprawdę czuje się dzieckiem. Czuje, że to, co robi, jest formą zabawy, niewinnej gry.
Do stanu regresji nawiązuje także sterta staranie złożonych ubrań w wypadku drugiej ofiary, którą należy uznać za przypadkową.
Przepisał notatki dotyczące różnic między ofiarami oraz końcową sugestię, że zabójca najpewniej nie doczekał się na kobietę, z którą się umówił i która miała być ofiarą numer dwa.
Symbolika ubrań złożonych w kostkę: pedanteria, zamiłowanie do porządku, dyscypliny. Karanie za wszelkie przejawy odstępstwa od tych reguł. W psychologii istnieje pojęcie osobowości anankastycznej – wzorca zachowań zdominowanego przez perfekcjonizm i potrzebę sprawowania ciągłej kontroli. Najpewniej zabójca stara się szukać ofiar pośród kobiet, które kojarzą mu się z takim wzorem dominacji. Przyjrzyjmy się pierwszej z kobiet: nawet typ fizyczny – mocna budowa ciała, obfite kształty, mocny, zdecydowany makijaż – przywodzą na myśl ten model. Najpewniej w życiu zabójcy ważną rolę odegrała kobieta odznaczająca się takimi cechami (lub taka, której morderca cechy te przypisał).
Pora zmierzać do konkluzji. Wziął głęboki oddech. To, co napisze, najtrudniej będzie Krygierowi przełknąć.
Gdzie poszukiwać mordercy? Powracam do pióra, które można nazwać – za amerykańskimi profilerami – czynnikiem alfa. Jest to ten atrybut, należący do podpisu seryjnego sprawcy, który organizuje świat jego metafor (pióro – latawiec, przy trzecim zabójstwie, do którego, mam nadzieję, nie dopuścimy, mógłby się pojawić papierowy samolot, sklejany plastikowy model samolotu i tak dalej). Metafora lotu jest bardzo ważna dla mordercy i, być może, związana z jego hobby (aktualnym lub dawnym).