Sugerowałbym pokazanie portretu pamięciowego w Polskim Związku Hodowców Gołębi Pocztowych w Częstochowie – nie wykluczam, że zabójca jest lub raczej był (bo w jego przypadku sporą rolę może odgrywać chimeryczność i kapryśność) członkiem takiej organizacji. Mamy do czynienia z samotnikiem, człowiekiem nieśmiałym, niespecjalnie urodziwym (co widać na portrecie pamięciowym). To zupełnie ktoś inny niż pan, inspektorze! Z poważaniem – Hipis.
Wysłał maila pod adres, który znali tylko najbliżsi współpracownicy Krygiera. Był pewien, że o dziewiątej rano naczelnik, w porozumieniu z policją w Częstochowie, postawi na nogi wszystkich ludzi, których ma do dyspozycji. Pozostaje czekać na sygnał i wierzyć, że trop okaże się właściwy.
Postanowił, że dziś zrobi sobie wolne.
O dziewiątej trzydzieści zadzwonił Krygier.
– Jesteś pewien, Hipis, że jestem od niego przystojniejszy?
– Absolutnie, szefie. Pan przy nim to Mister Universum.
– Czyli jestem poza kręgiem podejrzanych? – upewnił się Krygier.
– Dokładnie to napisałem.
– No to wiem, co robić. Dzięki, Hipis.
Około południa postanowił, że pójdzie do zoo. Ogród zoologiczny wiosną przyciąga meneli, dresiarzy i blachary, czyli ich dziewczyny, jak kiedyś poinformował go syn. Podczas jednej z tych rozmów, które można byłoby policzyć na palcach jednej ręki. Miał nadzieję, że ostatnie wydarzenia coś zmienią w ich relacjach. Nagle zatęsknił za byle jakim mieszkaniem w „kukurydzy”. Jeśli nic tu się nie wydarzy, pojedzie na kilka dni do Katowic. Może właśnie teraz nie powinien pokpić sprawy. Teraz, gdy, jak mu się zdawało, znalazł po latach wspólny język z synem, złapał z nim kontakt. Gdy niespodziewanie zaczęli nadawać na tych samych falach.
Śledztwo w sprawie kleryków straciło impet. Poza tym nad ekipą dochodzeniową zbierały się czarne chmury. Zabójstwo prokuratora prowadzącego spektakularne sprawy, które wywoływały emocje wśród polityków, było komentowane w gazetach i Internecie. Komentatorzy najczęściej pisali, że cała sprawa jest porażająca, a to, że mordercą okazał się policjant, świadczy tylko o tym, jak bardzo obniżyły się standardy etyczne w instytucjach, które powinny świecić przykładem i być wzorem. Losem Poremby nikt się nie zajął.
Jeszcze jedno sranie w banię.
W zoo otrzymał kolejny dowód na to, że świat się zmienia. Klatki i wybiegi upstrzone były informacjami o sponsorach zwierząt. Dowiedział się, że pingwiny karmione są przez Zieloną Budkę, a czarną panterę dofinansowują kibice warszawskiej Polonii. Z odrazą pomyślał o piłce nożnej. Na myśl o Euro za pięć lat już był chory. Chyba na czas mistrzostw wyemigruje.
Zrobiło się upalne popołudnie. Stanął przy opustoszałym wybiegu dla słoni. Chwilę później miał trzech towarzyszy: dwóch dresiarzy i chłopaka, także ubranego na sportowo, na wózku inwalidzkim.
– Fajne są te słonie, tylko pomarszczone. – Blondyn przechylał się przez barierkę.
– Tak, tylko spierdoliły. Pewnie na jego widok. – Inwalida kiwnął głową w stronę Heinza.
Nie miał ochoty na awanturę. Nie dziś. Odprowadzał go rechot dobywający się z trzech gardeł.
Zbliżał się do wyjścia, gdy pod nogi potoczył mu się nadmuchiwany fioletowy balon. Podniósł go z ziemi, rozejrzał się za jakimś dzieckiem, a gdy nie dostrzegł potencjalnego właściciela, przeczytał ostrzeżenie wybite grubą czcionką: „Uwaga! Niebezpieczeństwo zadławienia! Dzieci poniżej ośmiu lat mogą zadławić się lub udusić nie nadmuchanym lub pękniętym balonem”.
Oczami wyobraźni zobaczył, jak morderca w filcowym kapeluszu, takim samym, jaki nosił człowiek z trocin z koszmaru sennego, w rękach trzyma pęknięty balon i przykłada go do twarzy Rakowieckiego i Leskiego. Podniósł głowę. Oślepiło go słońce. Przeniósł wzrok na najbliższe drzewo. Wokół konaru wirowały różnobarwne punkciki.
Wiedział, że nie uwolni się od koszmarów, dopóki nie rozwiąże tej sprawy. Czuł, że wszystkie ślady i tropy są jak wirujące punkciki, które zataczają wokół niego coraz mniejsze koła. Rutger i pragnienie odnowienia. Bator i jego maszyneria do zabijania, złożona z rąk i nóg uczniów. Kunicki – sponsor seminarium, przyjmujący zwrot kosztów w naturze. Jego goryl Kruk, sieczony pejczem po plecach. Spowiednik, który wie wszystko o wszystkich. Obrotny rektor Majda, gwiazda sacropolo, bojąca się kompromitacji i skandalu, i zapatrzony w niego jak w rockowego idola, ojciec duchowny. Chłopaki z miasta, którzy nie poprzestali na ściganiu Skargi, ale zajęli się jego kolegami, być może też umoczonymi w coś, o czym Heinz nie miał pojęcia.
Czuł, że wystarczy jedna iskra, by wszystko stało się jasne. Na razie jednak wciąż stąpał po omacku.
Wrócił do hotelu i włączył telefon. Zobaczył nieodebrane połączenia z komendy w Katowicach i od Karloffa. Zadzwonił do Katowic.
– Mamy go – usłyszał triumfujący głos Krygiera. – Poszliśmy twoim tropem. Miałeś rację.
– Co z nim zrobiliście?
– Na razie nic. Facet zniknął. Ale na ubraniu pozostawił pełno śladów. W pracy też go nie było. Ale nie martw się. Teraz to już tylko kwestia czasu.
– Jutro rano będę w Katowicach – zawiesił głos.
– I co? Masz nadzieję, że do tego czasu go nie namierzymy?
– Do jutra, szefie.
Rozłączył się. Krygier się nie mylił. Miał nadzieję, że sam zdąży spojrzeć skurwielowi w oczy.
Późnym popołudniem Heinz zadzwonił do Karloffa. Dwie godziny później zaparkował samochód pod blokiem przy Białobrzeskiej.
Spodziewał się, że Karloff otworzy mu, chwiejąc się w drzwiach. Pomylił się. Gdy usiedli, Karloff przeszył go lodowatym spojrzeniem.
– Wiem, że to ty. To ty załatwiłeś go w Regeneracji. Nawet domyślam się, dlaczego.
– Po to mnie zaprosiłeś, żeby opowiadać o swoich przypuszczeniach?
– Pudło. – Karloff zapalił papierosa. – Chciałem ci opowiedzieć o Porembie.
Opowiedział historię o błyskotliwej karierze, jaką zrobił w warszawskiej policji chłopak z zapadłej mazurskiej wsi. Dwa lata temu Poremba koordynował akcję przeciwko warszawskiemu dystryktowi mafii paliwowej. Zatrzymali gangsterów, a miesiąc później prokurator zniszczył Porembę, który, jak zeznali zatrzymani, w zamian za łapówkę miał chronić szefów mafii. Podobno uprzedził jednego z nich, że jego firma zostanie przeszukana. Skończyło się tak, że Poremba przesiedział dziewięć miesięcy w areszcie. W tym czasie zostawiła go żona. Szkoda gadać.
– A potem okazało się, że jest niewinny. – Heinz domyślał się puenty. – Święto dziś mamy, Karloff – zmienił temat. – Rozmawiamy bez wódki i piwa.
Karloff nie zareagował na zaczepkę.
– Wrócił do służby, korzystał z pomocy psychiatrycznej, ale to już był wrak człowieka – powiedział Karloff. – Zdarzały mu się ataki agresji, ale zasadniczo podpadał pod F 48.
F 48. Według Międzynarodowej Kwalifikacji Chorób i Problemów Zdrowotnych F 48 oznacza „inne zaburzenia nerwicowe”. Heinz przypomniał sobie reklamę dezodorantów dla kobiet, jedną z najgłupszych, jakie widział: „każda z nas jest pH pięć i pół”.
„Każdy z nas jest F 48.” Tak powinna wyglądać reklama policji.
– I wczoraj ten idiota – Karloff zaczął się trząść – poszedł do tego prokuratora i strzelił mu w czoło. Na oczach dzieci wyszykowanych do szkoły i żony. A później, wiesz, co zrobił.
Heinz nie wierzył własnym oczom. Karloff otarł łzy.
– Lepiej być F 48 niż mieć dziewięć milimetrów w czole. Wiem, bo sam miałem F 48 – starał się, by zabrzmiało to pojednawczo.
– Pod warunkiem, że dziewięciu milimetrów nie ładujesz sobie później do ust. Powiem ci jeszcze, że w tej sytuacji nikt nie interesuje się naszymi klerykami. Biuro Spraw Wewnętrznych sprawdza, kto utrzymywał kontakty z Porembą. A na Osucha naciskają, żeby zakończyć sprawę i wsadzić jakichś łysoli. Efekt propagandowy będzie dobry. A teraz zostaw mnie, Heinz.