Выбрать главу

– Dzwony? – Podchwycił doktor.

– Czasem, gdy staniemy wieczorem na brzegu wody, słyszymy odległe bicie dzwonów w kościołach i cerkwiach tamtego świata – wyjaśniła.

Milczeli, wreszcie gospodarz podziękował i odprawił służkę.

– A zatem – mruknął, nalewając do kieliszków po odrobinie dereniówki. – Ci moi ludzie sądzą, że zarazili się od istot z zaświatów…

– I nie tylko oni. Tę samą teorię miał przed trzystu dwudziestu laty miejscowy proboszcz.

– Musiało nastąpić coś, co podsunęło im podobny pomysł. Może przybył do wsi jakiś zdeformowany żebrak? Istota nie wyglądająca jak człowiek…

Skórzewski wzdrygnął się.

– Coś się panu przypomniało? – zapytał gospodarz.

– Stare dzieje. Zastrzeliłem kiedyś w norweskim Bergen trędowatego żebraka, biorąc go za samego demona choroby. Dawno temu, będzie z piętnaście lat… Wyspowiadałem się i odbyłem pokutę, ale po dziś dzień mi to doskwiera. Myśli pan, że ktoś mógł tu przybyć, tak żeby pan o tym nie wiedział?

– Nie jest to wykluczone. Od kiedy skończyła się pańszczyzna, moja władza nad nimi osłabła. Kiedyś byłoby nie do pomyślenia, żeby na moją wyspę wszedł żydowski lichwiarz, a dziś wszyscy chłopi siedzą u nich w kieszeni. Chodźmy spać, przepytamy jutro…

***

Zaterkotał budzik. Druga. Lekarz z trudem zwlókł się z łóżka. Zapalił świecę i pospiesznie się ubrał. Odsunął rygiel w drzwiach wejściowych, lodowate, nocne powietrze na chwilę odebrało mu dech w piersiach. Księżyc jeszcze nie zaszedł, szron, pokrywający ziemię, lśnił jak tłuczone szkło. Kilkaset kroków, spichlerzyk… Namacał w kieszeni klucz, przekręcił w zamku. Sprawdził, czy rewolwer jest odbezpieczony, i osłoniwszy twarz maską, wszedł do wnętrza. Świeca w latarce na stoliku jeszcze się paliła.

Patrzył przez chwilę, nie rozumiejąc. Płomyk drgał, odbijał się w martwych źrenicach, nadawał im pozory życia. Wszyscy wyselekcjonowani chorzy leżeli martwi na siennikach. Doktor poczuł lodowate dreszcze na karku.

***

Iwan siedział przy stole w swojej izbie i toczył po blacie dwie złote monety. Zajęcie to pochłaniało całą jego uwagę i dostarczało ogromnej przyjemności.

Jak niewiele potrzeba ludziom do szczęścia, pomyślał Skórzewski i westchnął w duchu.

Z aktówki wyciągnął listę pytań. A potem rzucił chłopakowi jeszcze jedną złotą piątkę. Moneta brzęknęła o blat, potoczyła się, ale nie zdążyła spaść ze stołu. Pomocnik pochwycił ją błyskawicznym, drapieżnym ruchem. A potem podniósł zaciekawiony wzrok na doktora.

– Od czego zaczęła się epidemia? – Lekarz zadał pierwsze pytanie z listy.

– Zachorował Hanusz – wyjaśnił Iwan. – Ten z tej dużej chałupy na brzegu wyspy. Poszedł do Galiny, żeby odczyniła albo zaszeptała…

– Zaszeptała? – nie zrozumiał.

– No, szeptucha ona była. – Padło wyjaśnienie.

Skórzewski zamyślił się na chwilę.

– A, zamawiała choroby. – Zrozumiał wreszcie.

– No. Ale nie pomogło. Wrócił do domu i tyle go widzieli. Gdzieś następnego dnia jego córka poszła do dworu wódki kupić, bo źle z nim nabyło. Dziedzic nie chciał sprzedać, ale dał jakieś leki. To jeszcze poszła zapytać, czy kto inny by jej nie predał. I zaraz syn jego przyleciał powiedzieć że batko pomierł i leży doma. Zara potem znachorka dostała dreszczy, a następnego dnia to już siedem osób pomarło.

– Ci, do których dziewczyna zaszła wódki kupić albo ktoś z ich domów? – upewnił się doktor.

Iwan zmarszczył czoło, usiłując sobie przypomnieć.

– Tak dokładnie to ne znaju. Ale wydy, że tak. Ona tę francę rozniosła! – Jego oczy rozbłysły nagłym zrozumieniem.

To się przenosi przez skórę albo drogą kropelkową, pomyślał lekarz. Bardzo szybko, od jednego kontaktu, wzdrygnął się.

– Jak Hanusz się zaraził? – zapytał.

Na twarzy rozmówcy coś drgnęło.

– Ne znaju – odpowiedział trochę za szybko.

Kłamie, pomyślał lekarz.

– Czy w ostatnim czasie przybywali w wasze strony jacyś obcy? Żydzi, może Cyganie, domokrążcy, włóczędzy, żebracy?

Iwan odprężył się i zadumał.

– Dwie niedziele nazad był Żydek Meyer po procenty – wyjaśnił wreszcie. – Obszedł chaty dłużników, pościągał swoje, zabrał dwie kury tym, którzy się nie mogli wypłacić i poszedł. A jeszcze niedzielę wcześniej przyjechał kotlarz, garnki miedziane sprzedawać.

– Znacie go?

– No pewnie. W Osuchowie żywie… Michał go wołają.

– A ten Meyer?

– Też stamtąd. To najbliższe miasteczko przecie…

– Więcej nikt?

– Nikt. No, syn dziedzica jeździł w interesach. Ale to się chyba nie liczy? Bo on stąd…

– Nie liczy – potwierdził Skórzewski.

Młody Lisowski siedział zamknięty w Kijowie. Kwarantanna… Doktor postukał ołówkiem w papiery. Na razie wystarczy. Wyszedł przed lazaret. Na jednej z chałup zawieszono czarną płachtę. Ktoś umarł. Zagryzł wargi.

Trzeba znowu zrobić ścisły przegląd wszystkich obejść, pomyślał. Ukrywają chorych…

Przyszedł na brzeg bagna koło grobli. Walizka z heliografem stała na pniaku do rąbania drewna. Nie było sensu dźwigać jej do dworu i z powrotem.

Posterunek czuwał. Skórzewski rozłożył urządzenie i nadał sygnał wywoławczy, a potem komunikat:

– Zatrzymać kotlarza Michała i lichwiarza Meyera z Osuchowa. Choroba wyjątkowo zjadliwa. Przenosi się prawdopodobnie drogą kropelkową. Źródło zlokalizowane. Geneza nieznana.

Czekał dłuższą chwilę na odpowiedź, ale ta nie nadeszła. Tylko potwierdzenie. Z westchnieniem ulgi zdjął urządzenie z ramienia.

Odwykłem, pomyślał, masując obolały obojczyk.

A potem, powłócząc nogami, poszedł do wsi.

***

Iwan wciąż siedział przy stole i patrzył tępym wzrokiem przed siebie. Nie widzieli się może pół godziny. Zmatowiały mu włosy, na czoło wystąpiły grube krople potu. Na widok lekarza chłopak próbował się podnieść, ale krzepkie dłonie, zaparte w blat, tylko zadrżały. Skórzewski wziął go pod ramię i przeprowadził do sąsiedniej izby. Położył na sienniku i troskliwie okrył grubym pledem.

– Mam za swoje – wychrypiał pomocnik.

– Jesteś silny, może wyzdrowiejesz – próbował go pocieszyć doktor.

– To kara za grzechy… Za grzech Hanusza i za mój grzech. Za chciwość i nieposzanowanie Bożego sługi…

Lekarz drgnął i nadstawił uszu.

– Co zrobił Hanusz? – zapytał.

– Schwytał Rachmana… Zabrał mu chrest. I za to zaraza…

– Zabrał komuś krzyżyk? Jaki krzyżyk?

Iwan rozchylił soroczkę na piersi i jednym ruchem ręki zerwał rzemyk. Wyciągnął krucyfiks i podał go lekarzowi.

Skórzewski długo i w zadumie oglądał artefakt. Sądził dotąd, że to mosiądz, a okazało się, że odlano go z czystego złota. Zważył w dłoni. Co najmniej piętnaście, może dwadzieścia łutów…

– A jak trupa Hanusza mielimy spalić, ja sobie zabrałem – uzupełnił Iwan.

Niebawem dostał silnych dreszczy. Ciało drżało, zapadało się jakby w sobie i tuż przed wieczorem nadszedł kres…

***

Chałupa Hanusza stała na skraju wsi. Doktor Skórzewski popatrzył na nią, mrużąc lekko oczy. Dom z grubych, drewnianych belek, ogacony słomą i polepiony gliną, kilka żeliwnych kociołków na żerdkach płotu… Dalej obora i stodoła. Dach domostwa kryty nie trzcinową strzechą, ale prawdziwym gontem. Bogate gospodarstwo, dostatnie…

Lekarz był tu tylko raz, wywlec cztery ciała z głównej izby. Pchnął drzwi z brzozowych dranic, osadzone na skrzypiących zawiasach. Sionka, po lewej stronie kuchnia, po prawej pokój. Ciężki zaduch śmierci i rozkładu nadal wypełniał wnętrze, choć po kilku dniach nie był zbyt silny. Przez te dwa dni, mimo najsurowszego zakazu, ktoś tu buszował. Urwana kłódka od skrzyni leżała na podłodze, nieduża szafka była otwarta. Co mogło się w niej znajdować wcześniej? Przymknął oczy, usiłując sobie przypomnieć. Ach tak, kilka tandetnych fajansowych figurek… Założył rękawiczki i, posługując się pogrzebaczem, podniósł wieko skrzyni. Ktoś grzebał w szaleńczym pośpiechu, przewracając wszystko do góry nogami. W kącie błysnął przegapiony przez złodzieja srebrny rubel. Skórzewski, sam nie wiedząc po co, rozgarnął szmaty. Nic ciekawego…

Podszedł do łóżka. Złodziej rozpruł poduszki i sienniki, przy każdym ruchu unosiła się chmura pierza. Jednak bystre oko lekarza dostrzegło rąbek czegoś błękitnego, wystający spod posłania. Uniósł siennik, płosząc stada pluskiew, i wygarnął na podłogę kłąb dziwnej, połyskliwej tkaniny. Rozprostował, nadal używając pogrzebacza.

Dziwnego kroju błękitny płaszcz z kapturem uszyto wyraźnie na kogoś wysokiego. Z trudem zwalczył pokusę, by pomacać materiał dłonią. Jedwab, może atłas? Tylko jak uzyskano tak piękny, głęboki kolor? I skąd, u licha, Hanusz wziął coś takiego?