Выбрать главу

Napój palił jak kwas, płonął w żołądku żywym ogniem. Stwór stanął na chwilę koło drzwi i wskazał gestem wiszący nad nimi krzyż. Potem przyłożył dłoń do ust, jakby nakazywał milczenie i odszedł.

***

Wieczorem, trzeciego dnia po wizycie Rachmana, doktor obudził się, czując, że ból i osłabienie minęły. Wstał chwiejnie na nogi. Lisowski spoczywał opodal martwy. Plamy rozkładu znaczyły jego policzki. Skórzewski zatrzymał się przed wiszącym w sieni lustrem i długą chwilę patrzył w swoje odbicie. Sine obrzęki na twarzy upodobniały go do trupa. Ale wiedział, czuł to każdą tkanką ciała. Będzie żył. Wrócił do pokoju i pochylił się nad gospodarzem.

Chwała Bogu, stary szlachcic też oddychał! Te plamy wprowadziły w błąd…

– Samuelu. – Potrząsnął go za ramię. – Jak się pan czuje? – wychrypiał.

Coś było nie w porządku z jego gardłem, nie był w stanie mówić normalnie, głos wibrował, jak płyta patefonu na zbyt szybkich obrotach.

– To ty? – wyrzęził szlachcic. – Pić…

Doktor odszukał butelkę stuletniego węgrzyna i odkorkował. Z komory po drugiej stronie sieni dobiegł go jęk. Służąca też przeżyła. Czy i ją odwiedził żabopodobny stwór? Zostawił przyjaciela i, zataczając się, ruszył sprawdzić, czy może jej jakoś pomóc…

Godzinę później lekarz wyszedł przed dom i, potykając się niemal przy każdym kroku, przeszedł przez wieś. Kilku chłopów, o twarzach naznaczonych podobnym, sinym piętnem, wyciągało właśnie ostatnie zwłoki z chat. Wymizerowani, wychudli, podobni do trupów ożywionych jakimś straszliwym zaklęciem, krzątali się, wypełniając jego wcześniejsze rozkazy. Ten i ów powitał go, z trudem dobywając głosu. A zatem także im zostało wybaczone… Skórzewski dotarł na brzeg wyspy i wyciągnął z leżącej tu ciągle walizki heliograf. Usiadł na pieńku, oparł ramę na barku. Ustawił lustro, soczewki, przesłonę… Słońce stało nisko, ale wiedział, że nim schowa się za horyzontem, zdoła jeszcze puścić sygnał. Wycelował w kierunku posterunku.

– Przetrwaliśmy zakażenie. Zaraza opanowana. – Błyskały zajączki.

Po chwili nadeszła odpowiedź:

– Sześć miesięcy kwarantanny. Czy potrzebujecie leków, nafty lub żywności?

Opuścił lustro i odstawił ciężką ramę na ziemię. Na jego wargach wykwitł lekki uśmiech, pierwszy od tygodni. I wtedy to usłyszał. Dziwny dźwięk, jakby dobiegający spod ziemi, spod wody, spod grubych pokładów bagiennego torfu. Głos dzwonu z kościoła lub cerkwi innego świata. W krainie Rachmanów nastał czas Wielkanocy.

Parszywe czasy

Pechowy klient numer 183 zatrzymał się przed biurem. Dłuższą chwilę kontemplował wiszący nad wejściem szyld:

Zabezpieczenia pośmiertne. Boisz się wiecznego potępienia? Wstąp do nas.

Poskrobał się po ciemieniu. Sześćdziesiąt lat to wiek, w którym nawet ateista-komunista miewa momenty zwątpienia. Wreszcie niepewnie położył dłoń na klamce i przestąpił próg.

Siedzący za biurkiem brunet na jego widok powstał z miejsca z sympatycznym uśmiechem.

– Witam szanownego klienta, zechce pan spocząć. Czym możemy służyć? Może kawy? Albo koniaczku?

– Nie, nie, ja tylko… Zobaczyłem wasz szyld. O co chodzi z tymi zabezpieczeniami?

– To bardzo proste. Jest pan wierzący?

– Szczerze powiedziawszy, nie.

– I znakomicie. Orientuje się pan trochę w religii chrześcijańskiej?

– Trochę. W młodości czytałem sporo, Marks pisał na ten temat… I Lenin.

– Widzę, że ma pan pewne przygotowanie teoretyczne. To bardzo dobrze. Czy wierzy pan w istnienie duszy?

– W zasadzie nie.

Człowiek za biurkiem uśmiechnął się błogo.

– Proponuję, aby na dziesięć minut założył pan, że dusza istnieje.

– Zgoda.

– Jak panu zapewne wiadomo, po śmierci może ona trafić do piekła albo przez czyściec do nieba…

– No, chyba tak to było.

– Dusza jest własnością Boga, ale człowiek może nią rozporządzać. Zna pan legendy o doktorze Fauście albo o mistrzu Twardowskim?

– Zapisali swoje dusze diab…

– Znakomicie. I co się z nimi stało po śmierci?

Klient zmarszczył czoło i przez dłuższą chwilę szukał odpowiedzi w zawodnej pamięci.

– Faust chyba trafił do piekła. A Twardowski uciekł na księżyc… Ale zasadniczo, kto podpisał cyrograf, ten chyba na dół…

– Owszem. Teraz proszę posłuchać naszej oferty. Proponujemy, aby zapisał pan duszę nam. Naszej firmie.

– I co z nią zrobicie?

Sprzedawca wzniósł oczy ku sufitowi.

– A co mam niby zrobić?! Nic. Po kiego grzyba nam potrzebna? My tylko zostaniemy jej prawnymi właścicielami, a pan może sobie jej używać do woli.

– To po co mam ją wam sprzedać? – Petent był wyraźnie zdezorientowany.

– To proste. Żyje pan sobie, potem umiera. Dusza może iść do nieba, a może do piekła. Ryzyko cholerne, zważywszy, jak nieżyciowe są przykazania i wymogi Kościoła. Można też od razu zaklepać sobie miejsce w piekle, podpisując cyrograf. A my proponujemy, aby zapisał pan duszę naszej firmie. Jeśli po śmierci zgłosi się do pana diabeł, to pan mu pokaże figę – bo dusza już w innych rękach.

Ateista-komunista spojrzał z zainteresowaniem.

– A wie pan, że to brzmi niegłupio – powiedział. – To po ile skupujecie te dusze?

– Nie, my ich nie skupujemy. To pan wpłaca równowartość pięćdziesięciu euro, podpisuje dokument notarialny, przekazujący duszę naszej firmie, a my zadbamy o resztę.

– Pięćdziesiąt euro. – Zadumał się komunista.

– To stawka podstawowa, ale, oczywiście, możemy ją panu rozłożyć na raty. Jako ateista dostanie pan dwadzieścia procent zniżki…

– A jeśli Boga jednak nie ma?

– Wtedy, no cóż, straci pan dwieście złotych. Ale na świecie żyje siedem miliardów ludzi, a z nich sześć miliardów w coś wierzy. Taka masa nie może się przecież pomylić. W dodatku gwarantujemy ochronę przed piekłem niezależnie od wszystkiego. Nie musi pan zmieniać zainteresowań, przyzwyczajeń, nie musi pan rzucać nałogów, pościć, pokutować… Nadal może pan wierzyć w komunizm i Lenina. Ale gdyby się okazało, że to jednak księża mieli rację, to jest pan zabezpieczony.

– I trafię do nieba?

– Skoro po śmierci są tylko dwa stany: niebo i piekło, a jak wiemy, do piekła pan nie trafi…

– A, zaryzykuję. – Klient wyciągnął z kieszeni portfel i odliczył banknoty. – Moje dane osobowe?

– Będą chronione zgodnie z ustawą – zapewnił pracownik biura.

***

Za komunistą zatrzasnęły się drzwi. Pracownik schował cyrograf do szuflady i popił herbaty z filiżanki. Poluzował krawat. Zdawał sobie oczywiście sprawę z tego, że przez kamerę przemysłową obserwują go ukryci w innej części biura zwierzchnicy, ale doszedł do wniosku, iż należy mu się chwila relaksu.

Dyrektor generalny oderwał wzrok od monitora. Siedzący obok szef działu personalnego westchnął ciężko.

– To chyba złamanie zasad – powiedział w zadumie. – Zawsze kantowaliśmy klientów, ale nigdy tak na chama. Do tej pory ludzie podpisywali cyrografy, a my im za to płaciliśmy… Choć, oczywiście, wszystko potem i tak wracało do nas. A teraz nie dość, że zdobywamy dusze, to jeszcze bierzemy za to niezły grosz.

– Faktycznie, dziwne… – mruknął Belzebub. – A jednak Lucyfer zatwierdził. Może teraz tak trzeba: brać duszę i do tego jeszcze inkasować szmal?

– Zasrana komercjalizacja – westchnął Boruta.

Szansa

Prolog

W pokoju wisi zatęchłe powietrze. Od bardzo dawna nikt nie otwierał drzwi wejściowych, nikt nie dotykał okna. Pachnie kurzem i myszami. Jedwabna tapeta odchodzi płatami od ściany. Człowiek z walizeczką w ręce przestępuje wypróchniały próg. Z kieszeni wyjmuje piętkę chleba i cebulę. Rzuca je na stół. Z neseserka wyciąga detonator i butelkę wódki. Pomruk trzystutysięcznego tłumu wprawia w drżenie potrójne szyby, ściśnięte aluminiowymi ramami. W rogu stoi stary zegar. Mężczyzna rzuca na sofę skórzaną kurtkę. Nakręca mechanizm i ustawia odpowiednią godzinę. Wahadło zaczyna tykać. Nie ma to najmniejszego znaczenia, wkrótce i tak zatrzyma się na zawsze. Terrorysta wypija dwa łyki wódki. Instynkt podpowiada mu, żeby odszedł. Nie musi wciskać guzika, może zacząć życie od nowa. Jeszcze nie jest za późno. Myśli tłuką mu się pod czaszką, ale on wie, że zostanie. Aż do końca.