Filipow otwiera raz jeszcze oprawiony rocznik „Wszechświata”. Słownik rosyjsko-polski leży w zasięgu jego ręki, ale astronom nawet nie spogląda w tamtą stronę. Język polski, wbrew pozorom, nie jest trudny do zrozumienia. Sporo wyrazów ma podobne brzmienie. Jeśli dobrze zna się ukraiński, można od biedy poradzić sobie bez słownika. Akademik ponownie czyta początek artykułu… A potem zaczyna świtać mu pewien, nader ryzykowny pomysł.
Osobnym problemem było zainstalowanie w sondzie aparatu radiowego, któren byłby zdolnym wysłać wiadomość przez tysiące kilometrów przestrzeni, wypełnionej li tylko eterem. Sama konstrukcja, według Popowa, nie przedstawiała sobą trudności, jednak problemem zasadniczym było jej zasilanie.
Rozważaliśmy wykorzystanie akumulatorów Edisona, jednak ich wielkość, waga i ograniczony czas działania wykluczały ich praktyczne użycie. Bo i pomyśleć tylko, trudno w sondzie, która ważyć ma nie więcej niż trzydzieści funtów, umieszczać beczkę kwasu o objętości trzystu litrów! Tu znowu z pomocą pospieszył Szczepanik, proponując mały akumulator, na kilka tylko minut wystarczający, połączony miedzianym drutem z płytkami selenu, na zewnątrz sondy umieszczonymi. Światło Słońca, padając na selen, wzbudzić powinno dość elektryczności, by zasilać akumulator aparatu radiowego… Anteny zaś, których używaliśmy w majątku Kachowka do odbioru sygnałów marsjańskich, i sygnał pocisku powinny bez trudu wychwycić. Co by się stało, gdyby Marsjanie sygnały jego pochwycili i, złożywszy z nich obraz, spostrzegli, że ku ich planecie sonda nadlatuje? To przyniosłoby jedynie korzyści dla naszego kontaktu! Możemy mieć także nadzieję, że po upadku na powierzchnię uczeni Marsa zbadają sondę i, odkrywszy zasady działania urządzeń Szczepanika, zechcą nam tą samą metodą przesłać fotografie, wykonane na powierzchni swojej planety!
Cywilizacja Marsa
Jeśli pociągają was uroki aktywnego wypoczynku, polecam szczerze nabycie książki „Okolice Moskwy – przewodnik pieszego turysty”. W tej dość opasłej książce, liczącej bez mała trzysta stron, zawarto dane na temat przeszło czterdziestu tras wycieczkowych, rozrzuconych wokół tego pięknego miasta. Opracowano ją niezwykle starannie. Znajdziecie tu krótkie opisy ponad stu pięćdziesięciu miejscowości, otaczających stolicę w promieniu około czterdziestu kilometrów. Zespół autorów podszedł do zagadnienia niezwykle profesjonalnie. Przy omówieniach tras umieszczono informacje, jak dojechać, gdzie znaleźć nocleg oraz, co najważniejsze, w których wsiach natrafić można na sklepy i czy honorują w nich moskiewskie kartki żywnościowe. Podano także adresy posterunków milicji, gdzie należy się zameldować, jeśli pobyt w danej okolicy trwa dłużej niż dobę, oraz – gdyby zaszła tak konieczność – gdzie znaleźć przedstawicieli KGB. Opublikowano ją w poręcznym, kieszonkowym formacie. Książka ta cieszy się sporym zainteresowaniem i dość szybko znika z rynku.
Przewodnik doczekał się dotąd jedenastu wydań. Każde jest, oczywiście, drobiazgowo aktualizowane. W miarę, jak gęstnieje wokół stolicy ZSRR sieć ośrodków obrony przeciwrakietowej, zakładów zbrojeniowych oraz rezerwatów i daczy wysokich rangą towarzyszy z politbiura, niektóre miejscowości znikają z wykazu, a trasy zwiedzania ulegają pewnym modyfikacjom. Warto zawsze korzystać z najnowszego wydania.
Najlepiej zdobyć je w klubach pieszego turysty. Jedynym mankamentem jest wysoka cena tego dzieła, sięgająca zawrotnej sumy osiemdziesięciu rubli. Ta cena nie powinna jednak dziwić. Oprawa z wodoodpornego brezentu, grzbiet szyty nylonową nicią, bezkwasowy, cienki papier i amerykańska farba drukarska bardzo podnoszą koszty publikacji. Jednak wydawca i tu poszedł na daleko idące ustępstwa. Jeśli do klubu przyniesiemy nieaktualne już wydanie, za nowiutkie, prosto spod prasy drukarskiej, zapłacimy tylko pięć rubli.
Każdy nabywający przewodnik zostaje też automatycznie członkiem Stowarzyszenia Turystów Pieszych, co pozwala na zniżki przy zakupie innych wydawnictw oraz możliwość zapisania się na społeczne listy uprawnionych do nabycia prawdziwych chińskich namiotów! (Dlatego też poproszą nas o okazanie dowodu tożsamości.) Warto też wiedzieć, iż posiadanie wydań sprzed 1968 roku traktowane jest jako szpiegostwo i karane bez litości.
Ciekawe, czy profesor Filipow wiedział o tym zarządzeniu, gdy za jedyne dwieście rubli na pewnym moskiewskim bazarze kupował od bukinisty Icka wydanie z roku 1928…
Z dworca kolejowego Moskwa II lub stacji Tiekstilszcziny należy pojechać podmiejską kolejką na południe. Po mniej więcej pięćdziesięciu minutach pociąg zatrzyma się na niewielkim przystanku Staronikolskoje tuż poza granicami administracyjnymi stolicy. Wokoło rozciągają się brzozowe zagajniki i tylko gdzieniegdzie pomiędzy nimi majaczą jeszcze domki kolejarskie, zbudowane przed rewolucją. Wszystkie stoją w odległości nie większej niż kwadrans drogi od stacji, więc niebawem znikną Wam z oczu. Musicie skierować się na zachód, w kierunku widniejących na horyzoncie wzgórz.
Po około godzinie marszu dotrzecie do kołchozu we wsi Kachowka. Ludność tu rozmnażała się dość chaotycznie i bez ograniczeń, toteż na jedynej błotnistej uliczce pomiędzy barakami napotkacie dzieciaki płci obojga umorusane, zasmarkane, obesrane. Opieka nad nimi spada na barki miejscowej organizacji pionierskiej, posterunku milicji i OGPU oraz terenowego oddziału Komsomołu, jednak niewiele mogą one tu wskórać. Mieszkańcy rekrutują się bowiem prawie wyłącznie z byłych i obecnych wrogów ludu. We wsi oczywiście nie ma sklepu. Zapasy żywności radzimy zrobić jeszcze w Moskwie.
Przejdźcie przez osadę możliwie szybko i wdrapcie się na wzgórze. Dobrym punktem orientacyjnym będą ruiny cerkwi. Zbudowana z czerwonej cegły i białego, wapiennego kamienia, stanowi bardzo charakterystyczny element krajobrazu. Na murach znajdują się interesujące resztki fresków ze scenami zabobonów religijnych. Za świątynią zaczyna się rozległy zagajnik. Tubylcy nazywają to miejsce Diabelskim Lasem, choć nazwa ta nie figuruje na oficjalnych mapach (patrz mapka nr 28). Koło ruin odnajdźcie ślady brukowanej kocimi łbami drogi. Diabelski Las porastają stuletnie świerki. Rosną gęsto, tworząc zbity gąszcz, określany przez leśników mianem ostoi zwierzyny. Około sześciu kilometrów od wsi droga dociera nad spory, zarośnięty trzcinami staw. Tamże znajdziecie pozostałości spalonego w czasie wojny domowej pałacu.
Setki ton żelaza, szyny, resztki dziwnych urządzeń i rur, poniewierających się ciągle w tym miejscu, świadczą dobitnie, jakie sumy była gotowa wydawać przedrewolucyjna burżuazja na realizację swoich idiotycznych zachcianek, nim burza rewolucji zmiotła ją na śmietnik historii.
Okolice Moskwy – przewodnik
pieszego turysty, wyd. II, 1928
Poranek był chłodny, pomiędzy drzewami wisiały języki mgły. Idący drogą młody człowiek wyjął z torby mapę i przez chwilę porównywał ją z okolicą. Uśmiechnął się do swoich myśli. Wiał zachodni wiatr, powoli rozpraszając opary. Turysta minął zabagniony, zarosły trzciną staw. Przez chwilę podziwiał zamarłe na zawsze koło wielkiej pompy. Pas transmisyjny nie istniał od dziesięcioleci, ale w gąszczu krzaków spoczywała jeszcze potężna, parowa lokomobila. Rury doprowadzające wodę biegły chyba pod ziemią. A zatem pałac był już niedaleko. Młodzieniec poprawił grube parciane paski wyładowanego plecaka i ruszył dalej. Niebawem jego oczom ukazało się gruzowisko. Wyjął plan i przez dłuższy czas porównywał resztki murów z rysunkiem na pożółkłym ze starości papierze.
– Domek ogrodnika – wydedukował wreszcie.
Zaraz obok podłużny garb znaczył miejsce, gdzie niegdyś stał mur otaczający posiadłość. Dawny podjazd zarosły gęsto brzozy. Wędrowiec zatrzymał się przed resztkami kamiennych ścian. Tynk odpadł już dawno, lecz ceglane łuki trzymały się jeszcze, dając pewne wyobrażenie o przebrzmiałej wspaniałości rezydencji.
Młody człowiek z ulgą zrzucił z barków ciężki pakunek. Pomachał chwilę ramionami, aby przywrócić krążenie i śmiało przeszedł przez ziejący w murze otwór dawnych drzwi. Z reprezentacyjnego holu zostało niewiele. Spod warstwy gleby i ściółki wystawały kawałki muru, a pomiędzy sosenkami sterczała dumnie marmurowa kolumna. Płomienie, które strawiły dom, oblizały ją, znacząc powierzchnię plamami wapna.
Pomieszczenia po lewej stronie uległy prawie całkowitemu zniszczeniu, ze stosów gruzu nie sposób było wydedukować pierwotnego rozkładu sal.
Mężczyzna wrócił przed drzwi i, wyszukawszy niewielką polankę, spokojnie rozbił wydobyty z plecaka namiot. Teraz pozostawało czekać. Nie tracił czasu. Wybrał z trawy kawałki cegieł i ułożył z nich nieduży krąg – miejsce na przyszłe ognisko. Okopał namiot i nazbierał duży stos chrustu na opał.