Выбрать главу

Aha. Jeszcze jedno. Chciałbym, żeby wypłacono mi z rezerwy budżetowej za radio, psa i lornetkę, a jak się to skończy, to chętnie dostałbym jakiś order.

Z poważaniem

Tomasz Etter

Sekretariat Warszawa

Koordynatora Służb Specjalnych dn. 01.09.1999

W miejscu

Pan Tomasz Etter

ul. J. Tkaczuka 11 m. 25

Warszawa

Nasz znak: KSS/8140/99

Szanowny Panie,

Na polecenie Ministra przeprowadziliśmy gruntowne śledztwo w sprawie poruszanej przez Pana w liście (data wpływu: 5 marca 1999).

Stwierdziliśmy, co następuje:

1. Winda w bloku przy ulicy Tkaczuka 11 zaprogramowana jest w ten sposób, by po dojechaniu na dane piętro, po pięciu minutach samoczynnie wracać na parter.

2. W bloku przy ulicy Tkaczuka 11 działa dwadzieścia agencji towarzyskich. Posiadają one osobne wejście (szare drzwi po drugiej stronie budynku wzmiankowane w Pana liście), otwarte w godzinach 22.00 – 5.00. Klienci, który wymagają dłuższego czasu na wykonanie usługi towarzyskiej, wypuszczani są normalną klatką schodową, co powodowało anomalie w Pańskich obliczeniach. Czerwone światło wiąże się z wystrojem wnętrza tych lokali, a znaczący pobór wody w godzinach nocnych – ze zwiększonymi potrzebami higienicznymi personelu i gości. Specyfika zawodu tłumaczy anormalną ilość kobiet z jasnymi włosami (tlenionymi). Stalowe drzwi zabezpieczają przed natrętnymi klientami i poborcami haraczy.

3. Odnośnie poboru mocy: Dwadzieścia mieszkań na parterze wyposażono w liczniki radzieckie, odczyt podany jest w innych jednostkach. Celem uzyskania wyniku w kilowatogodzinach, należy wskazania podzielić przez 100. Nie ma to większego znaczenia, bo i tak pobór prądu agencje rozliczają ryczałtem.

4. Odbiór programów telewizyjnych i radiowych w Pańskim mieszkaniu uniemożliwiają stojące na dachu anteny satelitarne, należące do jednej z sieci telewizji kablowej. Wokoło miejsca ich działania powstaje „głucha strefa”. Proponujemy Panu bezpośrednie podłączenie anteny radia do końca kabla telewizyjnego, co powinno pozwolić na odbiór setek stacji z całego kontynentu.

Niestety, z żalem musimy Pana zawiadomić, że nasi prawnicy po zapoznaniu się z Pańską sytuacją stwierdzili, iż pies, lornetka i radio są środkami trwałymi, ponadto nie były niezbędne do prowadzenia przez Pana obserwacji, w związku z czym żadne koszta zwrócone być nie mogą.

Łączę wyrazy poważania

/podpis nieczytelny/

Atomowa ruletka

Na trzy miesiące przed planowanym wyjazdem do Lwowa wujek Ihor zabrał mnie na poligon. Pojechaliśmy daleko na wschód, manewry pod kryptonimem „Grań” odbywały się niemal przy samej granicy z Rosją. Wybrano ten teren nieprzypadkowo. Dwa tygodnie później korpusy ekspedycyjne wysłano do południowego Sudanu. Widać walka w stepie, gęsto pociętym parowami, miała przygotować żołnierzy do zmagań toczonych na afrykańskiej sawannie i w górach.

Staliśmy na platformie czterdziestometrowej stalowej wieży obserwacyjnej, patrząc, jak rozwija się symulowane natarcie. Kilkadziesiąt polskich czołgów parło naprzód. Co jakiś czas któryś oddawał strzał, niszcząc cel ćwiczebny. Wokół nich przemykały ukraińskie samochody terenowe, szybkie i zwinne, wdzierały się bez trudu na strome stoki wzgórz, a zainstalowane na nich wyrzutnie pocisków rakietowych czyniły co najmniej tyle spustoszenia, co ciężkie działa czołgów. Kilkunastu oficerów obserwowało to z kamiennymi twarzami, choć wyczuwałem, że nasze sukcesy niekoniecznie przypadły im do gustu.

Generał Michalski stał obok, wsparty ciężko na lasce.

– Stworzył pan bardzo interesujący rodzaj broni, generale Pawluk – powiedział wreszcie. – Siła ognia zaledwie o połowę mniejsza, ale mobilność nieporównywalna. Jednak kuloodporne szyby i kevlarowa siatka na karoserii to trochę zbyt mało… Pancerza nie zastąpią.

– Oczywiście na polu bitwy łatwiej je wyeliminować. – Wujek bronił swoich racji. – Ale żeby wystawić tysiąc czołgów, trzeba kilkanaście tysięcy ton stali. Ponadto niezbędne są do tego fabryki zbrojeniowe, infrastruktura, no i sporo czasu. A my nadwozia tłoczymy z kompozytów w dowolnej fabryce. Wystarczy byle jaka prasa i robimy kilkanaście sztuk na godzinę. Są kuloodporne, choć strzału z rusznicy przeciwpancernej nie wytrzymają. Nadwozie jest niepalne. Wszystko leciutkie i wytrzymałe. No i paliwo. Wasze czołgi klasy Kmicic i Huzar, mimo zastosowania najnowocześniejszych silników, opartych na teoriach kaloryczności bezwładnej, sformułowanych przez Rychnowskiego, palą czterdzieści litrów ropy na sto kilometrów, a nasze terenówki zaledwie osiem. W dodatku te wyrzutnie rakiet można instalować w razie potrzeby na dowolnych pojazdach cywilnych. Nawet jeśli ktoś wystawi przeciw nam dwadzieścia tysięcy czołgów, możemy od ręki odpowiedzieć, posyłając do walki pół miliona pojazdów bojowych, zmontowanych ad hoc na przykład ze zwykłych taksówek… No, a gdy już będziemy mieli tyle wyrzutni i zapasy amunicji. – Tu spostrzegł, że ciut się zagalopował.

– Taksówki nie są opancerzone ani ognioodporne – zauważył Polak.

– Dlatego opracowaliśmy też specjalne lekkie pancerze do nakładania na karoserię. Ze zwykłego ciężkiego karabinu maszynowego można je podziurawić. Pociski przeciwpancerne to oczywiście jeszcze poważniejszy problem, ale stawiamy na przewagę liczebną. Jak mówi przysłowie: „Chińczyków jest miliard, wszystkich nie zabijesz”.

Michalski milczał. Czułem, że liczba, rzucona jakby od niechcenia, nie była przypadkowa. Polska miała przeszło czterdzieści tysięcy czołgów, z tym że połowę rozlokowano po świecie…

– Cieszę się, generale, że jesteśmy sojusznikami – powiedział wreszcie. – A jednak stworzył pan, nieomal pod naszym bokiem, interesującą broń ofensywną.

– Sojusze nie wykluczają dbania o własne sprawy. – Wyczułem szóstym zmysłem, że między tymi dwoma toczy się jakaś gra.

– A dokąd to chcecie wysłać wasze taksówki w obronie ukraińskich interesów? – zaciekawił się polski generał.

– Na przykład do Turcji. Albo na Krym. Mamy z nimi zatargi jeszcze z trzydziestego dziewiątego roku… A najpierw przetestujemy je w warunkach bojowych. Tam, dokąd umyślicie nas posłać…

Wujaszek uśmiechnął się, ale Michalski pozostał dziwnie ponury i zamyślony. Może szacował liczbę pojazdów i zastanawiał się, czy po pięćdziesięciu latach wymuszonych sojuszy nie staniemy wreszcie okoniem?

***

Urzędników było dwóch: jeden po cywilnemu, ubrany w markowy polski garnitur, drugi wojskowy, z dystynkcjami kapitana. Za oknami wisiał duszny sierpniowy upał. Kijów drzemał; wszystko, co żyło, ukryło się, by przeczekać najgorętszą porę dnia. Po niebie płynęły małe, białe obłoczki. Krzesło było wygodne, ale i tak siedziałem jak na szpilkach. Wojskowy studiował w zadumie wszystkie dwadzieścia siedem załączników, które musiałem złożyć wraz z podaniem. Wreszcie odłożył ostatni papier. Zdjął okulary i popatrzył na mnie zmęczonym wzrokiem.

– Dlaczego chcesz się uczyć właśnie we Lwowie?

– Z tego miasta pochodziła moja rodzina – wyjaśniłem. – Ostatnią wolą moich dziadków było…

Urzędnik, ten w cywilu, otarł czoło z potu.

– Ugoda Tarnopolska pozwala wam teoretycznie osiedlić się w dowolnie wybranym miejscu Rzeczypospolitej – powiedział – ale województwa lwowskie i stanisławowskie to dość specyficzny region. Staramy się utrzymywać tam równowagę etniczną, dlatego z niepokojem… – urwał w pół zdania i ziewnął.

– Mówisz dobrze po polsku – odezwał się oficer. – Jednak jesteś Ukraińcem.

– Mam jedną szesnastą krwi polskiej – pochwaliłem się. – Jednak nie zamierzam osiedlać się tam na stałe. Skończę liceum i wracam na studia do Kijowa.

– Wszyscy tak mówicie – mruknął.

– I w tym właśnie problem – westchnął gość w garniturze. – Czytałeś manifest Prokopiuka?

– Ten o pokojowym podboju waszych kresów wschodnich poprzez wzmożone osadnictwo Ukraińców na tych terenach?

Kiwnął głową.

– Owszem, znam jego treść. Był dość szeroko komentowany przez naszą prasę. Ale ja nie zamierzam osiadać na stałe we Lwowie. Zdobyłem stypendium polskiej fundacji i chcę z niego skorzystać – dodałem.

– Tak – potwierdził kapitan, znowu przeglądając papiery. – Ale sam rozumiesz, jeśli podłożysz tam bombę, to my będziemy odpowiadać za to, że wydaliśmy ci pozwolenie na pobyt.

– Czy ja wyglądam na terrorystę? – obruszyłem się.

– Żaden z was nie wygląda – mruknął cywil. – A potem ktoś nocami smaruje na murach napisy w rodzaju Znaj Lasze, szczo po San nasze. Albo bierze karabin snajperski i… W dodatku… hmmm… Twój wujaszek, generał Ihor Pawluk, mocno nam ostatnio podpadł.