Выбрать главу

Otarłem czoło z potu. Nawet tu, pod drzewami, nie było czym oddychać. Koniec lata okazał się nadspodziewanie upalny. Wpasowałem ostatni detal i wkręciłem obiektyw na miejsce. Pstryknąłem przełącznikiem od zoomu. Tym razem wszystko chodziło gładko. Spojrzałem na górujące nad Lwowem wieże i kopuły katedry ormiańskiej i wdusiłem przycisk. Pięciokrotne zbliżenie optyczne, do tego jeszcze ośmiokrotne cyfrowe. Ech, dawno trzeba było kupić nowocześniejszy sprzęt. Tylko nie bardzo miałem za co.

Odłożyłem aparat do torby. Dźwignąłem się z wysiłkiem. Opuszczenie ocienionego miejsca, a potem półgodzinny marsz przez miasto zdecydowanie mnie nie pociągały. Z trudem oderwałem się od muru i poczłapałem leniwie ścieżką w dół. Kilka blaszanych garaży, kamienica i wyjście na uliczkę…

Stary Kozak, zajmujący ławeczkę w kącie podwórza, położył dłonie na bandurze i trącił struny, wydobywając z nich początek jakiejś rzewnej melodii. Zaraz jednak, zniechęcony i zmęczony upałem, odłożył instrument do futerału. Pogładził dla odmiany rękojeść szaszki i zadumał się głęboko. Co sobie wspominał? Szturm Moskwy czy trzy dni szaleństw w kawiarniach Paryża?

Szedłem ulicą. Sypiące się elewacje, w bramach kolesie, którym wrodzone poczucie elegancji nakazywało noszenie haftowanych koszul i spodni od dresu… Nie bałem się, swoich nie ruszali.

***

Liceum im. Sienkiewicza znałem już wcześniej z fotografii. Mój pradziadek ze swoim oddziałem dwukrotnie próbował je zdobyć, wtedy w 1918 roku. Nie udało się. Polacy, choć w murach szkoły ukryła się ich zaledwie garstka, walczyli jak lwy… Wszedłem po szerokich schodach i przekroczyłem próg. Pradziadek został na zewnątrz, a mnie się udało. Czy to znaczy, że w ostatecznym rozrachunku on przegrał, a ja wygrałem? Czy może raczej to ja przegrałem, wchodząc tu jako petent, a nie jak przystało na członka mojej rodziny – z karabinem w ręce? W gruncie rzeczy jakie to miało znaczenie?

Dyrektor siedział za ciężkim, masywnym biurkiem, ozdobionym intarsjowanym w blacie herbem miasta.

– Bohdan Pawluk – przedstawiłem się. – Stypendysta fundacji Aleksandra Grina.

– Ach, to ty. – Uśmiechnął się lekko. – Witamy w naszej szkole.

– Przywiozłem dokumenty.

Odebrał ode mnie teczkę i przejrzał je pobieżnie.

– Wszystko chyba się zgadza – mruknął. – Zresztą gdyby czegoś brakowało, można uzupełnić później…

W tym momencie ktoś zastukał do drzwi i do gabinetu wśliznęła się ciemnowłosa dziewczyna. Przyniosła plik jakichś papierzysk.

– Świetnie, że jesteś. – Ucieszył się. – Możesz oprowadzić nowego kolegę po szkole?

– Oczywiście.

Miała piękne, ciemne oczy o migdałowym wykroju, grube brwi, brązowy warkocz opadał jej do połowy uda. Granatowa spódnica i biała bluzka z wielobarwnym, ormiańskim haftem podkreślały tylko jej urodę.

– Magdalena Korniakt. – Podała mi rękę. – Mów mi Magda.

Wymieniłem swoje nazwisko.

– U mnie to już wszystko. Zajęcia zaczynają się pierwszego września o dwunastej – powiedział dyrektor. – Wpadnij dzień wcześniej, dostaniesz legitymację.

Wszystkie klasy posiadały stare, drewniane drzwi, zapewne pamiętające czasy nieudanego szturmu. Zamki na karty kodowe zainstalowano dyskretnie, tak, aby nie rzucały się w oczy. Otwierała je po kolei.

– Szkolna izba pamięci.

Weszliśmy do sporej sali. Wzdłuż ściany ciągnęły się gabloty. Trochę drobnych, zabytkowych przedmiotów, sztandar i fotografie obrońców szkoły…

– Ten budynek posiada chlubną tradycję. Był jednym z najważniejszych punktów oporu.

– Wiem. – Uśmiechnąłem się.

Na wszelki wypadek nie chwaliłem się dokonaniami przodków.

– A to podarował szkole jeszcze mój dziadek. – Wskazała nieduży, oprawiony w skórę tomik leżący w gablocie.

Popatrzyłem na robaczki obcego alfabetu.

– Twoje nazwisko… – zacząłem.

– Owszem, należę do tego rodu. – Skromnie spuściła oczy. – Jestem Ormianką. Moja rodzina mieszka we Lwowie od piętnastego wieku.

Za pancernym szkłem lśniły siedemnastowieczne monety. Na ścianach wisiała kolekcja szabli i starych karabinów. W jednej z gablot, dyskretnie podświetlone, stały posążki pochodzące z Grecji i Egiptu. Będzie jeszcze okazja dokładnie to wszystko obejrzeć.

– A tu mamy pracownię biologiczną…

Podobne szafy, tylko uwieńczone fryzem z wypchanych ptaszków. Pod szkłem słoje z wężami i innymi paskudztwami, wypreparowane kości, jaja dinozaurów, piękne skamieliny, gabloty z motylami i pajęczakami, w kącie ludzki szkielet…

– Zbiory jak w Muzeum Historii Naturalnej w Kijowie – mruknąłem z podziwem.

– Kilku absolwentów służy w Polskich Korpusach Ekspedycyjnych, to głównie ich dary.

Pracownia fizyczna. Stare, przedwojenne jeszcze kondensatory, obok, jakby dla kontrastu, sporo nowoczesnego sprzętu. Gwizdnąłem cicho przez zęby na widok urządzenia, ustawionego na honorowym miejscu.

– Generator fal radiowych Rychnowskiego? – zachwyciłem się.

– To tylko replika – zgasiła mnie. – Oryginał stoi w sejfie Politechniki.

– Fakt. – Zawstydziłem się swojej głupoty.

Co by tu robił…? Portret inżyniera wisiał na ścianie zaraz koło godła. Rychnowski, jedyny przypadek Nagrody Nobla przyznanej pośmiertnie. Choć oczywiście Niemiaszki nadal twierdzą, że fale radiowe odkrył ten złodziej i cwaniaczek Hertz.

Pracownia komputerowa była supernowoczesna, w życiu takiego wyposażenia nie widziałem. Cóż, w rankingu najlepszych liceów Rzeczypospolitej ta szkoła zajmowała trzecie miejsce.

– I to już chyba wszystko. – Skończyła oprowadzanie mnie po klasach. – Chyba że chcesz zwiedzić pracownię geograficzną i chemiczną, basen, sale gimnastyczne…

– Nie chciałbym sprawić kłopotu. – Widząc, że gdzieś się spieszy, wymówiłem się grzecznie. – Fajne kolekcje dydaktyczne, a słyszałem, że i kadra nauczycielska…

– Wyłącznie od doktora w górę – dokończyła. – Masz szczęście, że dostałeś stypendium, bo czesne… – Wsunęła dłoń za kołnierzyk, jakby luzowała stryczek dławiący szyję.

Odprowadziła mnie do drzwi szkoły.

– Do zobaczenia. – Spojrzała na mnie pogodnie. – Ja muszę jeszcze posiedzieć w bibliotece.

***

Dawny arsenał miejski odnalazłem bez trudu. Przysadzisty budynek o bardzo grubych ceglanych murach wabił obietnicą chłodnego wnętrza. Zanurkowałem do środka. Zapłaciłem za bilet i po chwili znajdowałem się w głównej sali. Na parterze, a właściwie w przyziemiu, zgromadzono bogatą kolekcję dawnej broni, na antresoli gościła wystawa obrazów Ciurlionisa. Muzyka, sącząca się ze stojącego w kącie odtwarzacza, była cicha, prawie na krawędzi słyszalności.

Obejrzałem kilka obrazów z brzegu i stwierdziłem, że artysta ten komponował genialnie, za to malował kiepsko. Zszedłem więc po schodkach i pogrążyłem się w świecie narzędzi mordu i zniszczenia. Spiżowe lufy armat, stalowe piszczele karabinów, dziesiątki krócic w gablotach, hakownice, muszkiety… Nie sądziłem, że w arsenale znajdę tak bogate zbiory. Szedłem powoli, niespiesznie podziwiając kolekcję.

Broń biała, to interesowało mnie trochę mniej, ale przecież nie mogłem przepuścić okazji. Szable – od batorówek, poprzez używane w armiach zaborców, aż po te najnowsze. Zatrzymałem się przed ostatnią gablotą. Ludwikówka wzór 2001, kompozyt z węglików spiekanych, tytanu i jakichś niesamowitych stopów, używanych w promach kosmicznych.

– I znowu się spotykamy. – Usłyszałem za plecami głos Magdy.

Odwróciłem się zaskoczony. Była w towarzystwie jakiejś blondyneczki.

– Poznajcie się, to nasz nowy kolega, Bohdan Pawluk…

– Olga Neboraka. – Przedstawiła się jej towarzyszka. – Meni duże pryjemno poznajomytysia z wamy. – Uśmiechnęła się. – Słyszałam, że będziemy razem chodzić do szkoły. – Przeszła na polski, chyba z uwagi na obecność przyjaciółki.

Skłoniłem się na potwierdzenie.

– Kolejne historyczne nazwisko. – Przechyliłem głowę w pytaniu. – Z tego, co pamiętam…

– Moi przodkowie byli katami miejskimi od przeszło sześciuset lat. Zresztą, mają tu nasz miecz…

Przeszliśmy kilkanaście kroków. Diorama, wielkie szklane akwarium, zawierała całą scenkę rodzajową. Miecz wbity był w pieniek, obok wymodelowany z wosku kat unosił uciętą głowę jakiegoś pechowca.