Выбрать главу

– Powiedz mi, kiedy pojawiły się pierwsze polskie zegarki elektroniczne? – zapytał niespodziewanie Michalski.

– Hm. Myślę, że w połowie lat sześćdziesiątych, razem z upowszechnieniem się komputerów osobistych. – Zamyśliłem się. – Zaraz, firma „Błonie” obchodziła ostatnio czterdziestolecie istnienia. Czyli 1964?

– Coś koło tego. Oczywiście mówimy tu o produkcji cywilnej. Wojsko takie zabawki miało nieco wcześniej. Ja swój pierwszy dostałem w 1956, jak jechałem z misją ostatniej szansy do USA. To był jeden z prototypów, ale chodziło nam o to, żeby olśnić tych kowbojów przewagą techniczną, więc obwiesili naszą delegację jak choinki. Miałem też prototyp komputera walizkowego. Cholernie baliśmy się, żeby nam tego nie rąbnęli, toteż na wszelki wypadek wmontowaliśmy w komputer bombę oraz mechanizm zegarowy… At, nieważne.

– Czyli koniec lat pięćdziesiątych.

– Właśnie.

– A teraz coś sobie obejrzymy…

Pstryknął pilotem. Stara kronika ruszyła. Hymn, mapa i zagadkowy człowiek, komentujący sytuację. Generał odczekał do odpowiedniego momentu i wcisnął pauzę.

Na ekranie pozostała ręka trzymająca wskaźnik oraz fragment konturówki z zaznaczonym końcem linii Maginota. Biała strzała, obrazująca trzon naszych wojsk, przebijała się przez kilka niemieckich i belgijskich rubieży obronnych, a po wyjściu w przestrzeń operacyjną na ich tyłach rozdzielała się na trzy.

– Popatrz, co ma na ręce.

Spod mankietu wystawała połowa kwadratowej obudowy zegarka.

– Do licha – szepnąłem.

– A teraz zobacz, co będzie, jak spróbujemy powiększyć.

Pstryknął pilotem. Ręka rosła w oczach, jednocześnie jej partia z zegarkiem coraz bardziej się pikselizowała.

– Ktoś nałożył na oryginalny film łatkę cenzurującą. – Domyśliłem się.

– Tak. Nawet taki detal gady wypatrzyli i zamaskowali.

– Ciekawe.

– Właśnie, ciekawe. Rozumiesz teraz?

Zadumałem się głęboko.

– Wydaje mi się, że tak – powiedziałem wreszcie. – Ale to przecież niemożliwe.

– Ten człowiek przybył z przyszłości. Wylądował może miesiąc przed wybuchem II wojny światowej. Miał dwie walizkowe atomówki, komputer osobisty, zegarek na ręce i zapewne CD-ROM (tak nazywali te stare nośniki w kształcie krążków) ze skopiowanymi zdjęciami starych niemieckich map sztabowych. Prawdopodobnie także przenośną wyrzutnię rakiet przeciwlotniczych. Bo wiedział, gdzie i kiedy trzeba zestrzelić samolot z hitlerowskim ministrem… Przybył, aby zmienić historię. Przybył z innej przyszłości, takiej, która dla Polski i Polaków musiała być gorsza. Na tyle gorsza, że zdecydował się zaryzykować i ją zmienić. Potrzebował pretekstu do rozpoczęcia wojny. Wiedział, co wiezie von Ribbentrop. Dlatego samolot ministra spadł, a tajny traktat ujrzał światło dzienne. Potem wybuchły bomby. Przybysz dostarczył też listę fizyków, którzy mogli broń atomową zbudować. Wyłapano ich po całym świecie i wybito bez litości. To zahamowało rozwój atomistyki na całe dziesięciolecia. Niektórych zaniedbań nie nadrobiliśmy do tej pory.

– Hm. A niewypał z Londynu?

Zapalił papierosa i zaciągnął się głęboko.

– Elemelek – powiedział.

– Co takiego? – Nazwa skojarzyła mi się wyłącznie z jakąś polską dobranocką.

– Tak w wojsku nazywamy urządzenia, które nie działają, ale służą robieniu w konia przeciwnika. Wzięli trochę sztabek uranu, poprzekładali płytkami krzemu, dorobili fikuśny zapalnik z radu, a potem zrzucili na Londyn. Atrapa spadła i roztrzaskała się na kawałki, ale Angole pozbierali je skrzętnie i dalej dumać, co to jest. I co mogli wymyślić? Po tym, jak z Berlina i Moskwy zostały kupy radioaktywnego gruzu, rozwiązanie zagadki nasunęło im się niejako automatycznie. Reszta była jasna i oczywista. Bomba spadła na ziemię i się rozbiła, bo zapalnik zegarowy miał ją odpalić jeszcze w powietrzu. Czyli zasadniczo trzeba ją tylko poskładać do kupy i skopiować, by wydrzeć Polakom sekrety broni atomowej. Ale nie przewidzieli, że to tylko elemelek. I przez następne sześćdziesiąt lat łamali sobie na tym zęby. Bo że powinno zadziałać, nikt nie miał wątpliwości. Uran mają, problem z zapalnikiem…

– Faktycznie mogło tak być. – Pokiwałem głową. – Ale przewaga Niemiec w broni konwencjonalnej…

– Sprytnie to zamącili tą podręcznikową doktryną wyczekiwania. W rzeczywistości polska armia była totalnie zapóźniona. Technicznie o jakąś dekadę, może więcej. Nie byłem do końca wprowadzony w nasze niemieckie analizy, ale nastawialiśmy się na Blitzkrieg. Spodziewaliśmy się, że wojna potrwa najwyżej dwa tygodnie. Gdybyśmy trafili na wyjątkowo zażarty opór, dopuszczaliśmy możliwość prowadzenia walk przez dwadzieścia dni. Tymczasem on dostarczył kompletną listę adresów naszych składów polowych. Wiedzieli, które należy zająć natychmiast, które mogą poczekać.

– Poczekać?

– Magazyn paliwa trzeba zdobyć od razu, szybko i cicho, najlepiej bez jednego wystrzału. Żeby wartownik nie zdążył rzucić granatów między beczki. Czołgi można przechwycić godzinę później, kilku ton żelaza nie podpalisz zapalniczką…

– Fakt.

– Fenomenalnie rozplanowali użycie swoich szczupłych sił. Wiedzieli, gdzie wysłać traktorzystów do obsługi zdobycznych maszyn, a gdzie wystarczą kierowcy ciężarówek. A on… Cóż, musiał być bardzo skromny człowiekiem. To jego jedyna nagroda. – Gestem wskazał ekran. – Komentowanie posunięć polskiej armii dla kroniki filmowej. Zadbał nawet o to, żeby nikt nie poznał nigdy jego nazwiska…

– A może wrócił do siebie?

– Prawdopodobnie nie mógł. Historia uległa zmianie. Ale niewykluczone, że zostawił im walizkowy komputer, schematy masy urządzeń i skoczył do przodu cieszyć się owocami swoich sukcesów… Polacy musieli wszystko robić od zera, od wytwórni śrubek, dlatego zegarki i komputery mieli dopiero dwadzieścia lat po wojnie. Ale nie wiem, czy zdajesz sobie sprawę, jak wielki był to przełom techniczny?

– Dziadek opowiadał. Telewizor był luksusem, w kancelarii używali maszyn do pisania, a dwa, trzy lata później korzystano z Sieci, patrząc w ciekłokrystaliczny ekran…

– Nowe wynalazki pojawiały się z tygodnia na tydzień. W 1953 roku wystrzelili pierwsze satelity szpiegowskie. W ostatniej chwili. Analiza pozwoliła niemal natychmiast wykryć prototypowe reaktory atomowe w USA, Kanadzie, Brazylii i kilku jeszcze innych krajach. Wszyscy pracowali usilnie nad bronią atomową. Te miejsca zostały zbombardowane i omal nie wybuchła trzecia wojna światowa. Ale Polska miała już rakiety międzykontynentalne. Korpus ekspedycyjny zajął Kubę… To był blef. Rakiety były, ale głowice nie. Jednak Amerykanie o tym nie wiedzieli.

– Czy jest pan pewien, że Polska nie ma broni atomowej?

– Absolutnie.

– Ale dlaczego tak pan sądzi? Przecież po wojnie mogli zbudować. Nawet, jeśli nie zostawił im planów konstrukcji.

– W porządku. Przyjmijmy, że zbudowali. Może nawet trzy tysiące sztuk, tylko jedno głupie pytanie: skoro zbudowali, dlaczego nie sprawdzili, czy działają?

– Co?

Otworzył komputer i uruchomił. A potem przekręcił ekranem w moją stronę.

– To wykresy wykonane przez obserwatorium sejsmologiczne w Katowicach. Ranek, 27 sierpnia 1939. Widzisz ten gwałtowny skok? To wybucha polska bomba pod kancelarią Rzeszy. Pojedź paskiem przewijania trzy dni do przodu.

– Bardzo podobny wykres, tylko amplituda mniejsza.

– Do Moskwy jest daleko. Fala sejsmiczna uległa częściowemu spłaszczeniu – wyjaśnił. – Kolekcjonowałem takie krzywe przez długie lata. Z różnych stron świata, gdzie tylko stacjonowałem, szedłem do laboratoriów stacji obserwacyjnych i żądałem kopii ich danych.

– Nikt nigdy…?

– Nigdy. Parę razy myślałem, że jednak ktoś to zbudował. Ale za każdym razem okazywało się, że to tylko meteoryt. Wszystkie zebrane informacje zapisane są na tym. – Podał mi kryształ pamięci.

Wziąłem go.

– Pamiętaj, to moja zapłata za akcję komandosów i bilet do Koblencji.

Milczałem przez chwilę.

– Minęło tyle lat – powiedziałem. – Mogli rozbić atom.

– Nie neguję prób. Na pewno nad tym pracują. Ale jak już stworzą bombę, będą musieli sprawdzić, czy działa. A jak do tej pory nie sprawdzili… Mamy dziewięćdziesiąt dziewięć procent pewności, że ta broń nie istnieje.

– Dlaczego ja?

– Bo mam nieprawdopodobne szczęście, że tu trafiłeś! Bo masz wujka generała. Znam go dobrze. To ambitny typek. Ukraińska część Rzeczypospolitej ma embargo na produkcję czołgów i transporterów opancerzonych, no to stworzył niezwykłą ofensywną broń na bazie zwykłej taksówki. Przed poprowadzeniem Ukrainy do niepodległości powstrzymuje go tylko nieistniejąca polska bomba atomowa… Pamiętasz, co ci mówiłem? Ten mężczyzna – wskazał zatrzymany na ekranie obraz – nie musiał nawet przywozić tych dwu walizek. Wystarczyłyby mapy sztabowe. Wiedza, gdzie uderzyć minimalnymi siłami, by przejąć inicjatywę strategiczną…