– Jeśli to się uda, postawimy panu pomnik ze złota przed wejściem do Ławry… Obawiam się tylko jednego – zauważyłem.
– Tak? – Spojrzał na mnie z zainteresowaniem.
– Jeśli ma pan rację co do mojego wujka, to, otrzymawszy taką informację, poderwie Ukrainę do powstania i przysłanie tu komandosów, by pana uwolnili, może okazać się niemożliwe albo bardzo trudne. Poza tym, gdy Polacy się zorientują, że znamy prawdę o ich atomie, zaczną węszyć, kto mógł sypnąć. I dojdą szybko do pana, jedynego oficera sztabu generalnego, który mógł coś odkryć, a siedział u czubków razem z bratankiem generała Pawluka.
– Faktycznie. Będziesz musiał odczekać z przekazaniem danych do chwili, gdy znajdziesz się tam…
Pokręciłem głową.
– Może być już za późno. Z całą pewnością, przez cały czas pobytu tutaj, jest pan dyskretnie obserwowany.
– Owszem.
– Jak pan sądzi: wierzą, że jest pan Hansem Klossem, czy nie? – Przygwoździłem go pytaniem.
– Mogli już to sprawdzić. W takim przypadku nie muszą w nic wierzyć, mają pewność.
– A zatem proponuję taki plan…
W południe zebrało się konsylium. Zrobili jeszcze jeden rezonans, kilku siwowłosych neurochirurgów oglądało wykresy.
– Można wypuścić – orzekł wreszcie ten najważniejszy, a pozostali pokiwali uczenie głowami.
Pożegnałem się i z ulgą opuściłem klinikę. Wziąłem taksówkę i pojechałem do miasta. Zameldowałem się w bursie, w sklepie dla modelarzy kupiłem nóż ultradźwiękowy i wsiadłem do tramwaju. O umówionej godzinie zapukałem w blachę furtki.
– Masz klucz? – Michalski był już na miejscu.
Zamiast odpowiedzieć, uruchomiłem nóż. Dobrze odgadłem. Blacha trzymała się tylko dzięki kilku powłokom lakieru. Darła się jak namoczona tektura… Poprawiłem furtkę na ile się dało. Michalski rozglądał się wokoło.
– Co to za miejsce? – zapytał wreszcie.
– Cmentarz Stryjski.
Chwilę później byliśmy na przystanku autobusowym.
– Masz jakiś plan? – zaciekawił się.
– Czysta prowizorka. – powiedziałem. – Punkt dwunasta odchodzi pociąg Lux-Torpeda do Kijowa. O czternastej zauważą, że nie ma pana na obiedzie, zaczną szukać…
– Ile czasu trwa podróż?
– Stąd do Kijowa nieco ponad półtorej godziny.
– Nie zdążymy.
– Ale w chwili alarmu będzie pan już za Zbruczem. Tam mają, mimo wszystko, mniejsze możliwości działania. Poza tym zanim się zorientują i zanim wydedukują, którędy może pan uciekać, minie kilkanaście, może kilkadziesiąt minut… A może i kilka godzin.
Wsiedliśmy do autobusu.
– A jeśli nas złapią?
– Pańskie dane są już bezpieczne. Posłałem je przez Sieć wujkowi do Kijowa.
– Teraz już tylko musimy wyrwać się z pułapki – mruknął. – Nie odczytają tego? Bo mogą się zorientować i szybko zacząć polowanie…
– To bardzo dobry szyfr. Nie ma obawy.
– Przynajmniej do czasu, kiedy polskie służby go nie złamią… – westchnął.
– Kapitanie Kloss
– Mów mi Janek. Jakoś przywykłem.
– W tej chwili powinien pan powiedzieć coś w rodzaju: „gdyby Hitler miał takich żołnierzy” – zażartowałem.
Mój towarzysz uśmiechnął się lekko.
– Nasz führer był skończonym idiotą – powiedział.
Piętnaście minut później Michalski siedział wygodnie w lotniczym fotelu wagonu. Kamery dworca z pewnością zapisały jego twarz i wiedziałem, że nie minie dużo czasu, zanim te zasoby zostaną sprawdzone. Ja nie podszedłem nawet do budynku. Musiałem zostać we Lwowie. I tak pewnie będę jednym z głównych podejrzanych… Pociąg sapnął i wystrzelił jak strzała. Prawie sto metrów na sekundę. Minęło kilka minut i skład wyskoczył z podziemnego tunelu na powierzchnię gdzieś za Piaskową Górą… Poszedłem na Stare Miasto.
Pociąg przeskoczył most na Zbruczu. Już niedaleko. Generał Michalski był prawie pewien, że się udało. Być może w tej chwili agenci przeszukują park wokół szpitala. Może już wiedzą, że wyparował i ściągają psy tropiące. Może uruchomili programy poszukiwawcze, sprawdzają w Sieci połączenia, badają pamięć komputerów dworca… Każda minuta zwiększa szansę. Każda minuta to sześć kilometrów bliżej celu.
Wizg hamulców poraził uszy. Skład zatrzymał się na przedmieściach Kijowa, może dwa kilometry od dworca. Zaniepokojony staruszek wyjrzał przez okno. Kilkudziesięciu żołnierzy z pistoletami maszynowymi otaczało skład.
– Donnerwetter – wyrwało mu się.
Podkute buty zadudniły po chodniku w przejściu między fotelami. Pierwszy z komandosów zatrzymał się koło jego miejsca.
– Panie generale, zapraszamy – powiedział po ukraińsku.
Nie bardzo chciało mu się wierzyć, ale nie miał wyboru. Samochód terenowy zaparkowano przy starej, walącej się budce dróżnika. Ktoś otworzył drzwiczki. Generał Pawluk siedział z tyłu. Na widok gościa uśmiechnął się z ulgą i wcisnął przełącznik walizkowej radiostacji.
– Wybaczcie, że tak niespodziewanie się spotykamy – rzekł. – Na dworcu dzieją się nieciekawe rzeczy. Konkretnie czeka na was komitet powitalny, złożony z kilkudziesięciu polskich komandosów. Ale nie martwcie się, jedziemy w bezpieczne miejsce.
– Przechwycili wiadomość od Bohdana? – Zaniepokoił się przybysz.
– Mało prawdopodobnie. A nawet jeśli, mam nadzieję, że jeszcze nie złamali szyfrów. Konto nie było zarejestrowane, może nie powiążą tego z moim bratankiem.
– Optymista z pana. Czyli uwierzyliście w moje informacje?
– Sprawdziliśmy bardzo dokładnie. Punkt po punkcie. Wyglądają na prawdziwe. Swoją drogą niezły numer, hitlerowski agent zakonspirowany w polskim sztabie, sześćdziesiąt lat po wojnie… Ale nie powiem, przydał nam się pan jak znalazł. W najlepszym momencie.
– Jakie plany?
– Car Włodzimierz jeszcze żyje, ale dziś rano miał kolejny wylew. To już kwestia kilku dni. Rozkazy wydane. Wszystkie polskie jednostki wojskowe zostały lub zostaną za kilka minut dyskretnie otoczone… Musimy zneutralizować ich garnizony. Proszę się nie dziwić. Powstanie przygotowywałem od lat. Tylko nie sądziłem, że tak szybko dostaniemy do ręki tak ważny atut. Myślałem, że będzie ciężka wojna o niepodległość z przeciwnikiem dysponującym najgroźniejszą bronią świata. A tak mamy przeciw sobie armię, którą jesteśmy w stanie pokonać.
– Pół miliona taksówek? – zagadnął Hans.
Zabrzmiało to trochę jak kpina.
– Tyle będziemy mieli najwcześniej za miesiąc. – Zachmurzył się Pawluk. – Wyrzutnie dopiero montują. Ale piętnaście tysięcy ciągnie w tej chwili w stronę granicy. To powinno zrobić wrażenie. – Popatrzył na zegarek. – A potem, jeśli wszystko pójdzie zgodnie z planem, nasz prezydent odczyta w telewizji deklarację niepodległości…
– Macie już nawet własnego prezydenta?
Pawluk wskazał na galowy mundur wiszący w plastikowym pokrowcu. Kloss zrozumiał. Już mają…
– Dacie radę? Bez lotnictwa i ciężkiego sprzętu? – zaniepokoił się.
– Zobaczymy. – Generał błysnął zębami w drapieżnym uśmiechu. – Zrobiłem, co tylko się dało. Pojazdy bojowe to tylko jeden z wielu pomysłów. Nie wszystko pokazałem na manewrach. Ale jeśli dobrze pójdzie, to nie będzie ofiar. Dzięki wam.
– Jak to? – zdumiał się.
– Mam nadzieję, że nie dojdzie do konfrontacji. Otoczymy ich wojska, ponegocjujemy, złożą broń i puścimy ich wolno za Zbrucz. Polacy są dość rozsądni i chyba zależy im, by informacje na temat ich bomb atomowych, a raczej ich braku, nie wyciekły na zewnątrz… Zaszantażujemy ich.
– A jeśli się nie zgodzą?
– Pokażemy, że potrafimy walczyć o wolność. W razie czego sprzedamy tę wiadomość Białorusinom, Litwinom, Czechom, Szwedom, Żydom, Francuzom, Arabom, Amerykanom… Podpalimy Rzeczpospolitą z każdej strony. Wycofamy nasze korpusy ekspedycyjne, sami nie utrzymają inicjatywy strategicznej. Ale wolałbym tego uniknąć. Sojusz z Polską, mimo wszystko, jest nam potrzebny. Zwłaszcza że mamy za plecami Rosję.
– Wygląda na to, że jednak nie wrócę chwilowo do domu. – Zachmurzył się Kloss.
Generał zawahał się.
– Jeśli da pan słowo niemieckiego oficera, że nie piśnie pan…
Hans popatrzył przez okno.
– Podobno Kijów też jest ładny – burknął. – Choć pewnie nie zdążę sobie pozwiedzać zanim Polacy obrócą go w zgliszcza…
Wylazłem na dach. Za dnia było to ryzykowne jak diabli. Trudno. Otrzymałem rozkaz i musiałem go wypełnić. Otworzyłem szybik i wsadziłem w szczelinę klucz kodowy. Przekręciłem, zabłysły diody kontrolek. Westchnąłem. Wiedziałem już, że niedługo, może za kwadrans, może za kilka godzin lub dni będę musiał to odpalić. Nawet jeśli mi się poszczęści i nie zostanę złapany, to i tak wszystko ulegnie zmianie. Dla Magdy i reszty poznanych we Lwowie rówieśników będę wrogiem…