Выбрать главу

– Podpalajcie. Wszystko będzie dobrze.

Podłożyli ogień z dwu stron. Płomienie objęły podstawę stosu. Inkwizytor pochylił się, uniósł zemdloną Monikę i po przystawionej drabinie wdrapał się na rusztowanie. Stanął koło słupa, trzymając młodą kobietę w objęciach.

– Bóg dał znak. Pozbawił niewiastę przytomności, aby oszczędzić jej cierpień, a mnie wezwał do siebie razem z nią – rzekł, ale wrzask gawiedzi zagłuszył ostatnie słowa.

Powiał wiatr, zgromadzeni wokoło ludzie spostrzegli, że Torralba pochylił się i pocałował dziewczynę w czoło, a zaraz potem stos zapadł się do środka. W ostatniej chwili dostrzeżono jeszcze, że inkwizytor uśmiecha się do otaczającego go tłumu i błogosławi mu podniesioną ręką. I że w jego oczach błyskają ogniki szczęścia. A może to odbijały się płomienie?

Griszka

U siadłem wygodnie w fotelu obitym skórą. Mówiono, że książę Feliks Jusupow jest homoseksualistą. Patrząc na niego, trudno było się tego domyślić. Przystojny mężczyzna, prosta sylwetka wbita w szyty na miarę mundur. Tylko na twarzy malował się wyraz lekkiego zniewieścienia, wywołanego próżniaczym życiem. I to też pozór, ten młodzieniec stał na czele Stowarzyszenia im. Piotra I, tajnej organizacji powołanej dla ratowania sypiącego się imperium. Gospodarz nalał wina do szklanek.

– Sprawa Grigorija Rasputina jest jak zapalnik przy pocisku – powiedział. – Znasz zresztą plotki krążące po Petersburgu. Wiecznie pijany, niepiśmienny rozpustnik, być może niemiecki szpieg. Ma wpływy wszędzie…

– Co będzie moim zadaniem?

– Zostaniesz oddelegowany do grupy agentów, która się nim zajmuje. Trzeba odkryć jego faktyczne cele i zamiary. A potem… – Przesunął dłonią po gardle.

***

Po raz pierwszy spotkałem go w tramwaju. Było może dwanaście stopni mrozu. Stał na tylnym pomoście, rozmarzonym wzrokiem wpatrywał się w budynki wzdłuż Newskiego Prospektu. Na grubych wargach błąkał się dziwny uśmiech. Obfita, kruczoczarna, nierówno przycięta broda opadała na szeroką pierś. Krótkie, przetłuszczone włosy targał wiatr. Odziany był w czerwoną rubaszkę i samodziałowe spodnie. Na stopach miał saboty z rogoży.

Instynkt, a może doświadczenie agenta, sprawiło, że zacząłem obserwować go spod oka. Było w nim coś dziwnego, coś przyciągającego uwagę. Otaksowałem go, badając cal po calu sylwetkę. Wysoki, masywny, muskularny. Cera śniada, osmagana syberyjskim wiatrem. Nieuzbrojony. Sprawiał wrażenie zadowolonego z życia człowieka ze wsi, który zdobył robotę w fabryce i teraz co miesiąc wysyła pięć rubli rodzinie, pozostawionej na prowincji.

Dłuższą chwilę patrzyłem, nie rozumiejąc, co jest nie tak. Musiał poczuć mój wzrok, bo odwrócił się ku mnie. I wtedy pojąłem. Mimo siarczystego mrozu miał na sobie tylko tę cienką, chłopską koszulę…

Teraz on patrzył – ponuro i badawczo. Oczy, przypominające gorejące czarnym ogniem węgle, przewiercały mnie na wylot.

– Agent – mruknął. – Przyjdzie taki czas, że będziecie chodzić za mną krok w krok… Spotkamy się jeszcze u końca mojej drogi.

A potem odwrócił się i ponownie chłonął panoramę miasta. Ale na jego wargach nie było już uśmiechu. Posmutniał, przygasł, zgarbił się, jakby dźwigał brzemię zbyt ciężkie na siły syberyjskiego mużyka.

Minęły lata. Jego rozgorączkowane spojrzenie i czerwona rubaszka śniły mi się wielokrotnie. Fotografie zagadkowego chłopa pojawiły się w gazetach, potem znikły i znów się pojawiły. Wybuchła wojna. Front cofał się przez szereg miesięcy. Rosja oddawała kolejne twierdze i linie umocnień, jednak Niemcy nie mogli prowadzić działań zbrojnych w nieskończoność. Gdy ich zapasy kurczyły się, nasze przeciwnie – rosły. Fabryki dostosowały się do wojennego reżimu produkcji. Klęski pierwszych miesięcy, braki w zaopatrzeniu, utrata całych armii odeszły w przeszłość. Pochód wroga najpierw zwolnił, potem się zatrzymał. Na kilku odcinkach Rosjanie rozpoczęli ofensywę. Ale od frontu zewnętrznego ważniejszy był ten ukryty, ten, na którym to my byliśmy żołnierzami…

***

Agent Sokołow poprowadził mnie na piętro. Szerokie schody pokryte były wydeptanym nieco chodnikiem.

– Spory tu ruch – odezwał się. – Nawet do sześćdziesięciu gości dziennie.

Jeszcze jeden zakręt i zmrużyłem oczy porażone nagłym blaskiem.

– Lampy elektryczne inżyniera Rychnowskiego – powiedział z dumą mój zwierzchnik. – Lepsze niż te Jabłoczkowa… Zainstalowaliśmy, gdy tylko obiekt się wprowadził. Mieszka tutaj. – Wskazał solidne, dębowe drzwi z mosiężną kołatką. – A tu jest posterunek numer trzy.

Włożył klucz w zamek. Weszliśmy do mieszkania naprzeciwko. Nad framugą umieszczono szeroką półkę. Spoczywał na niej pasiasty materac.

– Czasem trzeba czekać i kilka godzin, a na deskach byłoby niewygodnie – wyjaśnił. – Szybki witrażyka nad drzwiami zastąpiliśmy weneckim lustrem, można więc spokojnie obserwować, co dzieje się na korytarzu…

– A jednocześnie on nie domyśla się nawet, że tu jesteśmy. – Kiwnąłem głową.

– Owszem. Czasem trzeba zrobić zdjęcie. – Wskazał aparat fotograficzny, przymocowany do judasza mosiężnym pierścieniem.

– Jak to działa?

– Impuls elektryczny wyzwala ruch migawki, na stanowisku jest przełącznik. Wystarczy wcisnąć guzik i gotowe.

Patrzyłem przez chwilę na urządzenie. Nigdy nie miałem do czynienia z tak nowoczesnym modelem, ale doszedłem do wniosku, że chyba dam sobie radę.

– Najnowszy typ, na kliszę, a przesuwa ją mechanizm sprężynowy – objaśnił. – Można zrobić szesnaście fotografii w ciągu kilku minut.

– Z zewnątrz nie słychać? – Zaniepokoiłem się.

– Drzwi są grube, a sam aparat został wygłuszony. Nie ma obawy. Zresztą przećwiczymy zaraz obsługę sprzętu. Zaczynasz jutro rano.

***

Za oknem księżyc oświetlał chłodnym blaskiem zaspy. Ósma wieczorem. Sklepy były już zamknięte, miasto odpoczywało po całym dniu pracy. Ludzie grzali się w domach przy ciepłych piecach, bogatsi poszli do restauracji. Teatry i kabarety, rzęsiście oświetlone, wypełniał tłum spragniony rozrywki. Sanie mknęły po oblodzonych ulicach. Z dala dobiegł mnie warkot samochodu. W takich chwilach łatwo można było poczuć żal. Jedni się bawili, odpoczywali lub szli spać, a inni, tacy jak ja, ciągle siedzieli w pracy… Wypiłem szklankę gorzkiej herbaty. Przejrzałem raport. Wiedziałem już sporo, ale jednocześnie okruchy informacji nie składały się jakoś w logiczną całość. Jutro zaczynam obserwację Rasputina. Na co zwracać uwagę?

Powszechnie krążące po Petersburgu plotki mówiły, że należy do jednej z licznych syberyjskich sekt. Szczęśliwym zrządzeniem losu miałem pod ręką kogoś, kto mógł udzielić mi potrzebnych informacji. Sekciarze trafiali się nam nieczęsto. W zasadzie w ogóle nie zajmowaliśmy się takimi przypadkami, od tego były sądy cerkiewne. Ale wojna to czas chaosu i anarchii. Aby utrzymać kraj w ryzach, zapewnić produkcję i niezbędne dostawy uzbrojenia dla frontu, musieliśmy nie tylko rozszerzyć zakres działań, ale dodatkowo objąć nimi zupełnie nowe grupy społecznie niebezpieczne.

Mężczyzna nie był stary, jednak twarz, pobrużdżona od niedojadania i umartwień, którym poddawał swoje ciało, czyniła zeń starca. Schwytano go w Zakładach Putiłowskich, gdy wygłaszał pogadankę religijną dla robotników. Kiedy przyszedłem, siedział w celi, ponuro wpatrzony w ziemię.

– Będziecie mnie bili? – zapytał, nie podnosząc oczu.

– Jesteś w więzieniu śledczym ochrany – odparłem. – Obowiązują nas humanitarne normy postępowania.

Mówiłem swobodnie, nie kryjąc akcentu. Polacy uchodzą powszechnie za kulturalnych i cywilizowanych. To budzi zaufanie więźniów.

– Gadają, że potraficie obedrzeć żywcem ze skóry i jeszcze posypać pieprzem. – Spojrzał spode łba.

Oczywiście, że potrafimy. Tylko po co? Zwłaszcza że jest wojna i z pieprzem mamy przejściowe trudności.

– Nasze metody są rewelacyjnie proste – powiedziałem. – Nie bijemy więźniów. Nie znęcamy się. Nie torturujemy, no, chyba że już nie ma innego wyjścia. Mimo totalnych braków w zaopatrzeniu, karmimy takich jak ty dobrze. Jak powszechnie wiadomo, ryby zawierają dużo fosforu, co dodatnio wpływa na pracę umysłu, a w ich wątrobach jest mnóstwo tranu, bogatego w cenne witaminy oraz składniki odżywcze.

Zmarszczył brwi.

– Będziesz dostawał solone śledzie. Trzy razy dziennie. Niestety, studnia w twierdzy wyschła i z wodą mamy pewien problem… – wyjaśniłem pogodnie.

Czasem jeden uśmiech może zdziałać cuda. Więzień poddał się, załamał w jednej chwili.

– Co chcecie wiedzieć?

Zawsze tak jest. Odrobina życzliwości i troska o dobre odżywianie więźnia zazwyczaj otwierają serca nawet zatwardziałych marksistów. Z drugiej strony, gdyby to nie pomogło, możemy i obedrzeć ze skóry.

– Należysz do sekty chłystów. – Dawniej sądziłem, że najdziwaczniejsza nawet wiara jest lepsza od socjalizmu, ale po przesłuchaniu kilku jemu podobnych nie byłem już taki pewien. – Opowiedz nam o tej waszej religii i o Rasputinie.