Выбрать главу

– Dużo jest takich napadów?

– Teraz zaopatrzenie się poprawiło, więc prawie wcale. Dawniej to na każdy skład, zwłaszcza jak żarcie jechało z południa, to zasadzały się dwa, trzy gangi. Teraz to spokój. Czego lub kogo mamy poszukać?

– Cóż, właściwie obowiązuje mnie tajemnica, ale trochę muszę powiedzieć. Mamy pod Moskwą obcą agenturę. Siedzą w kanałach gdzieś przy Kolcowej.

– Szpiedzy?

– Kosmici.

– Aha. Mamy złapać tych, co nadają?

– Tylko ustalić, skąd to robią.

Szczur się roześmiał. W betonowym korytarzu jego śmiech zabrzmiał ponuro.

– Sądziłem, że są tam tylko fabryki amfetaminy, podziemne burdele dla zoofilów i pederastów, fabryki broni i inne takie. A tu proszę… Prawdziwe, zielone ufoludki. Jak z filmu.

– Ile tu właściwie jest poziomów i ile kilometrów korytarzy?

– Hy! Poziomy zasadniczo są cztery. Jesteśmy teraz na pierwszym. Kanały burzowe i ściekowe – cztery metry pod powierzchnią gruntu. W niektórych miejscach głębiej. Pod nami jest poziom metra. Pod metrem kanały zbiorcze i kolektory nieczystości, a jeszcze niżej schrony z czasów Stalina i rozmaite pomysły w rodzaju siłowni geotermalnych. Całość przecinają na różnych poziomach tunele i szyby techniczne oraz drogi ewakuacyjne. Przy Kolcowej będziemy za pół godziny, może czterdzieści minut. Myślę jednak, że należałoby zejść niżej. Tam wprawdzie będzie niebezpiecznie, ale… Zgaś!

Wyłączyli latarki i przyczaili się przy ścianie. Stiepan drżącymi nieco dłońmi wyjął z plecaka noktowizor i założył na głowę. Sądząc po dźwiękach, Szczur zrobił to samo. Ciemność zamieniła się w ogniście zielone piekło. Coś z głośnym pyknięciem uderzyło w mur obok. Iwańczuk pochylił się i wymacał dłonią gorącą jeszcze kulę rewolwerową.

– Widzisz ich? – zapytał szeptem Szczur.

– Nie. Muszą siedzieć gdzieś w załomie.

Milczeli, czekając. Broń chłodziła ręce, które nagle pokryły się potem. Gdzieś w ciemnościach rozległ się tryl papużki, a może kanarka.

– Ihorszczuk – wycedził Szczur.

– Twój znajomy?

– Można tak powiedzieć. Wyznaczył pół miliona rubli za moją głowę.

– Nowych rubli czy starych?

– Nowych. Chyba jeden usiłuje zajść nas od tyłu.

Ptaszek zaćwierkał w ciemności. Trudno było określić, z której strony. Stiepan odwrócił się i ostrożnie wyjrzał. W tunelu majaczyły jakieś sylwetki. Bez wahania nacisnął spust. Ci z przodu też wstrzelili kilka razy.

– Co robimy? – zapytał cicho Stiepan.

– Rzutkę. Będziesz walił do tyłu, a ja do przodu.

– Hm?

– Jak się wychylą.

– A wychylą się?

– Tak.

Szczur zdjął z siebie kurtkę Przyczaił się, potem rzucił ją na środek pomieszczenia tak, by na chwilę zawisła w powietrzu. Tamci wyskoczyli i powitali ją dwiema salwami. Agent i łowca głów nie tracili czasu. Cofnęli się do wnęki, wymienili magazynki.

– Ilu masz?

– Jednego.

– Ja chyba dwu – powiedział Szczur. – Ciężka sprawa, ale poradzimy sobie. Zabrałeś kombinezon przeciwgazowy?

– Tak.

– No to poczęstujemy ich czymś z arsenału armii byłego Układu Warszawskiego.

Tunel powoli wypełnił się siną mgłą. Wychylili się ostrożnie i obserwowali. Zawiesina świeciła lekko w noktowizorze.

– Ciekawe, czy już załatwieni? – zastanawiał się Stiepan. Głos, stłumiony przez pochłaniacze, brzmiał niewyraźnie.

– Możliwe.

Kula uderzyła w ścianę koło wnęki.

– Do licha, przecież powinno ich dupnąć.

– Pewnie też mają maski. Od czasu, jak rosyjska frakcja sekty Najwyższa Prawda urządziła w metrze atak gazowy, właściwie wszyscy je noszą. Dobra. Nie będziemy tu tracili całego dnia.

Szczur wydobył z kieszeni kurtki granat. Wyrwał zawleczkę i, zamachnąwszy się, rzucił go daleko w kierunku niewidocznych przeciwników. Stiepan spiął się, oczekując na wybuch, ale to, co nastąpiło, było straszniejsze niż mógł przewidzieć. Mimo że byli oddaleni od miejsca eksplozji i dodatkowo chronił ich załom muru, powietrze uderzyło jak młot. Huk przyszedł po chwili. Kanał zawibrował niczym wnętrze dzwonu. Kanalarz z bronią w ręce wyskoczył z wnęki i pobiegł do przodu. Po chwili zapalił latarkę.

– W porządku. Po nich.

Dołączył Stiepan. W tym miejscu z ich korytarzem łączył się drugi, murowany z cegieł. Leżały w nim zmasakrowane zwłoki czterech kafarów. Dwaj mieli na twarzach maski.

– Widać nie dla wszystkich wystarczyło. – Szczur ściągnął im z palców sygnety i zegarki z przegubów. Podwinął rękaw kurtki, a potem koszuli i dopiął zegarki do imponującej kolekcji zdobiącej jego ramię. Sygnety wrzucił do plecaka.

– To się przyda – powiedział.

– Nie zabierzesz ich głów?

– Zabierzemy, wracając. Oczywiście, jeśli jeszcze będą leżeli.

– Ktoś może trupy…?

– Lekarze.

– Jacy znowu lekarze? Mafijni?

– Coś takiego. Takie tam alkoholiki, wywaleni z normalnej służby zdrowia, którzy mieli dość umiejętności i odwagi, żeby tu wleźć. Wypruwają z dopiero co zabitych narządy i wysyłają na górę dla oczekujących na przeszczepy, a z tego mają trochę kasy. Nieszkodliwi.

– A z żywych nie zdarza się?

Szczur wzruszył ramionami.

– Tym zajmują się wampiry. Ale lekarze nie mają z tym nic wspólnego. Przynajmniej nie oficjalnie. Zejdziemy teraz niżej.

W bok odchodziła gwałtownie opadająca odnoga kanału.

– Może być gorąco. – Mężczyzna zatrzymał ręką agenta, który trochę się wysforował do przodu.

Kanał kończył się w potężnym zbiorniku. Stało w nim stare, cuchnące szambo. Ze środka basenu sterczały resztki przerdzewiałej, gigantycznej pompy.

– Jesteśmy poniżej poziomu rzeki – powiedział przewodnik. – Za Chruszczowa wybudowali sieć zagłębionych korytarzy na tym poziomie. Chodziło o to, żeby odsysać nieczystości z wyższych warstw.

– Co się potem z nimi działo?

– Do tego służyły te pompy. – Wskazał napis na ścianie. W zielonym świetle wnętrza noktowizora był czarny. Miał inną temperaturę niż mur pod nim.

– Sektor Alfa – odczytał szeptem Iwańczuk.

– Tak. Umieszczone promieniście wzdłuż Sadowego Kolca, ale trochę mniejsza średnica. Znaczy były w pierścieniu. Tu są jeszcze pomieszczenia…

Urwał niespodziewanie na dźwięk cichego stuknięcia. Poderwali broń do oczu. Gdzieś w trzewiach zniszczonej pompy zapłonęła zapałka.

– Nie strzelajcie, wujkowie. – Rozległ się głos jakiegoś dzieciaka. – Ja tu tylko po kable.

– Pokaż się – zażądał Szczur.

Na ramie stanął chłopiec. Miał może dziesięć lat.

– Dobra. W porządku. Rób swoje, ale uważaj.

Ruszyli dalej wąskim i niskim kanałem.

– Po co on tu przyszedł?

– Złodziejaszek. Wypruwa stare kable z tych pomp. To miedź, utrzymują się z tego. Mam nadzieję, że nie trafi w łapy wampirów ani mafii.

– Zabiliby go?

– W końcu na pewno tak.

– Skrajna patologia.

– Patologie to są na górze. Tu tylko spływają, jak ścieki… Zabijam ludzi i odcinam ich głowy. I po co ja je właściwie przynoszę tam, na Kremlowską? Płacą mi niby, ale i tak nic nie muszę kupować. Zresztą już z rok nie byłem na górze i nawet mnie nie ciągnie, a tu nie ma sklepów. Nic się nie da zrobić z taką forsą.

– Tam na powierzchni też niewiele da się kupić, a jednak ludzie je lubią.

– Aha. Powiedz no, co tu robią te ufoludki?

– Przekazują swoim jakieś dane, żeby im było łatwiej nas napaść. Zdaje się, kody genetyczne naszych.

– Choroba. To już aż tak poważnie?

– Tak. Drugie gniazdo było w Stanach, ale Amerykańcy wytłukli do nogi. Teraz na nas kolej.

– Kurde. A jak przylecą się zemścić?

– Nasi twierdzą, że przylecą tak czy siak.

– Jasna cholera. Wiesz, co myślę? Może nic nie robić. Przylecą, wezmą nas pod but, i raz-dwa wykończą. Nie będzie już mafii, prostytucji, narkotyków.

– No tak. Coś z racji w tym jest, ale wtedy będzie inna mafia. Małe, zielone ludziki, a ludzie pewnie im się przydadzą jako niewolnicy w kopalniach.

– Może tak, a może i nie. Ja tam bym nie narzekał, jakby mnie załatwili razem z całą ludzkością.

– A mnie byłoby, mimo wszystko, nieprzyjemnie.

– Ja już raz byłem zabity, przy okazji drugiej wojny secesyjnej na Powołżu. Kozacy mnie postrzelili. Kula wyszła plecami. Ale wylizałem się.

– To nie byłeś zabity.

– Ale myślałem, że jestem.

– Ja kiedyś dostałem odłamkiem w wojnie mafijnej o Uralwagonzawod.

– A wtedy, co zdobyli dwadzieścia czołgów T-98? Mała wojna. Trzy miesiące się kotłowało.

– Ale zajęli dwa miasta. Powiesili dwustu policjantów i w szturmie zginęło jeszcze coś ze dwa lub trzy tysiące komandosów. Dopiero napalm ich uspokoił. Albo wojna baszkirska, tam było naprawdę gorąco.

Szczur przyłożył palec do ust. Gdzieś daleko rozległa się seria z broni maszynowej. Zaraz potem zatrzymali się przed zawałem.

– Dziwne – powiedział przewodnik. – Jeszcze w zeszłym tygodniu tego tu nie było.