Выбрать главу

– Da się obejść?

– Tu wszystko da się obejść, ale może to oznaczać, że ktoś robi sobie blokhauz.

– Co?

– Odcina drogi wiodące do umocnienia. Zejdziemy poziom niżej i spróbujemy go ominąć.

– Jak daleko stąd do Kolcowej?

– Jakiś kilometr. Może bliżej.

– Zostało nam osiem godzin, żeby ich znaleźć. Trzeba liczyć jeszcze z godzinę, żeby wezwać specgrupę.

– Myślałem, że sam ich załatwisz, z moją, oczywiście, pomocą.

– Zobaczymy na miejscu. O ile, rzecz jasna, sprawa jest jeszcze aktualna.

– Co to znaczy?

– No cóż, mogli nadać sygnał i armia obcych jest już w drodze.

Kawałek przed zawałem znajdował się szyb inspekcyjny.

– Lepiej załóżmy maski, tam jest naprawdę brudno – powiedział Szczur. – I ślisko.

– Mam stalowe okucia na podeszwach.

– To nie ten rodzaj śliskości. No, schodzimy.

Szyb miał dziesięć metrów głębokości i kończył się w następnym kanale, nieco podobnym do tego, którym dotychczas wędrowali, ale miał znacznie większą średnicę. Po bokach biegły kładki, a środkiem płynęła rzeka fekaliów. Ruszyli szybkim marszem w zupełnych ciemnościach. Bateria w noktowizorze Stiepana zaczęła się wyczerpywać, wymienił ją na świeżą. Korytarz łagodnie zakręcił, spostrzegli ciało unoszące się na wodzie.

Nagle i niespodziewanie rząd zakurzonych żarówek pod sufitem zapłonął jasnym światłem. Oślepiło ich dokumentnie. Łowca złapał agenta i razem zeskoczyli ze ścieżki, pogrążając się po szyję w szambie. Wywołało to nielichy szok u nieobytego z tą substancją Stiepana. Zsunęli się w ostatniej chwili, bowiem na kładce pojawiło się około dwudziestu wyjących, nagich drabów, pomalowanych w czarne znaki i trzymających w dłoniach kije bejsbolowe. Przebiegli i zniknęli za załomem korytarza.

– Kto to?

– Sataniści. Myśleli, że uciekamy, i pognali w tamtą stronę. Z drugiego końca z pewnością zbliża się identyczna grupa.

W głębi tunelu ponownie rozległ się skowyt. A potem coś czknęło potężnie i rzeka gówna zaczęła się pomaleńku przemieszczać.

– Wiedzą już, że siedzimy w ścieku, i właśnie spuścili go trochę na niższy poziom. Dorwą nas, jak gówno opadnie, albo spłyniemy aż do kraty.

Stiepan miał ochotę o coś zapytać, ale było słychać, że zbliża się banda.

– Granaty. Otwórz usta i zamknij oczy.

Szczur wychylił się i cisnął granat tak, aby wylądował za zakrętem korytarza. Fala uderzeniowa wgniotła im pochłaniacze masek w twarze, ale nie odnieśli poważniejszych obrażeń.

– Gotów? Wyłazimy. Ja pierwszy, a ty ubezpieczaj.

Zaczął gramolić się po śliskim korycie na brzeg. Kładką po drugiej stronie nadbiegła samotna, czarna sylwetka, ale Stiepan zdjął ją jednym strzałem. Trup, obficie brocząc krwią, stoczył się na dół i galaretowata zawartość koryta na niedużej przestrzeni stała się brunatna. Szczur był już na górze. Wyciągnął do agenta rękę. Wyleźli i ruszyli w stronę, w którą poleciał granat. Zaraz za zakrętem leżało kilka ciał. Niektórzy byli ciągle żywi, ale wyraźnie w szoku. Stiepan uniósł broń, by ich dobić.

– Trzeba oszczędzać amunicję. Znikamy stąd. – Głos przewodnika drżał.

– Coś jest nie tak?

– Owszem.

Wkrótce znaleźli szyb biegnący ku powierzchni. Zaledwie jednak zaczęli wdrapywać się po metalowych szczeblach, tam na górze zgrzytnęła otwierana klapa. Szczur ściągnął Stiepana na ziemię i przyczaili się we wnęce technicznej. Kilka najbliższych żarówek było rozbitych, zapewne przez wybuch. Po drabince zeszło kilku ludzi w białych fartuchach, naciągniętych na czarne, skórzane kurtki. Przeszli niedaleko, nie zauważyli przykucniętych w mroku dwóch mężczyzn. Zaraz potem rozległ się straszliwy skowyt.

– Mówiłeś, zdaje się, że lekarze nie zabijają ludzi?

– To nie byli lekarze, ale wampiry. Widziałeś tatuaże na twarzach?

Powlekli się dalej korytarzem. Warstwa kału na ich ubraniach wyschła i odpadała płatami.

– Chciałbym się umyć.

– Niedługo znajdziemy się koło wody.

Dotarli do końca rzeki gówna. Szambo z obrzydliwym chlupotem ściekało gdzieś w dół. Na kracie, przez którą leniwie się przesączało, leżały szkielety kilku ludzi. W ciszy, przerywanej jedynie bulgotem fekaliów, rozległ się tupot nóg. Agent strzelił i jeszcze jeden czciciel diabła powędrował do piekła. Kawałek dalej znajdowała się potężna komora o stropie ze zbrojonego betonu. Pośrodku hali stał odwrócony krzyż, a wokoło walały się kości i resztki kilku ognisk. Światło paliło się także tutaj. Obok znaleźli ujęcie wody. Spłukali z siebie warstwę kału. Trwało to długo, ale wreszcie zaczęli przypominać ludzi. Odzież namokła. Stała się zimna i ciężka, jednak potworny smród, spowijający ich dotąd jak obłok, trochę zelżał.

– Idziemy dalej – powiedział Szczur. – Tylko patrzeć następnych wyznawców szatana albo wampirów.

Ciasnym szybem weszli do kanału piętro wyżej. Był suchy. I ciemny. Założyli noktowizory.

– Teraz musimy bardzo uważać. Albo ominęliśmy już blokhauz, albo też jesteśmy dokładnie w środku. A wtedy…

Nie dokończył. Korytarzem przeleciała seria z karabinu. Zaczęli się wpychać do szybu, ale jak się okazało, tam na dole było już kilku wampirów. Stiepan wrzucił do środka granat, zatrzaskując klapę, i przyłączył się do strzelaniny. Tamci świecili sobie niedużymi halogenowymi reflektorami. Udało się rozbić wszystkie cztery. Potem, dzięki noktowizorom dalsza walka stała się aż zbyt łatwa. Po chwili „objawy życia” zniknęły z przedśmiertnym charkotem. Wymienili magazynki. Nikogo więcej w polu widzenia.

– Tak czy siak, lepiej się stąd wynosić. Chyba że chcesz czystą kurtkę, to zdejmiemy z któregoś.

Agent przez chwilę toczył ze sobą ciężką walkę.

– Nie, dzięki.

– Dobra, rób, jak uważasz, ja tylko ściągnę sygnety i może jakiś zegarek.

Stiepan w zadumie popatrzył na swój. Tłukli się w tych zafajdanych lochach już czwartą godzinę. I nic. Nawet nie dotarli do Sadowego Kolca. Rozmyślania przerwało mu delikatne wibrowanie ścian. Coś przetoczyło mu się nad głową.

Dotarliśmy, poprawił się w myślach.

– Da się zejść głębiej? – zapytał.

– Tak. Musimy przejść jeszcze koło kilometra, zanim znajdziemy szyb na tamten poziom.

Kula, która nadleciała z ciemności, trafiła Stiepana w plecy. Kamizelka kuloodporna zatrzymała ją, ale tylko trochę zamortyzowała uderzenie. Bolało jak diabli…

Padli na ziemię.

– Hieny, wampiry czy grabarze? – zaciekawił się agent, regulując noktowizor.

– ONI!

Obraz wyostrzył się. Kanałem sunęło coś, co przypominało hipopotama. Monstrum otaczało kilku ludzi. Iwańczuk i Szczur dali ognia. Grad pocisków uderzył w pokrytą czymś w rodzaju szczeciny skórę i spadł na ziemię.

– Wycofujemy się – krzyknął Stiepan.

Zapadli w boczny korytarz. Szczur wyciągnął z torby minę z zapalnikiem naciągowym.

– Spróbujemy? – zagadnął.

Wychylił się zza rogu. Bestia była blisko. Dzieliły go od niej najwyżej dwa metry. Otaczało ją coś dziwnego. To, co w pierwszej chwili wziął za szczecinę, było w rzeczywistości lekko fosforyzującym fraktalem.

– Szybko! – krzyknął do towarzysza.

Wycofali się jeszcze kilkanaście metrów. Obcy zablokował swoim cielskiem całą szerokość korytarza i usiłował wcisnąć się za nimi. Nie zwracając najmniejszej uwagi na ładunek i linkę, parł niczym wielka dżdżownica. Wreszcie detonator zadziałał. Wychylili się, aby zobaczyć, jaki efekt przyniosły ich działania. Korytarz pokryty było kożuchem gwałtownie burzącej się cieczy. Z samego potwora zostały smętne, rozkawałkowane ochłapy.

– Załatwiliśmy go – odetchnął z ulgą łowca.

– Ciekawe, ile za jego głowę byś dostał? Dobra. Trzeba znaleźć dziurę, z której wyleźli, i zejść do stacji.

– Nie mamy więcej ciężkiej broni.

– Mam cztery granaty. Zresztą nie sądzę, żeby był to sam obcy.

– To co, do licha?

– Nie wiem. Piesek pilnujący wejścia, może żywy czołg. To nie było specjalnie inteligentne.

– Może po prostu obca inteligencja.

– Jeśli obca inteligencja nakazuje pchać się do zbyt ciasnych dziur i wystawiać na atak, tym lepiej dla nas.

– Coś w tym jest.

Ruszyli korytarzem. Niebawem znaleźli dziurę, prowadzącą gdzieś w głąb. Zeszli po drabince. W korytarzu panowała cisza. Licznik w plecaku Stiepana zaczął ćwierkać.

– Tu jest skażenie? – zdziwił się.

– Tak, to siłownia jądrowa.

– Mamy pod Moskwą elektrownię jądrową i to opanowaną przez obcych?

– Nie skończyli jej. Byłem tu sześć miesięcy temu i nikogo nie zastałem. Zrobili ją za Chruszczowa. Nigdy chyba nie została uruchomiona, ale jest tu lekkie skażenie.

Ruszyli korytarzem. Radiacja rosła z każdym krokiem. Wreszcie się zatrzymali.

– To się zaczyna robić niebezpieczne – powiedział agent. – Nie ma innej drogi?

– Jest, ale jeszcze gorsza. To rura od awaryjnego zrzutu pary. Tam to dopiero jest skażenie. Mieli wypadek przy próbnym rozruchu.