Выбрать главу

– Co wam przywieźć następnym razem? – zapytał, gdy się rozliczyli.

– Może parę nowych książek – powiedział Iwan.

Mieli pod ręką opuszczoną bibliotekę miejską w Pripiati, ale jej zbiory, ze zrozumiałych powodów, nie były uzupełniane.

– Dobrze. Coś jeszcze?

– Resztę mamy. Napijesz się samogonu?

Przeszli do sąsiedniego pokoju. Pracowała tu niezłej klasy aparatura bimbrownicza. Najlepsza z pozostawionych. Kolumna rektyfikacyjna szumiała cicho. Odchodziła od niej gumowa rura, niknąca gdzieś za oknem. Ihor wyjrzał. Za domem stała cysterna na mleko. Szlauch kończył się w jej włazie.

– Po co wam aż tyle? – zdziwił się. – I skąd macie ten zbiornik?

– Produkujemy na zapas, a cysterna z mleczarni w Rownie. – Aleksiej machnął ręką w stronę majaczących na horyzoncie pozostałości kombinatu przetwórczego.

Biłyj wyjął z kieszeni licznik i skierował do kadzi z zacierem. Wskazówka wychyliła się spory kawałek.

– Może szklaneczkę przed dalszą podróżą?

– Nie, dziękuję.

– Wy, miastowi, tacy strachliwi. Nie widziałeś ostatnio profesora Karpowa?

– Genetyka? Będę się z nim widział dzisiaj. Za dwie godziny. Coś mu przekazać? Potrzebny wam lekarz?

– Nie, ale prosił nas o przysługę. Mieliśmy mu spirytusować takie tam zwierzęta ze zmianami.

– Jeśli coś macie, to z miłą chęcią zawiozę.

Kiwnęli głowami jednocześnie, a potem jeden poszedł do szopy, skąd wrócił po chwili, dźwigając kubeł nakryty folią.

– Tyle tego na razie – powiedział.

– Dobra. Zawiozę. Nie wylezie?

– Zabite i w spirycie.

Zadźwigał kubeł do UAZ-a i pożegnawszy się, ruszył dalej. Niebawem w pyle drogi wypatrzył ślady kilku pojazdów. Zatrzymał się i zaczął je badać.

– Aha, samochody mafii – stwierdził.

Otarł pot z czoła. Ślady niebawem zakręciły w step. Wyjął dokładną mapę i przyjrzał się jej. Pojechał dalej drogą i po chwili skręcił w polną dróżkę, nieco już zarośniętą. Dotarł nią na szczyt niewysokiego pagórka. W dolinie była plantacja. A właściwie początek plantacji. Kilkunastu brudnych i obdartych narkomanów kopało motykami, przetwarzając step w kawałek ornego pola. Kilku wytyczało grządki na oczyszczonym już terenie. Kilku innych sadziło flance marihuany. Nad całością czuwało ośmiu dobrze zbudowanych byczków. Spostrzegli go w tej samej chwili, w której on zauważył ich. Zdążył się schylić, gdy kula z pistoletu roztrzaskała przednią szybę wozu. Wytoczył się na bok z pojazdu i wydobył z kieszeni krótkofalówkę.

– Mówi Biłyj, natknąłem się na gniazdo. Ośmiu, dziesięciu uzbrojonych. Mają terenową toyotę i półciężarówkę. Kwadrat osiemdziesiąty szósty. Przyślijcie posiłki.

– Przyjęte. – Rozległ się głos koordynatora.

Z dołu nadleciało jeszcze kilka kul. Zagrzechotały ponuro na karoserii. Powiał wiatr i cisnął mu prosto w twarz kawałek papieru, który wcześniej był przyklejony do szyby. Na kartce widniała tylko data. Jutrzejsza data. Miał się zgłosić na badania lekarskie. Kiedyś nie było tego problemu. Obecnie, w razie najlżejszej infekcji, pakowano ich natychmiast do kwarantanny, a już szczególnie starannie selekcjonowano wszystkich, którzy wjeżdżali do Strefy. Było to konieczne, obawiano się mutacji bakterii chorobotwórczych i wirusów. Ba, były nawet ku temu podstawy. Wiosną zmutowany wirus grypy zabił blisko dwieście osób w Kijowie.

Schował kartkę do kieszeni i sięgnął dłonią po mikrofon do megafonu na dachu auta.

– Uwaga, mówi inspektor Biłyj. Pojazd, do którego strzelacie, jest własnością rządu Ukrainy. Nie ważcie się niszczyć mienia państwowego!

Czasami lubił sobie przed robotą pożartować dla odprężenia. Wziął głęboki oddech. Spokojnie wyciągnął z bagażnika AKR i kilka granatów – spadek po niezwyciężonej armii radzieckiej. Wychylił się tylko tyci-tyci zza krawędzi skarpy.

– Może się dogadamy? – Dobiegło z dołu.

– Gówno – mruknął.

To przypominało zajęcia na strzelnicy. Po pierwszym strzale ludzie rozpierzchli się na wszystkie strony. Strzelał pojedynczo, jedenaście razy. Wszyscy. Zbiegł na dół, podszedł do półciężarówki i otworzył z rozmachem tylne drzwiczki. Siedział tu jeszcze jeden człowiek. Przez szybę musiał wszystko widzieć.

– Nie zabijaj – zaskomlał. – Mam żonę i dzieci.

– Ja też, świnio, miałem dzieci – powiedział Ihor.

Pociągnął za spust, a po chwili starł strzępek mózgu faceta z czoła. Nikt nigdy nie kwestionował jego metod działania. Władze nie miały już czasu działać w białych rękawiczkach. Nadchodził etap szwadronów śmierci. Mafia była jak rak. Gdy liczba bandytów w społeczeństwie przekroczy wartość krytyczną, mnożą się bez żadnego opamiętania. Walka szła na śmierć i życie. Zza wzgórz wyłonił się patrolowy helikopter. Odsiecz. Zaraz nadjechały jeszcze dwa samochody patrolowe. Z pierwszego wysiadł major Akimow. Popatrzył na jatkę w dolince i pokręcił głową.

– Biłyj, ile razy mam powtarzać, że druga wojna światowa już się skończyła, a trzecia jeszcze nie zaczęła?

– Melduję posłusznie, że AKR mi się zaciął i nie mogłem przestać strzelać. – Ihor zrobił minę niewiniątka.

– Zaczynam mieć już dosyć podpisywania waszych raportów. Natknięcie się na uzbrojoną bandę – przywołanie do porządku, kroki zaczepne ze strony bandy – obrona konieczna mienia państwowego, w trakcie obrony zablokowanie się karabinu i konieczność strzelania aż do wyczerpania amunicji. Opanuj się trochę, człowieku. To nie są przedmieścia Kabulu, tylko strefa ochronna wokół elektrowni jądrowej w Czarnobylu.

– Widocznie zmyliło mnie ich uzbrojenie. Jeśli pozwolicie, to już pojadę. Jestem umówiony z Siergiejem Karpowem. A jeszcze mam jakąś dziwną plamę na zdjęciach lotniczych z ubiegłego tygodnia. Chcę to sprawdzić.

– Dobra. Proszę jechać. Wezwanie na rozprawę tych, którzy przeżyli, przyślemy gdzieś w przyszłym miesiącu.

Wzrok dowódcy daremnie szukał na pobojowisku oznak życia. Nie przeżył nikt.

Ihor wdrapał się na skarpę i wsiadł do samochodu. Popatrzył na zegarek. Teraz zostało mu już naprawdę niewiele czasu. Pojechał do elektrowni najkrótszą drogą. Profesor czekał na niego koło bramy zakładu na niewielkim parkingu w swojej ciężarówce-laboratorium.

Biłyj uśmiechnął się do niego i uczony odwzajemnił uśmiech. Budził zaufanie na pierwszy rzut oka. Wysoki, jasnowłosy, o pociągłej twarzy, arystokratycznych rysach.

– Witam, profesorze – powiedział Biłyj. – Mam dla pana podarunek od braci Bataszewów.

– To miło z ich strony. Zapraszam. – Karpow wskazał tył samochodu.

Wsiedli. Na dość niewielkiej przestrzeni urządzone było niezłe laboratorium. Trójwymiarowy mikroskop elektronowy, szereg urządzeń o nieznanym Biłyjowi zastosowaniu, dwie potężne zamrażarki, a nawet mały stół sekcyjny i skalpel ultradźwiękowy. W kącie pomieszczenia królował komputer z dużym monitorem o wysokiej rozdzielczości. Ihor postawił wiadro koło stołu. Zdziwił się lekko. Na blacie, oprócz innych książek, leżał elementarz.

– Ma pan ochotę na coś do picia? – zapytał profesor, krzątając się po swoim gospodarstwie.

– Herbaty, jeśli można prosić.

Po chwili siedział wygodnie i popijał, a profesor tymczasem przeglądał zawartość kubła. Najpierw wyciągnął coś podobnego do kamienia.

– Żółw stepowy, na oko sądząc, tegoroczny – powiedział. – Ciekawa anomalia, nogi dwa razy dłuższe niż być powinny i znacznie większe oczy. Może szkoda, że go złapali.

– Dlaczego? – zdziwił się Biłyj.

– Chyba miał szansę na lepsze przystosowanie się do warunków stepowych. Dłuższe nogi zapewniłyby mu szybsze, wygodniejsze poruszanie się w trawie, zaś duże oczy wskazują według mnie na nocny tryb życia.

Umieścił zwierzę w foliowej torebce i włożył ją do zamrażarki. Następnie wyciągnął kolejne paskudztwo.

– Hm, wygląda na bociana.

Ihor oderwał wzrok od szklanki i zerknął na wskazywany eksponat. Młody bocian, zamiast piórami, pokryty był czymś w rodzaju kolców, zaś w dziobie miał kilka krzywych zębów.

– Wychodzą cechy atawistyczne. Punkt dla mnie. – Uśmiechnął się profesor.

– Nie rozumiem.

– Widzi pan, Archaeopteryx, przodek naszych ptaków, miał zęby w dziobie. Później zanikły, ale widocznie informacja o nich zapisana jest gdzieś w genach nieaktywnych i teraz losowe ich łączenie pozwoliło na wypłynięcie. Czasami rodzą się dzieciaki z ogonami.

– Ostatnio nie tylko z ogonami – uzupełnił ponuro inspektor. – Co z tego będzie, profesorze?

– W jakim sensie?

– Zmutowane zwierzęta, zmutowane dzieci… Dokąd zajdziemy? Co będzie za dziesięć lat?