– Owen to porządny facet. I jeszcze porządniejszy patolog.
– A to o tych bakteriach… to prawda? Uśmiechnęłam się do niej.
– Świadkowi nie wolno zmyślać. To by było krzywoprzysięstwo.
– Wiesz co, mnie się wydaje, że wystarczy ci to jedno zeznanie i masz wygraną w kieszeni.
Zerknęłam jeszcze raz w lusterko, próbując przyciągnąć spojrzenie Katie.
– Słyszałaś? – zapytałam znaczącym tonem.
Zacisnęła wargi – i to był jedyny znak, że w ogóle słucha, co się mówi. Dalej siedziała z policzkiem przyciśniętym do szyby i wyglądała przez okno.
Nagle otworzyła drzwi. Leda, widząc, co się dzieje, gwałtownie zjechała na pobocze i zahamowała z piskiem opon.
– No nie, proszę cię! – zawołała. – Katie, kotku drogi, tego nie wolno robić, kiedy samochód jedzie!
– Przepraszam. Ciociu, pójdę dalej z Ellie na piechotę, dobrze?
– Przecież to jeszcze z pięć kilometrów drogi!
– Muszę się przewietrzyć. I porozmawiać z Ellie. – Po twarzy Katie przesunął się ulotny uśmiech. – Nic nam się nie stanie.
Leda spojrzała na mnie, czekając, czy się zgodzę. Na nogach miałam dziś czarne pantofle na płaskim obcasie; fakt, że nie były to szpilki, ale na piesze wędrówki wkładam raczej inne obuwie. Tymczasem Katie zdążyła już wysiąść i czekała na mnie na zewnątrz.
– No dobrze, niech będzie – burknęłam, rzucając na siedzenie swój neseser. – Podrzucisz to do nas? Możesz zostawić w skrzynce na listy.
Odprowadziłyśmy wzrokiem oddalający się samochód, a kiedy czerwone tylne światła zniknęły w oddali, odwróciłam się do Katie, zakładając ręce na piersi.
– O co chodzi?
Katie ruszyła przed siebie.
– Chciałam pobyć trochę sama.
– Nie zostawię cię samej…
– Sama z tobą. – Pobocze porastały wysokie krzewy paproci. Katie przystanęła, żeby zerwać jeden długi, poskręcany liść. – Z nimi nie mogę już wytrzymać. Wszyscy chcą mieć mnie po trochu dla siebie.
– To dlatego, że bardzo ich obchodzisz – powiedziałam, patrząc, jak Katie daje nura pod drutem otaczającym pastwisko pełne jałówek; takie druty, jak wiedziałam, były pod napięciem. – Hej! Przecież to czyjeś pole!
– Starego Johna Lappa. Możemy pójść tędy na skróty, jemu to nie przeszkadza.
Ruszyłam za nią, lawirując pomiędzy krowimi plackami i przyglądając się, jak zwierzęta kołyszą ogonami i mrugają sennie na ludzi, którzy władowali się na ich teren. Katie pochyliła się, zrywając białe kulki dmuchawców i suche strąki trojeści.
– Powinnaś wyjść za Coopa – oznajmiła. Wybuchnęłam śmiechem.
– I dlatego chciałaś ze mną porozmawiać na osobności? Mam propozycję: na razie będziemy martwić się o ciebie, a moimi problemami zajmiemy się po procesie.
– Musisz to zrobić. Musisz i już.
– Katie, czy wyjdę za mąż czy nie, to i tak urodzę to dziecko. Żachnęła się.
– Nie o to chodzi.
– A o co?
– O to, że kiedy go już nie będzie – powiedziała cicho – to nigdy nie będziesz go mogła odzyskać.
A więc to ją tak gryzło. Myślała o Adamie. Przez jakiś czas szłyśmy w milczeniu, aż pastwisko się skończyło i znów trzeba było prześlizgnąć się pod drutem elektrycznego pastucha.
– Będziesz mogła jeszcze ułożyć sobie wspólne życie z Adamem. Twoi rodzice to już nie są ci sami ludzie co sześć lat temu, kiedy Jacob odszedł z domu. Wszystko może się zmienić.
– Nic się nie zmieni – powiedziała Katie i urwała z wahaniem, szukając słów wyjaśnienia. – Kiedy kogoś kochasz, to jeszcze nie znaczy, że Bóg ma w swoich planach, żebyście byli razem. – Zatrzymałyśmy się znienacka i w tym momencie zauważyłam dwie rzeczy: po pierwsze, że Katie przyprowadziła mnie na ten niewielki cmentarz amiszów, który miałam już okazję poznać, a po drugie, że jej gorące emocje w żaden sposób nie dotyczą Adama.
Wzrok miała utkwiony w maleńkim, obłupanym kamieniu nagrobnym, pod którym spoczywało jej dziecko, a dłonie kurczowo zaciśnięte na słupkach niskiego parkanu.
– Wszyscy ludzie, których kocham – szepnęła. – Zawsze coś mi ich odbiera.
Rozpłakała się bezgłośnie, obejmując się ramionami wpół, a potem zgarbiła się i zaczęła zawodzić. Odkąd ją poznałam, ani razu jeszcze nie słyszałam z jej ust takich dźwięków: ani wtedy, gdy oskarżono ją o morderstwo, ani na pogrzebie jej dziecka, ani kiedy wspólnota odsunęła ją od siebie.
– Przepraszam – załkała. – Przepraszam.
– Nie musisz przepraszać, Katie. – Delikatnie dotknęłam jej ramienia, a ona rzuciła mi się w objęcia.
Stałyśmy tam, na tej cmentarnej ścieżce, kołysząc się w przód i tył, splecione uściskiem. Gładziłam ją po plecach, próbując pocieszyć, uspokoić. Dzikie rośliny, które Katie zebrała po drodze, leżały rozrzucone wokół naszych stóp niczym ofiara.
– Przepraszam – powtórzyła Katie, a głos uwiązł jej w gardle. – Ja nie chciałam.
Przeszedł mnie nagły zimny dreszcz, ścinając krew w żyłach, zatrzymując dłonie wędrujące po jej plecach.
– Czego nie chciałaś? Katie uniosła głowę.
– Nie chciałam go zabić.
Rozdział siedemnasty
Kiedy Katie dobiegła na podwórze, ściskając się za kłuty kolką bok, mężczyźni zaczęli już wieczorny udój. Usłyszawszy, że w oborze coś się dzieje, skierowała się w stronę, skąd dochodziły dźwięki. Przez szerokie drzwi dostrzegła, jak Levi popycha przed sobą taczkę, a Samuel pochyla się, żeby nałożyć krowom na wymiona końcówki przewodów od dojarki. Lekkie szarpnięcie, cichy mlask – i rurki wypełniły się białym płynem, zlewając go do blaszanki.
Katie zakryła usta dłonią i popędziła za węgieł obory. Tam upadła na kolana i zaczęła wymiotować, dopóki miała czym.
Dobiegło ją wołanie Ellie, kuśtykającej po podjeździe. Adwokatka nie mogła nadążyć za Katie, a dziewczyna bezlitośnie wykorzystała swoją przewagę i po prostu jej uciekła.
Przemknęła się pod ścianą obory i pognała na nierówne, wyboiste rżysko. Nie można tam już było szukać kryjówki, ale uciec przed Ellie – jak najbardziej. Zebrała w dłonie spódnicę i pomknęła nad staw, gdzie schowała się za wielkim dębem.
Wyciągnęła przed siebie dłoń, przyglądając się uważnie palcom i nadgarstkowi. I gdzie teraz one są, te bakterie? Zostało ich w niej chociaż trochę, czy wszystkie oddała swojemu dziecku?
Zamknęła oczy, przed którymi ukazał się jej nowo narodzony syn; leżał na sianie pomiędzy jej udami i płakał na całe gardło. Od razu wiedziała, że coś jest nie tak, jak powinno być. Nie chciała powiedzieć sobie tego głośno, ale przecież widziała, widziała, jak cała jego pierś i brzuszek pracują z wielkim wysiłkiem nad każdym wdechem.
Ale nie mogła nic na to poradzić, tak samo jak nie mogła uratować Hannah pogrążającej się pod lodem, ani Jacoba wypędzonego z domu, ani Adama wyruszającego w podróż.
Katie uniosła głowę i spojrzała w niebo, porysowane ostrym konturem nagich gałęzi dębu. I zrozumiała. Zrozumiała, że tym ciągłym tragediom w jej życiu kres położyć może tylko wyznanie winy.
Ellie broniła już ludzi ewidentnie winnych, miała nawet kilku takich klientów, którzy kłamali w żywe oczy, a jednak nie potrafiła sobie przypomnieć, aby kiedyś czuła, że ktoś ją zdradził, dotknął do żywego. Gotując się z wściekłości, szybkim krokiem przecięła podwórze, zła na Katie za to, że tak ją oszukała, na Ledę, że wysadziła je pięć kilometrów od domu, na siebie, że w obecnym opłakanym stanie nie może biegać i dostaje zadyszki po kilku metrach.