Выбрать главу

Katie zaczerwieniła się.

– Kiedy odbywa się spotkanie kościoła w sprawach dyscypliny, oskarżony członek wspólnoty także otrzymuje głos i może opowiedzieć swoją wersję wydarzeń.

– W porządku. A kto mu uwierzy? – Ellie wzruszyła ramionami. – To właśnie jest zadanie dla obrońcy. To on przekonuje ławę przysięgłych, że klient wcale nie musi być winny zarzucanego mu przestępstwa.

– A jeśli jednak jest winny?

– To i tak zostaje uniewinniony. Takie rzeczy też się czasem zdarzają.

Katie otworzyła szeroko usta ze zdziwienia.

– Przecież to kłamstwo.

– Nie. Tak wygląda praca rzecznika prasowego. Na czyny zarzucane oskarżonemu można patrzeć pod różnym kątem. Terminu „kłamstwo” używa się tylko wtedy, gdy to klient powie nieprawdę. A adwokaci… Nam wolno usprawiedliwiać klienta w dowolny sposób.

– Czyli, że… potrafiłabyś skłamać w mojej obronie? Ellie spojrzała jej w oczy.

– A będę musiała?

– Wszystko, co ci powiedziałam, to prawda. Ellie usiadła po turecku na trawie.

– W takim razie chciałabym wiedzieć, czego mi jeszcze nie powiedziałaś.

Z ziemi poderwał się wróbel, rzucając przelotny cień na twarz Katie.

– My, prości ludzie, nie kłamiemy – powiedziała dziewczyna chłodno. – Kłamstwo sprawia, że stanąwszy przed zgromadzeniem, nie umiemy się bronić. Dlatego w naszym świecie nie ma miejsca dla adwokatów.

Ku własnemu zdziwieniu Ellie roześmiała się głośno.

– Mnie to mówisz? Nigdy w życiu nie czułam się bardziej nie na miejscu niż u was. Pasuję tutaj jak wół do karety.

Katie przesunęła wzrokiem po sylwetce adwokatki, tenisówkach i letniej sukience, kończąc na niewielkich, rozkołysanych kolczykach. Wszystko w niej tchnęło skrępowaniem – nie chciała nawet usiąść wygodnie i wyciągnąć nóg na trawie, jakby się bała, że twarde źdźbła podrapią jej łydki. W przeciwieństwie do stonki turystycznej, której całe chmary przetaczały się przez okręg Lancaster, przygnane nadzieją rzucenia okiem, choćby przelotnie, na amiszów, Ellie nigdy nie marzyła o tej przygodzie. Zgodziła się zrobić cioci Ledzie przysługę, która nagle w mgnieniu oka zmieniła się w poważne zobowiązanie.

Katie rozumiała dobrze, co czuje Ellie. Pamiętała swoje wizyty u Jacoba, kiedy to nowoczesny strój nigdy nie zdołał jej zmienić w zwykłą nastolatkę. We własnych oczach Ellie mogła uchodzić za orędowniczkę indywidualizmu, ale tak zwane bycie sobą w kulturze, gdzie cała reszta innych Englischers ze wszystkich sił dąży do tego, aby być sobą, różni się przecież zasadniczo od tego samego bycia sobą realizowanego w kulturze, gdzie wszyscy usiłują być tacy sami.

W świecie pełnym ludzi człowiek może czuć się ogromnie samotny.

– Wiem, jak można temu zaradzić – powiedziała głośno Katie. Uśmiechając się szeroko, wstała i nabrawszy w dłonie wody ze stawu, chlapnęła nią na Ellie.

Adwokatka podskoczyła, parskając jak kot.

– Dlaczego to zrobiłaś?

– Wasser. – Katie chlapnęła na nią jeszcze raz. Ellie zasłoniła się rękami.

– Wase? Aha, wasze! Ale zaraz – nasze? Co nasze?

– Nie „wase”. Wasser. To po naszemu „woda”.

Ellie pojęła w lot, o co chodzi. Przyjęła ten mały dar i pozwoliła mu zapuścić korzenie.

– Wasser – powtórzyła, a potem pokazała palcem pole. – Tytoń? – zapytała.

– Duvach. – Katie rozpromieniła się, słysząc, jak Ellie powtarza nowe słowo. – Gut! Die Koo – powiedziała, wskazując gestem pasącą się nieopodal czarno – białą holenderkę.

– Die Koo.

Katie wyciągnęła do Ellie rękę.

– Wie bist du heit. Jak się masz?

Ellie powoli poszła w jej ślady, zaglądając głęboko w oczy Katie, po raz pierwszy od momentu, kiedy przyjechała do sądu. Beztroskie słoneczne popołudnie, niefrasobliwa lekcja Dietsch, języka amiszów – nagle gdzieś się ulotniły; pozostały tylko one, dwie kobiety połączone uściskiem dłoni, odurzone graniem świerszczy, świadome tego, że zaczynają wszystko od początku.

– Ich bin die Katie Fisher - odezwała się Katie cichym głosem.

– Ich bin die Ellie Hathaway - odpowiedziała Ellie. – Wie bist du heit.

– Pójdę kupić popcorn, zanim film się zacznie – powiedział Jacob, wstając z fotela. Katie zaczęła szperać po kieszeniach, szukając pieniędzy, które Mam zawsze przesyłała synowi za jej pośrednictwem, ale on tylko potrząsnął głową. – Ja stawiam. Adam, miej na nią oko.

Katie zgarbiła się w fotelu, zła, że uważa się ją za dziecko.

– Mam siedemnaście lat. Czego on się boi? Że mu ucieknę? Adam, siedzący obok niej, uśmiechnął się.

– Prędzej tego, żeby ktoś mu nie ukradł jego ślicznej siostrzyczki. Katie zaczerwieniła się aż po same włosy.

– Nie wydaje mi się – skwitowała. Przywykła raczej do tego, że chwali się ją za dobrze wykonaną pracę, a nie za urodę. No i czuła się niezręcznie, siedząc tak sama z Adamem, którego Jacob zaprosił, żeby wybrał się razem z nimi do kina.

Nie nosiła zegarka, więc nie wiedziała, ile czasu jeszcze zostało do początku seansu. Była w kinie po raz czwarty w życiu. Film miał być o miłości – śmieszny pomysł, opowiadać o miłości w dwie godziny! Miłość to nie jest przecież ta jedna chwila, kiedy dziewczyna patrzy chłopcu w oczy i czuje, że ziemia usuwa jej się spod nóg, a w jego duszy dostrzega to wszystko, za czym tęskni jej własna. Miłość przychodzi powoli, nigdy nie myląc drogi, a składają się na nią, w równych proporcjach, szacunek i wzajemne wsparcie. Dziewczyna z rodziny prostych ludzi nie przeżywa „zakochania” – ona nagle dostrzega, że uwikłała się w miłość. Córka prostych ludzi wie, że kocha, kiedy po dziesięciu latach widzi przy sobie wciąż tego samego chłopca, stojącego u jej boku i obejmującego ją w talii.

Głos Adama wyrwał ją z zamyślenia.

– Mieszkasz w Lancaster? – zapytał uprzejmie.

– Tak, w Paradise. Właściwie na samym skraju.

– Na progu raju – uśmiechnął się Adam, a oczy mu zabłysły. – To brzmi jakoś tak, jakby człowiek zaraz miał stamtąd zlecieć.

Katie przygryzła wargę. Nie mogła zrozumieć tych jego żartów. Postanowiła zmienić temat i zapytała go, w jakiej dziedzinie robił doktorat.

Może z literatury, z której dyplom uzyskał Jacob?

– Prawdę mówiąc, nie – odparł Adam. Czy to możliwe, że dostrzegła na jego twarzy ślad rumieńca? – Zajmuję się naukami paranormalnymi.

– Co to są nauki para…

– Duchy. Prowadzę badania nad duchami.

Gdyby rozebrał się w tej chwili do naga, nie udałoby mu się wprawić jej w większe osłupienie.

– Badania? Nad duchami?

– Obserwuję je. Piszę o nich. – Adam potrząsnął głową. – Nie musisz nic mówić. Na pewno nie wierzysz w duchy, jak zresztą większa część tego wolnego świata. Kiedy opowiadam ludziom, z czego mam doktorat, to sobie wyobrażają, że kończyłem pewnie jakiś kurs korespondencyjny, z przedmiotem dodatkowym w stylu na przykład budowy i konserwacji klimatyzatora. A tymczasem nie. To jest uczciwy stopień naukowy. Na początku studiowałem fizykę. Pracowałem nad teoriami dotyczącymi energii. Pomyśl tylko – energii nie można zniszczyć, unicestwić. Można ją wyłącznie przetworzyć, nadać jej inną formę. Co się zatem dzieje z energią człowieka po jego śmierci?

Katie spojrzała na niego, mrugając oczami.

– Nie wiem.

– Otóż to. Ta energia musi się gdzieś podziać. To, co człowiek widzi jako ducha, jest śladem energetycznym.