Выбрать главу

Nie wiem, skąd wziął się niepokój, który zaczął mnie lekko dręczyć na myśl o tym, że przeze mnie na farmie Fisherów pojawi się elektryczność. Czułam się tak, jakbym była Ewą, z jabłkiem w dłoni i zachęcającym uśmiechem na ustach. I dlaczego? Przecież, na miłość boską, Katie nie zacznie się wymykać do obory, żeby katować Nintendo. Inwertor miał pracować tylko dla mnie i dla mojego Thinkpada – poza tym będzie stał i się kurzył. Mimo to po rozmowie z biskupem jakoś nie chciało mi się wracać do domu. Wyszłam z obory i ruszyłam przed siebie, nie patrząc, dokąd idę.

Dopiero kiedy usłyszałam głos Katie, dotarło do mnie, że zawędrowałam nad staw. Zobaczyłam ją siedzącą nad samym brzegiem, prawie schowaną w kępie wysokich pałek wodnych; bose stopy trzymała zanurzone w wodzie.

– Uważaj, patrzę – powiedziała, wpatrując się w miejsce na samym środku stawu, gdzie nie było widać absolutnie niczego. Uśmiechnęła się, klaszcząc w dłonie – jednoosobowa widowniawłasnego spektaklu jednego aktora.

No dobrze, może i była niespełna rozumu.

– Katie – odezwałam się cicho.

Wystraszyła się i skoczyła na równe nogi, ochlapując mnie wodą.

– Przepraszam! – zawołała.

– W taki upał przyda się ochłoda. – Usiadłam na brzegu stawu. – Do kogo mówiłaś?

Jej policzki zapłonęły rumieńcem.

– Do nikogo. Do siebie.

– Znowu rozmawiałaś z siostrą? Katie westchnęła, a potem skinęła głową.

– Ona tu jeździ na łyżwach.

– Na łyżwach – powtórzyłam z kamienną twarzą.

– Ja, mniej więcej piętnaście centymetrów nad wodą.

– Rozumiem. A brak lodu jej nie przeszkadza?

– Nie. Ona nie wie, że jest lato. Robi to samo, co robiła przed śmiercią. – Jej głos zniżył się do szeptu: – I do tego chyba w ogóle mnie nie słyszy.

Przyglądałam jej się przez dłuższą chwilę. Spod lekko przekrzywionego czepka wymykało się kilka nieposłusznych kosmyków, kręcąc się w loczki dookoła uszu. Kolana miała podciągnięte pod brodę i oplatała je luźno ramionami. Nie było po niej znać ani wzburzonych emocji, ani dezorientacji. Patrzyła spokojnie przed siebie, tam, gdzie rzekomo widziała swoją siostrę.

Zerwałam pałkę wodną i skręciłam łodygę w palcach.

– Jednego nie potrafię zrozumieć: w jaki sposób możesz wierzyć w coś, czego nawet nie widać, a jednocześnie kategorycznie odmawiać przyjęcia do wiadomości faktów, które inne osoby – lekarze, koroner, Boże jedyny, nawet twoi rodzice – uznają za dowiedzione ponad wszelką wątpliwość. Katie uniosła twarz.

– Ale przecież ja widzę Hannah, wyraźnie jak na dłoni. Na szyi ma szal i jest w zielonej sukience, a przy butach ma łyżwy, które dostała po mnie. A tamtego dziecka nie widziałam ani razu, dopóki nie znaleźli go w oborze, martwego, zawiniętego w koszulę. – Spojrzała na mnie, marszcząc brwi. – W co ty byś uwierzyła na moim miejscu?

Zanim zdążyłam jej odpowiedzieć, obok nas nagle zjawił się Ephram Stoltzfus w towarzystwie diakona.

– Pani Hathaway – powiedział biskup – Lucas i ja musimy te raz porozmawiać z naszą młodszą siostrą.

Chociaż Katie siedziała niezbyt blisko, poczułam, jak zaczyna drżeć na całym ciele. W moje nozdrza uderzył ostry zapach jej strachu. Nawet gdy oskarżano ją o morderstwo, nie widziałam, żeby miała drgawki i to aż tak silne. Po omacku zanurzyła rękę w splątanych trzcinach; poczułam, jak jej dłoń wsuwa się pod moją.

– Chciałabym, żeby mój adwokat był przy tym obecny – powiedziała głosem cichym jak szept.

Biskup spojrzał na nią, zaskoczony.

– A po co, Katie?

Dziewczyna nie miała siły nawet unieść oczu na starszego człowieka.

– Proszę – wymamrotała, przełykając z trudem ślinę. Mężczyźni spojrzeli po sobie, a biskup skinął głową. Rozdygotana, uległa istota siedząca obok mnie w niczym nie przypominała tej dziewczyny, która zaledwie chwilę wcześniej mówiła mi prosto w oczy, że to, co jedna osoba potrafi dostrzec, dla innej nie musi wcale być tak samo wyraźne. Była za to uderzająco podobna do tego dziecka, które zobaczyłam po wejściu na salę rozpraw. To dziecko, zamiast zebrać się w sobie i bronić, zamierzało pozwolić, aby wymiar sprawiedliwości przetoczył się po nim niczym walec drogowy.

– Jest tak – zaczął biskup z zażenowaną miną. – Wiemy, że sprawa już jest trudna, a z czasem wszystko zagmatwa się jeszcze bardziej. Ale faktem jest, że przyszło na świat dziecko, a ty, Katie, nie masz męża… Słowem, musisz stawić się w kościele i naprawić swoje winy.

Ledwo zauważalnie, Katie skinęła głową. Mężczyźni pożegnali się ze mną i zawrócili w stronę domu ścieżką biegnącą przez pole. Upłynęło dobrych trzydzieści sekund, zanim Katie zdołała się opanować, a kiedy już było po wszystkim, uniosła ku mnie twarz bladą jak księżyc w nowiu.

– O co im chodziło? – zapytałam.

– Mam przyznać się do grzechu.

– Jakiego grzechu?

– Nieślubne dziecko. – Wstała i ruszyła przed siebie, a ja szybko podążyłam za nią.

– I co zrobisz?

– Przyznam się – padła cicha odpowiedź. – A mam inne wyjście? Zaskoczyła mnie. Zastąpiłam jej drogę.

– Mogłabyś na przykład powiedzieć im to, co mnie. Że nie urodziłaś żadnego dziecka.

Oczy Katie napełniły się łzami.

– Nie mogę im tego powiedzieć. Nie mogę.

– Dlaczego?

Potrząsnęła głową, a jej mokre policzki zalśniły. Zerwała się do biegu, niknąc w falującym morzu kukurydzy.

– Dlaczego? – krzyknęłam za nią. Frustracja osadziła mnie w miejscu, jakbym wrosła korzeniami w ziemię.

Mężczyźni, którzy przywieźli dla mnie inwertor, ustawili go w oborze i podłączyli do agregatu stojącego obok zagrody dla cielnych krów, dzięki czemu przy pracy mogłam cieszyć oczy malowniczym widokiem taśmy policyjnej, ponieważ miejsce przestępstwa wciąż jeszcze było zapieczętowane. Gdyby zabrakło mi inspiracji do wymyślania strategii obrony dla Katie, miałam oto pod ręką gotowe źródło natchnienia. Kilka minut po godzinie czwartej po południu zaniosłam do obory akta razem z laptopem i zabrałam się do wykonywania zawodu prawnika.

Levi, Samuel oraz Aaron pracowali przy udoju. Młodszy chłopak z rezygnacją wykonywał najbardziej niewdzięczne zadania w oborze amiszów, czyli wybierał łopatą nawóz i sypał ziarno, tymczasem starsi mężczyźni przecierali krowom dójki kartkami z książki telefonicznej, a następnie zakładali na nie – jedną na dwie dójki – końcówki próżniowych dojarek zasilanych przez ten sam agregat, który, choć nie bezpośrednio, dostarczał energii także mojemu komputerowi. Od czasu do czasu Aaron wynosił pełną bańkę mleka do mleczarni i z pluskiem wylewał biały płyn do mieszarki.

Obserwowałam ich przez chwilę, zafascynowana zwinnością ich ruchów, czułością, z jaką poklepywali krowy po bokach albo drapali je za uszami. Uśmiechnęłam się i podłączyłam laptopa do prądu, odmówiwszy w duchu szybką, żarliwą modlitwę w intencji tego, aby jakiś skok napięcia nie wykasował mi wszystkiego, co mam na twardym dysku, po czym uruchomiłam komputer.

Ekran ożył feerią kolorów, usiany ikonami i podkreślony paskiem narzędzi. Po chwili włączył się mój wygaszacz – komputerowa grafika przedstawiająca rekiny na dnie oceanu. Sięgnęłam po pierwszą szarą aktówkę z zestawu przysłanego przez prokuratora i rozłożyłam ją wprost na sianie. Przeglądając zgromadzone tam dokumenty, zaczęłam układać w myśli treść wniosku o dopuszczenie dowodu z opinii biegłego.

Kiedy uniosłam wzrok znad pracy, zobaczyłam Leviego, który stał po drugiej stronie obory i gapił się na mój monitor, wsparty na zapomnianej chwilowo łopacie. Oprzytomniał dopiero wtedy, gdy dostał w ucho od Samuela, ale kiedy Samuel z kolei spojrzał na ekran, oczy otworzyły mu się szeroko na widok żywych kolorów i tych rekinów, które też wyglądały jak żywe. Widziałam, jak drgnęła mu ręka, jakby chciał dotknąć, sprawdzić, czy to jest prawdziwe i musiał się siłą powstrzymać.