– To grzech – powiedziała ostro Katie.
– Tak? A może on tylko chciał wrócić do niej, do Edye? – Adam uśmiechnął się lekko. – Ja w każdym razie chętnie zobaczyłbym ten apartament, żeby sprawdzić, czy go nie nawiedza. – Uniósł wieczko płaskiej skrzynki. – Co do Edye, istnieją zeznania ponad dwudziestu świadków, którzy widzieli ją, tutaj, w tym miejscu. Chodziła w wodzie przy brzegu i wołała Johna po imieniu.
Wyjął ze skrzynki dwa zgięte pręty w kształcie litery L i zakręcił nimi w dłoniach, jakby mierzył do celu. Katie przyglądała mu się, a oczy miała okrągłe jak spodki.
– Do czego ci to?
– Będę łapał duchy. – Uśmiechnął się, widząc jej wstrząśniętą minę. – Wy nigdy nie używacie różdżek? Pewnie nie… Ludzie bawią się nimi w szukanie wody, czasem nawet złota, ale są one też czułe na energię. Kiedy coś wychwycą, nie wyginają się do dołu, tylko zaczynają drżeć.
Ruszył dookoła betonowego filaru, poruszając się tak bezszelestnie, że woda, w której brodził, ledwie zaszeptała, rozgarniana jego łydkami. Dłonie zacisnął na uchwytach różdżki, głowę pochylił w skupieniu.
Katie nie umiała sobie wyobrazić swoich rodziców w rolach Johna i Edye Fitzgeraldów, ludzi, których miłość sięgnęła wszelkich skrajności. Nie; kiedy współmałżonek umiera, a śmierć to przecież naturalna kolej rzeczy, wdowa lub też wdowiec dalej robią swoje. Kiedy poszperała w pamięci, stwierdziła, że nie widziała ani razu, żeby Dat całował Mam, choćby nawet od niechcenia, w przelocie. Pamiętała jednak dobrze, jak przez cały dzień pogrzebu Hannah obejmował ręką jej ramiona, albo jak czasami po skończonym obiedzie uśmiechał się do niej tak promiennie, jakby właśnie przychyliła mu nieba. Katie od najmłodszych lat uczono, że to wspólnie wyznawane wartości i proste życie cementują trwałość małżeństwa, namiętność zaś przychodzi później i jest rzeczą prywatną. Ale kto powiedział, że nie może ona przyjść wcześniej? Czy to przemożne westchnienie wyrywające się z piersi, ten ogień wybuchający głęboko w brzuchu, gdy ta jedyna osoba otrze się ramieniem o twoje ramię, dźwięk jej głosu ściśle oplatający twoje serce – czy żadna z tych rzeczy nie może połączyć mężczyzny i kobiety na wieczność?
Adam nagle znieruchomiał. Jego dłonie drżały lekko w rytm dygotania różdżki.
– Coś tutaj jest – oznajmił. Katie uśmiechnęła się lekko.
– Betonowy filar – podpowiedziała.
Po jego twarzy przemknął cień zawodu, ale tak szybko, że nie miała pewności, czy to nie była może tylko jej wyobraźnia. Ramiona różdżki szarpnęły się znów, mocniej. Adam cofnął się gwałtownie.
– Uważasz, że ja sobie to wszystko zmyślam?
– Wcale nie…
– Nie musisz kłamać. Masz to wypisane na twarzy.
– Nie rozumiesz… – zaczęła się tłumaczyć. Adam wcisnął jej w ręce różdżkę.
– Trzymaj – rzucił wyzywającym tonem. – Sama to poczuj. Katie zacisnęła dłonie na rozgrzanych uchwytach, tam, gdzie przed chwilą spoczywały jego dłonie. Ostrożnie podeszła do miejsca, w którym przed chwilą stał.
Najpierw poczuła dreszcz biegnący wzdłuż kręgosłupa. A potem ogarnął ją niewysłowiony smutek, omotał niczym rybacka sieć. Różdżka zaszamotała się w jej dłoniach, jakby ktoś za nią ciągnął, chwytał się jej jak liny ratowniczej. Przygryzła dolną wargę, opierając się z całych sił i rozumiejąc, że ten trwożliwy niepokój, ta niewidoczna energia, ten ból – to właśnie jest duch.
Adam położył dłoń na ramieniu Katie, a ona wybuchnęła płaczem. To było dla niej za wiele – nie mogła znieść myśli, że to prawda, że umarli mogą wciąż przebywać tutaj, na ziemi, a to, że od lat widuje Hannah, nie jest wcale skutkiem choroby psychicznej. Poczuła, jak oplatają ją ramiona Adama; chciała się od niego odsunąć i bardzo się speszyła, gdy dotarło do niej, że wypłakuje mu się w koszulę.
– Cicho… – szepnął, jakby próbował uspokoić dzikie, nieufne zwierzę. – Nic się nie stało.
Ale to nie była prawda. Czy od Hannah emanowała ta sama rozpacz, którą Katie wyczuła u Edye Fitzgerald? Czy nadal, tak jak wtedy, wołała Katie na pomoc?
Wargi Adama, ciepłe, otarły się o jej ucho.
– Poczułaś ją – szepnął z podziwem, a ona przytaknęła, ocierając policzek o jego dłoń.
Znów poczuła drżenie, ale tym razem zrodziło się ono w niej samej. Jego oczy jaśniały błękitem, który można zobaczyć, kiedy człowiek kręci się w kółko na polu kukurydzy, a potem upadnie na plecy, a cały świat wiruje dokoła w pędzie zawrotów głowy. Czując, jak jej serce łomocze w piersi, a głowa kręci się jak dziecinny bączek, pomyślała o Edye i Johnie Fitzgeraldach. A gdyby ją ktoś tak pokochał, że przez całą wieczność powtarzałby tylko jej imię…
– Katie – szepnął Adam, pochylając głowę.
Wiedziała już, jak smakują pocałunki; suche, szorstkie cmoknięcia, po których w zasadzie powinny zostawać siniaki. Usta Adama łagodnie muskały jej wargi, aż skóra zaczęła mrowić, a gardło zacisnęło się boleśnie. Przywarła do niego całym ciałem. Smakował kawą i gumą miętową; trzymał ją w ramionach tak, jakby była krucha i mogła się potłuc.
Nagle odsunął się gwałtownie.
– O, Boże. – Cofnął się o krok. – O, mój Boże.
Katie założyła kosmyk włosów za ucho i zaczerwieniła się, spuszczając wzrok. Co ją opętało? Tak się nie zachowują dziewczyny z rodzin prostych ludzi. Chociaż z drugiej strony, przecież Katie wcale nie była teraz prostą dziewczyną. W tym ubraniu, które kupił jej Jacob, z włosami rozpuszczonymi na angielską modłę – czuła się zupełnie jak ktoś inny. Ktoś, kto może wierzyć w duchy. Ktoś, komu wolno wierzyć w miłość od pierwszego wejrzenia, w miłość, która trwa wiecznie.
W końcu zebrała się na odwagę i uniosła wzrok.
– Przepraszam – powiedziała.
Adam powoli potrząsnął głową. Kącik jego ust, tych pięknych ust, drgnął dziwnie. Wziął Katie za rękę i ucałował sam środek jej dłoni, składając w niej pocałunek niczym znak na pamiątkę, który można zabrać ze sobą, włożyć do kieszeni.
– Nie przepraszaj – szepnął, biorąc ją w ramiona po raz drugi.
Ellie wpadła do pokoju, w którym mieszkała razem z Katie, trzaskając za sobą drzwiami.
– Pojechała sobie?
Niespodziewane pytanie zatrzymało adwokatkę w pół kroku.
– Kto? – zdziwiła się.
– Policjantka. Ta, którą widzieliśmy na podwórku.
Boże jedyny, pomyślała Ellie, kompletnie zapomniałam, że Lizzie Munro grasuje na farmie.
– O ile wiem, przesłuchuje właśnie wasze krowy – warknęła. – A ty wstawaj, Katie Fisher. Mamy ze sobą do pogadania.
Wystraszona Katie usiadła na łóżku, opuszczając nogi na podłogę.
– Co się stało?
– Powiem ci, co się stało. Detektyw pracujący dla prokuratora zdobywa w tej chwili, na tej farmie, od twoich znajomych i krewnych, bardzo wartościowy towar, który nazywa się fakty. A ja co?
Siedzę tu kamieniem od tygodnia i nie mogę się doprosić od ciebie jednej szczerej odpowiedzi. – Katie otworzyła usta, ale Ellie uniosła dłoń, nie dając jej dojść do słowa. – Nie. Nawet nie próbuj mi powtórzyć, że już powiedziałaś mi prawdę. Wiesz, czego się dowiedziałam o tym dziecku, którego jakoby nie urodziłaś? Twój chłopak, Samuel, właśnie przed chwilą powiedział mi, że nie spałaś z nim, czyli pewnie poczęłaś je z kim innym.
Katie otworzyła oczy tak szeroko, że jej błękitne tęczówki wyglądały jak barwne kółka na białych spodkach.
– To nieprawda. Nie zrobiłabym tego przed ślubem.
– Oczywiście, że nieprawda – parsknęła Ellie sarkastycznie. – Znaczy się, dzieworództwo.