Выбрать главу

– Nie urodziłam…

– Nie urodziłaś żadnego dziecka! Nie spałaś z żadnym mężczyzną!

– krzyknęła Ellie, roztrzęsionym głosem. – Boże, Katie, jak ja mam cię bronić? – Stanęła nad dziewczyną, zalewając ją falami gorącego gniewu.

– Jeden chłopak chodzi załamany, bo się wydało, że nie jest twoim jedynym. Kiedy biskup daje ci do zrozumienia, że jego zdaniem odbyłaś stosunek seksualny, kiwasz tylko pokornie główką. Ale jak ja cię o coś pytam, to jakbym mówiła do ściany! Nie można od ciebie nic wyciągnąć! Jak ja mam pracować?

Katie aż się zachwiała, uderzona tą falą wściekłości. Skrzyżowała ramiona na brzuchu i odwróciła wzrok.

– Kocham Samuela. Naprawdę.

– I kogo jeszcze? Kogo… jeszcze?

– Nie wiem. – Rozpłakała się i zakryła dłońmi twarz, zaczepiając o swój kapp, który spadł na podłogę. – Nie wiem. Nie wiem, kto to był!

– Katie, na miłość boską, rozmawiamy o seksie z mężczyzną, a nie o tym, jakie płatki jadłaś tydzień temu na śniadanie. Takich rzeczy się zwykle nie zapomina!

Katie opadła na łóżko i zwinęła się w pozycję płodu. Zapłakana, zaczęła kołysać się w przód i w tył.

– Czego mi nie powiedziałaś? – dopytywała się Ellie. – Byłaś pijana?

– Nie.

– Na haju?

– Nie! – Katie schowała twarz w poduszkę. – Nie pamiętam, kto mnie dotykał!

Jej zawodzący szloch schwycił pierś Ellie niby kleszcze, zaciskając się tak mocno, że każdy oddech był ogromnym wysiłkiem. Adwokatka jęknęła na znak kapitulacji. Usiadła na łóżku i przygarnęła dziewczynę do siebie, gładząc ją po włosach i pocieszając szeptem.

Katie przylgnęła do niej jak dziecko, przerośnięte, dopiero raczkujące niemowlę, które przewróciło piłką wazon, nie zdając sobie nawet sprawy, że teraz cały świat uniesie się wielkim gniewem przeciwko niemu. Dziecko – duże, ale po dziecinnemu zagubione, potrzebujące, rozpaczliwie szukające wybaczenia.

W głowie Ellie zaczęło kiełkować straszliwe podejrzenie, od którego jej serce i oddech zajęły się nagłym ogniem wściekłego gniewu. Zdławiła go w sobie i kiedy uniosła podbródek Katie ku sobie, była już całkiem spokojna:

– Czy ktoś cię zgwałcił?

Katie wbiła w nią spojrzenie napuchniętych, rozlatanych oczu, a jej ciężkie powieki zaraz opadły.

– Nie pamiętam – szepnęła.

Po raz pierwszy od chwili kiedy poznała tę dziewczynę, Ellie uwierzyła w to, co od niej usłyszała.

– Chryste Panie. – Lizzie uniosła nogę, przyglądając się plackowi nawozu przyklejonemu do podeszwy. Powinni mi płacić ekstra za śledztwo w takich warunkach, pomyślała, a zresztą, jeśli o mnie chodzi, to Aaron Fisher może się powiesić, mam to w nosie. Westchnęła i ruszyła dalej przed siebie, przez pole. Dostrzegłszy ją, Fisher ściągnął lejce, zatrzymując zaprzęg mułów.

– Zgubiła się pani? – zapytał silnie akcentowaną angielszczyzną. – Do domu to tędy. – Wskazał główną drogę.

Lizzie błysnęła do niego zębami, zadając sobie w myślach pytanie, dlaczego zawsze musi jej się trafić taki oryginał jak amisz zgrywający kawalarza.

– Dziękuję serdecznie, ale już niczego nie szukam. Znalazłam.

To mu trochę zwarzyło humor. Podręczyła go przez chwilę niepewnością, wyobrażając sobie tymczasem, jakież to makabryczne zeznania można by od niego wyciągnąć podczas przesłuchania w sprawie o morderstwo.

– A cóż takiego pani znalazła, pani detektyw? – zapytał wreszcie.

– Pana. – Lizzie osłoniła oczy dłonią. – Ma pan może trochę czasu?

– Mam wiele czasu, który poświęcam w całości jednemu dążeniu. – Cmoknął na muły. Lizzie wytrwałym truchtem ruszyła w ślad za nim. Wreszcie farmer ponownie zatrzymał zaprzęg.

– Zechce mi pan wyjawić, cóż to za dążenie?

– Moja gospodarka – odparł. – Pani wybaczy, ale…

– Wydaje mi się, że mógłby pan poświęcić tych kilka sekund cennego czasu pracy, aby uratować córkę przed więzieniem, panie Fisher.

– Moja córka nie pójdzie do więzienia – odgryzł się zawziętym tonem.

– To nie zależy od pana.

Farmer zdjął kapelusz. Nagle wydał się Lizzie bardzo zmęczony i starszy, niż do tej pory sądziła.

– Od pani również nie. To Bóg ma tutaj decydujące słowo. Ufam Jego wyrokom i moja córka także. Do widzenia pani. – Potrząsnął lejcami i muły ruszyły równo w nogę, a pług z jękiem rozdarł ziemię.

Lizzie popatrzyła za nim.

– Szkoda tylko, że Bóg nie zasiądzie na ławie przysięgłych – mruknęła i ruszyła z powrotem. Farma była daleko.

Ellie starła ze stołu ostatnią ciemną smugę powstałą z rozsypanych przypraw do marynaty. W kuchni było gorąco jak w piecu – Boże, czegóż by teraz nie oddała za klimatyzator albo chociaż wentylatorek – ale obiecała Sarze, że posprząta po pracy, skoro przy samej pracy jej nie było, bo pocieszała Katie na górze.

Do jakich konkluzji należało dojść po tej ostatniej rozmowie? To, co do tej pory pozostawało tajemnicą, nareszcie zaczynało układać się w spójną całość, gładko jak zapadki w zamku u drzwi – wybiórcza amnezja Katie, uparte nieprzyznawanie się do ciąży i urodzenia dziecka, osłupienie Samuela podczas rozmowy z Ellie. Po raz pierwszy od przyjazdu na farmę adwokatka, na myśl o tym, że Katie zabiła noworodka, nie czuła odrazy, ale współczucie.

W swojej karierze obrońcy nieraz już pracowała z klientami, którzy popełnili ohydne przestępstwa, ale zawsze, jak zauważyła, instynktownie zaczynała wkładać w sprawę więcej energii, kiedy potrafiła zrozumieć, co ich sprowadziło na ścieżkę zbrodni. Kobieta, która zamordowała śpiącego męża, przestawała być sadystyczną oprawczynią, jeśli się wzięło pod uwagę, że ów znęcał się nad nią fizycznie przez trzydzieści lat. Gwałciciel ze swastyką wytatuowaną pomiędzy oczami nie budził aż tak wielkiej grozy, gdy człowiek potrafił dostrzec w nim chłopca maltretowanego przez ojczyma. A córka amiszów, która zabiła swojego nowo narodzonego syna? Jeśli nawet nie wybaczyć, to z całą pewnością można ją było zrozumieć, gdy się pomyślało, że została zgwałcona przez ojca dziecka.

Z drugiej strony ten argument stanowił dla Katie ostatni gwóźdź do trumny. Dostarczał idealnego motywu – łatwo pojąć, dlaczego młoda matka chce uśmiercić dziecko pochodzące z gwałtu. A to oznaczało, że Ellie mogła współczuć Katie, mogła chcieć załatwić dla niej psychiatrę, który pomógłby jej uporać się z tym ciężarem; bez względu na to wszystko nie wolno jej było jednak na sali rozpraw ani słowem wspomnieć o gwałcie.

Wyżęła myjkę nad zlewem, zastanawiając się, czy nastąpił przełom i czy teraz Katie zacznie się jej zwierzać. A może powinna wrócić na górę i czuwać przy niej, żeby nie była sama, kiedy się obudzi?

Słysząc za plecami dźwięk otwieranych drzwi, zakręciła kran i wytarła ręce w fałdzisty, suty fartuch pożyczony od Sary.

– Dobrze, że już jesteś – powiedziała, nie odwracając głowy.

– Szczerze przyznam, że jestem zdziwiona.

Ellie odwróciła się gwałtownie. Zamiast Sary w kuchni stała detektyw Lizzie Munro, okiem zawodowca mierząc ją od przetłuszczonych włosów aż po skraj fartucha.

Adwokatka wyprostowała się i skrzyżowała ramiona na piersi, usiłując przybrać tak władczą postawę, na ile to tylko było możliwe w takim stroju.

– Proszę zdjąć tę policyjną taśmę – powiedziała. – Ludzie tutaj chcą mieć normalne życie.

– To nie moja taśma. Proszę zadzwonić do stanówki.

– To już chyba lekka przesada, pani detektyw. Lizzie wzruszyła ramionami.

– Jeśli o mnie chodzi, to już dawno mogli ją sobie zdjąć. Mamy wszystko, czego nam potrzeba.