– Tak wam się wydaje.
– Tę sprawę przesądzą wyniki sądowej ekspertyzy medycznej, pani Hathaway. Nie da się zatuszować faktu, że w oborze znaleziono martwego noworodka.
– Mówi pani jak prokurator – parsknęła Ellie.
– Ryzyko zawodowe.
– Ciekawe. Skoro sprawa jest aż tak oczywista i z góry przesądzona, to po co pani przesłuchuje Fisherów?
– Nawet tutaj, na tej prowincji filadelfijskiej, ludzie wiedzą, że podczas śledztwa trzeba chronić własny tyłek.
Ellie zbliżyła się do niej o krok.
– Jeżeli sądzicie, że tutaj chodzi o to, że adwokatka z miasta chce utrzeć nosa prowincjonalnemu prokuratorowi, to może pani od razu powiedzieć George'owi, że…
– Może mu to pani sama powiedzieć. Nie jestem chłopcem na posyłki. – Lizzie spojrzała w stronę schodów. – Chciałabym zamienić słowo z Katie.
Ellie roześmiała się w głos.
– O, nie wątpię. A ja bym chciała szklaneczkę margarity i klimatyzację. – Wzruszyła ramionami. – Nie łudziła się pani chyba, że dopuszczę detektywa do swojej klientki. A George, jestem te go pewna, zrozumie, kiedy mu pani zamelduje, że nie udało się uzyskać zeznań od oskarżonej. Ani od jej ojca.
Oczy Lizzie się rozszerzyły.
– Skąd pani…
– Mieszkam na miejscu i ma to swoje plusy – uśmiechnęła się Ellie, zadowolona z siebie.
Policjantka ruszyła w stronę drzwi.
– Widzę, że to miejsce zaczyna na panią działać – zauważyła, wskazując ręką fartuch na jej biodrach. – Przepraszam, że przeszkodziłam w pracy… adwokatce z miasta.
Ellie patrzyła za nią, dopóki nie zniknęła za drzwiami. Potem zdjęła fartuch, zawiesiła go równo na oparciu krzesła i poszła na górę, do swojej klientki.
Levi wyciągnął szyję, rozejrzał się, sprawdzając jeszcze raz, czy Aaron i Samuel cały czas pracują daleko w polu. Pogładził otwartą dłonią obłą maskę samochodu Lizzie Munro, czerwoną niczym jabłka rosnące w sadzie jego cioci Friedy, gładką jak nurt wody przepływającej nad tamą na strumieniu Fisherów. Metal był ciepły w dotyku. Zamknąwszy oczy, Levi wyobraził sobie, że siedzi za kierownicą, dodaje gazu, mknie po szosie.
– Widziałeś kiedyś takie cudo?
Tak się wystraszył, że omal nie wyskoczył ze skóry. Odwrócił się, drżącymi wargami mamrocząc przeprosiny i zamarł, gapiąc się na tę samą panią policjantkę, która przyjechała, kiedy zgłosili, że w oborze leży nieżywe dziecko.
– To jest mustang rocznik 66, jeden z ostatnich przedstawicieli wymierającej rasy – pouczyła go, kładąc dłoń w tym samym miejscu co przed chwilą on, poklepując samochód, jakby to była żywa, czująca istota. Pomyślał, że u nich tak samo poklepuje się konie. – Dach się opuszcza. Chcesz rzucić okiem na silnik? – Włożyła rękę przez okno i przekręciła kluczyk w stacyjce, a maska nagle podskoczyła, zwolniona z blokady. Policjantka uniosła ją, odsłaniając pracujący mechanizm. – To jest silnik small – block V8, z trzybiegową ręczną skrzynią biegów. Ten wóz nie jeździ, tylko lata. – Uśmiechnęła się do chłopca. – Wyciągnąłeś kiedyś ponad sto sześćdziesiąt? – Levi zrobił wielkie oczy i pokręcił głową. – Jakby drogówka pytała, to ja też nie. – Mrugnęła do niego i znów sięgnęła przez okno. Maszyna momentalnie umilkła. W powietrzu rozeszła się delikatna woń spalin.
Policjantka uśmiechnęła się do Leviego.
– Wiem, że nie jesteś kierowcą. A czym się tutaj zajmujesz? Levi skinął głową w kierunku pól.
– Pracuję z Samuelem.
– ?
– To mój kuzyn. Uniosła brwi.
– Domyślam się, że w takim razie musisz też całkiem dobrze znać Katie.
– No… ja. Wszyscy wiedzieli, że niedługo mają się pobrać. Spotykają się już od roku.
– I dlaczego Samuel się jeszcze nie oświadczył? Levi wzruszył ramionami.
– Pierwsza rzecz: lato to nie ta pora. Sezon na śluby zaczyna się w listopadzie, po zbiorach. Ale zresztą najpierw Samuel musi coś poradzić, żeby przestała się z nim kłócić.
– Katie?
– Czasami Samuel strasznie się na nią gniewa. – Mając nadzieję, że policjantka nie zauważy, Levi ukradkiem wyciągnął rękę i jeszcze raz przesunął kciukiem po karoserii jej wozu.
– Może powinien zacząć spotykać się z kimś innym. I ona też – zastanowiła się głośno.
– Dla Samuela to jest jeszcze gorsze wyjście. On kręci się przy Katie od zawsze.
Skinęła poważnie głową.
– I chyba jej rodzice też już patrzą na Samuela jak na przyszłego zięcia.
– Pewnie.
– A czy bardzo by im było żal, gdyby Katie i Samuel zerwali ze sobą?
Levi zmrużył oczy.
– Zerwali ze sobą?
– Rozstali się. Znaleźli sobie innych partnerów. – Policjantka westchnęła. – Zaczęli spotykać się z innymi osobami.
– Hm, Sara liczy na to, że jesienią będzie wesele. A Aaron… Na pewno by żałował.
– Bardziej chyba jednak by się złościł. Sprawia wrażenie surowego tatusia.
– Nie zna go pani – powiedział Levi. – Nawet gdyby Katie nie wyszła za Samuela, to na pewno by jej nie wydziedziczył tak jak Jacoba.
– Jacoba – powtórzyła policjantka.
– Ja, no, wie pani. Brata Katie.
– Ach, oczywiście. Jacob. Jasne, jasne. – Uśmiechnęła się do Leviego, otworzyła drzwi i usiadła za kierownicą. Włączyła silnik i nacisnęła pedał gazu. Ku zdziwieniu chłopaka wyciągnęła do niego rękę na pożegnanie. – Młody człowieku – powiedziała – sprawiłeś mi nieoczekiwaną przyjemność. – Uścisnęli sobie dłonie, a potem Levi patrzył za oddalającym się z coraz większą szybkością mustangiem V8.
W środku nocy Katie poczuła, jak na jej ustach i nosie zaciska się czyjaś dłoń. Zaczęła rzucać się w pościeli, zapomniawszy chwilowo, gdzie się znajduje, aż wreszcie chwyciła dławiące ją palce i zatopiła w nich zęby. Dobiegło ją stłumione przekleństwo i dłoń zniknęła – a pojawiły się usta, miękkie, łakome, szukające jej ust.
W tym ułamku sekundy opadły z niej resztki snu i znalazła się w mieszkaniu Jacoba, na jego kanapie, otulona niczym kołdrą ramionami Adama, jego udami i całym ciałem. Po chwili odsunął się odrobinę, opierając czoło o czoło Katie.
– No wiesz co… – szepnął. – Tak mnie ugryźć… Uśmiechnęła się w ciemności.
– A ty to co? Tak mnie wystraszyć… – Pogładziła go po policzku, szorstkim od całodniowego zarostu. – Cieszę się, że zostałeś.
– Ja też. – W mroku błysnęły jego zęby.
Odłożył wyjazd do Nowego Orleanu jeszcze o tydzień. Katie wymyśliła zaś bardzo skomplikowaną historię, zgodnie z którą miała zostać na noc u Mary Esch – żeby tylko móc przyjechać do State College. Tym razem nawet jej mama nie wiedziała, że jest u Jacoba.
Adam wyrysował palcem ścieżkę wiodącą od jej gardła do obojczyka.
– Cały dzień myślałem tylko o tym. Zdajesz sobie sprawę, że twój brat między godziną czwartą a dziewiątą po południu nie wyszedł nawet do łazienki?
Katie zachichotała.
– Na pewno wychodził.
– Nie. Wiem, bo ostatni raz dotykałem cię strasznie dawno, zaraz po obiedzie. – Położył się na boku, z głową obok jej głowy, na jednej poduszce, tak blisko, że jego oddech wpadał do jej ust.
Wyciągnęła szyję, niedużo, tylko tyle, żeby móc go pocałować. To było dla niej coś nowego – że to ona może zrobić pierwszy krok. Wciąż bardzo się wstydziła całować go, zanim on sam zacznie. Ale pewnego razu, kiedy to zrobiła, Adam wziął ją za rękę i położył jej dłoń na swojej piersi, w której wyczuła szybkie kołatanie; to było jego serce. Zrobiło się jej dziwnie na myśl, że ma nad nim władzę.
Położył ją na plecach i pochylił się nad nią, a jego włosy opadły, mieszając się z jej własnymi. Myśli popłynęły jak rzeka, nie zatrzymywała ich; ręce wyciągnęły się, a dłonie chwyciły mocno. Czuła palce Adama muskające jej ramiona, ześlizgujące się po bokach.