A potem poczuła je pod koszulką, w której spała. Jego dotyk zaczął palić żywym ogniem. Otworzyła szeroko oczy i potrząsnęła głową.
– Adam – szepnęła, ciągnąc go za włosy. – Przestań! Nie wolno!
Jej serce waliło jak oszalałe, żołądek ze strachu zwinął się w twardą kulę. Chłopcy z rodzin prostych ludzi, a przynajmniej ci chłopcy, których znała, nie robili takich rzeczy. Pomyślała o Samuelu Stoltzfusie, o jego poważnych oczach i niespiesznym uśmiechu – o Samuelu, który w ostatnią niedzielę odwiózł ją do domu ze śpiewania i zarumienił się, kiedy podała mu rękę, żeby pomógł jej wysiąść z bryczki.
Adam zaczął mówić. Czuła drżenie jego warg na szyi, na samym gardle:
– Proszę cię, Katie. Pozwól mi tylko się zobaczyć, a potem zrobię, co zechcesz.
Była zbyt przerażona, żeby choćby drgnąć. Najpierw przyszło zawahanie, a potem uległość. Adam powoli, po troszeczku, podciągał jej koszulkę do góry, odsłaniając wklęsłość pępka, szczebelki żeber, a na końcu – różowe paciorki sutków.
– Widzisz? – szepnął. – Same krzywizny. Nie ma w tobie nic prostego.
Zsunął materiał z powrotem na miejsce i przygarnął ją do siebie.
– Drżysz – zauważył.
Katie przytuliła twarz do jego szyi.
– Ja… nigdy jeszcze tego nie robiłam.
Adam ucałował jej twardą, zgrubiałą dłoń; kiedy tak robił, czuła się jak pod najtroskliwszą opieką, jakby była księżniczką, a nie dziewczyną ze wsi. A potem usiadł na posłaniu, wyplątując się z jej ramion.
Katie zmarszczyła brwi, myśląc, że zrobiła coś nie tak, że czegoś było za mało.
– Dokąd idziesz?
– Obiecałem ci, że zrobię, co zechcesz, jeśli pozwolisz mi się zobaczyć. I domyślam się, czego teraz chcesz. Żebym już sobie poszedł.
Usiadła po turecku w pościeli i wyciągnęła do niego ręce.
– Chcę czegoś innego – powiedziała.
To był dla Samuela długi dzień, wypełniony po brzegi mozolną pracą na polu wraz z Aaronem. Przez całą drogę do domu jechał zapatrzony w grzbiet Srebrnego, który wlókł nogę za nogą; do jego świadomości nie docierała nawet paplanina Leviego. Rozmyślał o Katie, o tym, co zrobiła, co mogła zrobić – i nie mógł przestać. Marzył o ciepłej kolacji, a potem o gorącym prysznicu i słodkim zapomnieniu, które przynosi sen.
Dojechał do domu swoich rodziców, wyprzągł konia i zaprowadził go do stajni. Na podwórzu stała jeszcze jedna bryczka; pomyślał, że to chyba jego mama ma gości. Zgrzytając zębami na myśl o tym, że będzie musiał teraz popisywać się grzecznością, wtoczył się, tupiąc ciężko, na ganek. Tam przystanął na chwilę, żeby zebrać myśli przed wejściem do środka.
Omiótł wzrokiem główną szosę, przypatrując się samochodom, które przemykały z wielką szybkością, błyskając jasnymi reflektorami i hucząc silnikami. Nagle drzwi za nim otworzyły się i stanęła w nich jego matka. Obmywało ją miękkie, żółte światło wylewające się z wnętrza domu.
– Samuelu! Dlaczego tutaj stoisz? – Złapała go za rękę i pociągnęła do kuchni, gdzie przy stole siedzieli biskup Ephram i diakon Lucas z parującymi kubkami kawy w dłoniach. – Czekaliśmy na ciebie – złajała Samuela matka. – Czasami to mi się wydaje, że ty chyba wracasz do domu przez Filadelfię.
Na ustach Samuela powoli rozsupłał się uśmiech.
– Ja, Srebrny aż się rwie, żeby pocwałować sobie po tych cudacznych autostradach.
Usiadł, skinąwszy głową starszym mężczyznom, którzy z jakiegoś powodu unikali jego wzroku. Matka pożegnała się i zostawiła ich samych; po chwili Samuel usłyszał jej ciężkie kroki na schodach. Położył dłonie przed sobą, stykając je czubkami palców; usiłował sprawiać wrażenie opanowanego, ale wszystko się w nim przewracało jak ziemia kruszona broną kultywatora. Wiedział z opowiadań, co znaczy wezwanie do rozliczenia się z grzechów, ale nigdy nie zaznał tego na własnej skórze. Wyglądało zaś na to, że zarówno biskupowi, jak i diakonowi też to się wcale nie uśmiechało.
Biskup Ephram odchrząknął.
– Wiemy, jak to jest być młodym mężczyzną – zaczął. – Istnieją pewne pokusy… – Jego głos urwał się niczym nitka przędzy z motków, które nawijała matka Samuela.
Młodzieniec patrzył na starszych, przenosząc wzrok z Lucasa na Ephrama… Ciekawe, pomyślał, co Katie im powiedziała. Czy w ogóle coś im powiedziała.
Katie, za którą oddałby życie; za którą z chęcią zniósłby sześć tygodni odrzucenia przez wspólnotę; z którą pragnął spędzić resztę swoich dni, zapełniając dom pociechami i służąc Bogu. Katie, która urodziła dziecko.
Samuel pochylił głowę. Spodziewał się już, że za chwilę usłyszy ich prośbę, aby stawił się w kościele i naprawił swoje winy; a kiedy ją usłyszy, usłucha, bo taka jest jego powinność. Kiedy biskup zarzuca komuś grzech, nie dyskutuje się z nim. Lecz nagle Samuel zrozumiał, że ta niezręczna cisza to dar, dar biskupa dla niego. Jeśli go uprzedzi, odezwie się teraz, już, natychmiast – to być może w ogóle nie usłyszy żadnego zarzutu.
– Lucasie, Ephramie – przemówił głosem tak bezbrzeżnie spokojnym, że aż sam go nie poznał – chcę poślubić Katie Fisher. Jeżeli taka jest wasza wola, oświadczę to przed wami, przed kaznodziejami i przed wszystkimi naszymi braćmi i siostrami w najbliższą Gemeesunndaag.
Szeroki uśmiech rozsunął białą kurtynę brody Ephrama. Biskup spojrzał na diakona i skinął z ukontentowaniem głową. Samuel zacisnął palce na kolanach, mocno, niemalże do bólu.
– Chcę poślubić Katie Fisher – powtórzył – i zrobię to. Ale w tej chwili musicie usłyszeć jeszcze jedną rzecz. Nie byłem ojcem jej dziecka.
Rozdział ósmy
ELLIE
Moim ulubionym miejscem na farmie była mleczarnia. Dzięki pracującej chłodziarce nawet w najbardziej upalnych godzinach dnia panowała tam komfortowa temperatura. W powietrzu pachniało lodami i zimą. Miło było przysiąść wśród białych ścian na nieskazitelnie czystej podłodze i pomyśleć. Kiedy inwertor naładował już baterię, zabierałam laptopa i przenosiłam się z pracą do mleczarni.
Tam właśnie znalazła mnie Leda, kiedy to dziesięć dni po moim zameldowaniu się na farmie Fisherów, postanowiła zaszczycić mnie wizytą. Z pochyloną głową bębniłam właśnie w klawiaturę, przez co najpierw w moim polu widzenia znalazły się jej sandały na obcasie – obuwie, jakiego od pewnego czasu nie miałam okazji oglądać. Kobiety amiszów noszą albo trzewiki, albo tenisówki, i to najbrzydsze, jakie w życiu widziałam; coś takiego nawet w Kmarcie wstydziliby się postawić na półce.
– No, czas najwyższy – powiedziałam, nie zadając sobie trudu, żeby unieść głowę.
– Sama dobrze wiesz, że nie mogłam przyjechać wcześniej – odparła Leda.
– Aaron jakoś by cię zniósł w swoim domu.
– Nie chodziło mi o Aarona, tylko o ciebie. Musiałam dać ci szansę, żebyś wyczuła, co w trawie piszczy, inaczej zatrzasnęłabyś mi się w bagażniku, żeby tylko dać stąd nogę.
Prychnęłam kpiąco.
– Czyli, jak sądzę, z radością usłyszysz, że już wiem, co piszczy w trawie i co ryje w błocie też wiem, że o mały włos nie wpadłam pod rozpędzoną bryczkę i że prawie obsikała mnie krowa.
Leda oparła się o zlew z nierdzewnej stali, śmiejąc się szczerze.
– Założę się, że Marcia Clark w swojej książce nie miała takich smaczków.
– Pyszne, co? Kiedyś wezmę się do roboty i napiszę bestseller, który wydadzą w okładce z „Kalendarza farmera”.