Leda się uśmiechnęła.
– Słyszałam, że Katie miała dobre wyniki badań? Przytaknęłam. Poprzedniego dnia pojechałyśmy do położnika na kontrolę; lekarz orzekł, że Katie wraca do zdrowia. Fizycznie nic jej nie zagrażało. Psychicznie – to jeszcze stało pod znakiem zapytania.
Zamknęłam dokument, nad którym do tej pory pracowałam i wyjęłam dyskietkę z komputera.
– Zjawiasz się w samą porę – oznajmiłam Ledzie. – Zgadnij, kto zostanie moim asystentem?
Leda uniosła dłonie obronnym gestem.
– Nawet o tym nie myśl, kotku. Ja o prawie wiem tylko tyle, że jest dla ludzi.
– Ale potrafisz posługiwać się komputerem. Pisałaś do mnie e – maile. – Westchnęłam z żalem na myśl o tym, ile czasu upłynie, zanim zajrzę do swojej skrzynki pocztowej. – Chcę cię poprosić, żebyś wydrukowała jeden dokument i zawiozła go do sądu okręgowego. Bo chyba nie muszę ci mówić, że moja drukarka nie działa?
– Dziwię się, że w ogóle pracujesz tutaj na komputerze. Aaron bardzo się złościł?
– Biskup podjął decyzję za niego. Widzę, że on okazuje Katie wiele serca.
– Ephram to dobry człowiek – powiedziała Leda cichym, ledwie słyszalnym głosem, błądząc myślami gdzieś daleko. – Był dla mnie bardzo życzliwy, kiedy zostałam ekskomunikowana. Aaron i Sara są mu ogromnie wdzięczni, że przyjechał na pogrzeb dziecka.
Wyłączyłam komputer i wstałam.
– Powiedz mi, dlaczego oni to zrobili? To znaczy, dlaczego pochowali to dziecko.
Leda wzruszyła ramionami.
– Bo byli za nie odpowiedzialni.
– To było dziecko Katie.
– Wśród amiszów jest wielu takich, którzy poczuliby się w obowiązku pochować noworodka, jeśli urodził się martwy. – Spojrzała na mnie, dodając z wahaniem: – Tak głosi napis na jego nagrobku: urodził się martwy. Chyba to był jedyny sposób dla Aarona i Sary, żeby pogodzić się z tym, co zaszło.
Pomyślałam o dziewczynie, która być może padła ofiarą gwałtu, o dziewczynie, która w odruchu samoobrony zablokowała wspomnienia o tym zdarzeniu i wyparła ze świadomości wszystkie jego następstwa – łącznie z ciążą.
– Lekarz sądowy twierdzi, że dziecko urodziło się żywe, Ledo.
– A prokurator – że Katie je zabiła. Nie wierzę ani jednemu, ani drugiemu.
Szurnęłam tenisówką po betonowej podłodze mleczarni, rozważając w myślach, ile mogę jej wyjawić.
– Mogło tak być – zaczęłam ostrożnie. – Przyjedzie tutaj psychiatra na rozmowę z Katie.
Leda zamrugała oczami ze zdziwienia.
– Psychiatra?
– Katie zaprzecza nie tylko temu, że była w ciąży i że urodziła dziecko. Twierdzi również, że nie mogło dojść do poczęcia. Zaczynam się zastanawiać, czy ktoś jej nie zgwałcił.
– Samuel to dobry chłopak, chyba nie…
– To nie było jego dziecko. Samuel nie spał z Katie ani razu. – Podeszłam do niej. – Posłuchaj, to nie ma nic wspólnego z moją pracą jako obrońcy. Prawdę mówiąc, jeśli Katie faktycznie została zgwałcona, to pojawia się emocjonalny motyw, który mógł ją popchnąć do pozbycia się noworodka. Ale nie, ja chcę tylko, żeby porozmawiała sobie z kimś, kto ma lepsze kwalifikacje ode mnie. Może tego potrzebować. O ile mi wiadomo, Katie codziennie styka się z tym człowiekiem. Bóg jeden wie, jak to na nią działa.
Leda przez chwilę nie mówiła nic.
– A jeśli to nie był amisz? – zapytała w końcu. Przewróciłam oczami.
– A dlaczego nie? Samuel jest w porządku, ale to jeszcze nie znaczy, że każdy młody amisz potrafi utrzymać hormony na wodzy. Może kręci się gdzieś tutaj ten młodzieniec, którego poniosło w gorącym momencie i zmusił Katie do zrobienia czegoś, na co wcale nie miała ochoty? A poza tym Anglików, z którymi rozmawiała od czasu, kiedy tutaj mieszkam, mogę policzyć na palcach jednej ręki.
– Od czasu, kiedy tutaj mieszkasz – powtórzyła Leda.
Zauważyłam, że zaczęła się wiercić niespokojnie, a jej policzki zabarwiły czerwone cętki spłoszonego rumieńca. No tak. Najwidoczniej pobyt na tej farmie przytępił nieco mój intelekt, inaczej skojarzyłabym od razu, że mając ciotkę wykluczoną ze wspólnoty amiszów, Katie posiadała większe możliwości kontaktu ze światem i jego mieszkańcami niż większość podobnych jej dziewcząt.
– Czego mi nie powiedziałaś? – zapytałam cicho.
– Raz w miesiącu Katie jeździ pociągiem do State College. Na uniwersytet. Sara wie o tym, ale Aaronowi mówi się, że Katie wybrała się do mnie z wizytą. Jestem jej alibi, zresztą bardzo dobrym, bo Aaron za nic w świecie nie zajrzałby do nas, żeby sprawdzić, co porabia jego córka.
– Ale po co ona jeździ na uniwersytet? Leda westchnęła z cicha.
– Do brata.
– No i powiedz mi sama: jak ja mam jej bronić, skoro nikt nie chce ze mną współpracować? – wybuchłam. – Boże! Mieszkam tutaj już prawie dwa tygodnie i nikt nie uznał za celowe wspomnieć mi o tym, że Katie ma brata, do którego jeździ raz w miesiącu?
– To na pewno niespecjalnie – pospieszyła z wyjaśnieniem Leda. – Jacob został ekskomunikowany, tak jak ja, ponieważ chciał dalej się uczyć. Aaron stanął okoniem i powiedział, że jeśli chłopak opuści kościół, to przestanie go uważać za swojego syna. W domu nie wolno wymawiać jego imienia.
– A Sara?
– Sara to żona amisza. Ustępuje mężowi we wszystkim. Nie widziała się z Jacobem od sześciu lat, odkąd wyjechał do szkoły, ale co miesiąc w tajemnicy posyła do niego Katie jako łącznika. – Leda podskoczyła, spłoszona hałasem automatycznej mieszarki, która ożyła w tym momencie, wzburzając biały płyn w zbiorniku. Uniosła głos, przekrzykując akumulator dostarczający prąd do silnika maszyny: – Kiedy urodziła się Hannah, okazało się, że Sara nie będzie mogła mieć więcej dzieci. Zresztą już przedtem kilka razy poroniła, po Jacobie, zanim urodziła się Katie. Nie mogła znieść myśli, że straciwszy najmłodszą córkę, straci też syna. I w pewien sposób udało jej się temu zapobiec.
Wyobraziłam sobie Katie w pociągu jadącym do State College, ubraną w sukienkę spinaną szpilkami, przepasaną fartuchem i w czepku na głowie, przyciągającą ciekawskie spojrzenia. Wyobraziłam sobie, jak zjawia się na imprezie studenckiej, a jej bijąca w oczy niewinność rozjaśnia wszystkie kąty pokoju w akademiku. Zobaczyłam oczyma duszy, jak odpycha od siebie ręce chłopaka, który w wieku lat dziewiętnastu wie o świecie więcej niż ona się dowie przez całe swoje życie. Ciekawe, czy Jacob wiedział, że jego siostra była w ciąży i czy mógłby mi powiedzieć, kto jest ojcem dziecka.
– Muszę z nim porozmawiać – oznajmiłam, zastanawiając się, czy szybciej dojadę tam samochodem, czy pociągiem.
A potem jęknęłam, zawiedziona. Nie mogłam nigdzie jechać; dzisiaj miał wpaść tutaj Coop na sesję z Katie.
Jeśli w ogóle się czegoś nauczyłam przez tych dziesięć dni, to tego, że amisze wszystko robią powoli. Kiedy pracują, to starannie i skrupulatnie, kiedy dokądś jadą – trwa to cale wieki, nawet ich kościelne hymny są smętne i mają spacerowe tempa. Prości ludzie nie patrzą dwadzieścia razy dziennie na zegarek. Prości ludzie nigdzie się nie spieszą; to, co mają zrobić, zajmuje im tyle czasu, ile potrzeba.
Jacob Fisher po prostu musi poczekać.
– Dlaczego mi nie powiedziałaś, że masz brata?
Katie zamarła, pochylona nad szlauchem, który mocowała do kranu na podwórzu. Odwróciła wzrok; gdybym już jej trochę nie znała, pomyślałabym sobie, że zastanawia się teraz, czy mnie oszukać, czy powiedzieć prawdę.
– Miałam brata – odparła, kładąc nacisk na pierwsze słowo.
– Krążą plotki, że ów brat żyje i ma się dobrze, a mieszka w State College. – Opasałam się fartuchem Sary i zrzuciłam tenisówki, wsuwając stopy w kalosze, które też od niej pożyczyłam. W takim stroju nie miałabym szans w konkursie mody; z drugiej strony nie czekał mnie przecież w tej chwili spacer po wybiegu, tylko mycie jałówek. – Krążą też inne plotki: że od czasu do czasu jeździsz do niego.