Выбрать главу

Katie odkręciła zawór i sprawdziła wylot szlaucha.

– Nie mówimy w domu o Jacobie. Ojciec tego nie lubi.

– Nie jestem twoim ojcem – przypomniałam jej.

Katie bez słowa ruszyła w stronę pola, ciągnąc szlauch za sobą, a ja podreptałam za nią, odganiając od twarzy komary. – Czy to nie jest uciążliwe, te spotkania w ciągłej tajemnicy?

– Jacob zabiera mnie do kina. Kupił mi dżinsy, żebym miała w czym chodzić. To nie jest uciążliwe, bo kiedy jadę do niego, to nie jestem Katie Fisher.

Zatrzymałam się.

– A kim? Wzruszyła ramionami.

– Pierwszą lepszą zwykłą dziewczyną.

– Na pewno było ci bardzo przykro, kiedy ojciec wyrzucił go z domu.

Katie szarpnęła jeszcze raz za szlauch.

– Przykro mi było już wcześniej, kiedy Jacob zaczął kłamać, żeby móc się dalej uczyć. Powinien szczerze wyznać to w kościele.

– Aha – przytaknęłam. – Tak samo jak ty. Chcesz się przyznać, chociaż jesteś niewinna.

, Komary otoczyły głowę Katie łukiem niczym aureola.

– Ty nas w ogóle nie rozumiesz – rzuciła dziewczyna z wyrzutem. – Myślisz, że jak pomieszkasz tutaj dziesięć dni, to już będziesz wiedziała, na czym polega życie prostych ludzi?

– W takim razie wytłumacz mi – stanęłam jej na drodze, tak że musiała albo mnie obejść, albo się zatrzymać.

– U was każdy musi się czymś wyróżniać. Jeden jest najsprytniejszy, drugi najbogatszy, a trzeci w ogóle najlepszy. U nas wszyscy zlewają się w jedno, jak łaty, z których zszywa się narzutę. Z osobna – nie ma na co patrzeć. Za to kiedy stoimy razem, można zobaczyć coś przepięknego.

– A Jacob?

Katie uśmiechnęła się smutno.

– Jacob był jak czarna nitka na białym płótnie. Sam postanowił wyjechać.

– Tęsknisz za nim? Skinęła głową.

– Bardzo. Zresztą dawno go nie widziałam. Spojrzałam na nią bystro.

– Dlaczego?

– Latem w gospodarstwie jest dużo roboty. Byłam potrzebna w domu.

Bardziej prawdopodobne, pomyślałam, że w lewisach nie sposób ukryć ciąży.

– Czy Jacob wiedział o dziecku?

Katie szła dalej, ciągnąc za sobą szlauch. Nie odwracała głowy.

– Czy to był ktoś, kogo poznałaś właśnie tam? Jakiś student, może znajomy twojego brata?

Zagryzła wargi i nie powiedziała ani słowa. Wreszcie dotarłyśmy do zagrody, w której stały jednoroczne jałówki. W dni tak upalne jak dziś trzeba było spryskiwać je wodą dla ochłody. Katie przekręciła wylot szlaucha i skierowała strużkę, która zaczęła z niego cieknąć, na swoje bose stopy.

– Mogę cię o coś zapytać, Ellie?

– Jasne.

– Dlaczego ty nigdy nie opowiadasz o swojej rodzinie? Jak to jest u ciebie, że wyjechałaś sobie, zamieszkałaś u nas i ani razu nie zadzwoniłaś do nich, nikomu nawet nie powiedziałaś, gdzie jesteś?

Zapatrzyłam się na krowy wałęsające się po polu z opuszczonymi łbami, skubiące świeżą trawę.

– Moja matka nie żyje, a z ojcem nie rozmawiałam od ładnych paru lat. – Ściślej, odkąd zostałam adwokatem; zarzucił mi wtedy, że dla pieniędzy wyparłam się własnych zasad. – Nigdy nie wyszłam za mąż i właśnie zerwałam z facetem.

– Dlaczego?

– Można powiedzieć, że jedno z drugiego wyrośliśmy – odparłam, sprawdzając, jak to słowo zabrzmi w moich ustach. – Trudno się zresztą dziwić, po ośmiu latach…

– Jak można chodzić ze sobą przez tyle lat i się nie pobrać?

I jak tu wyjaśnić subtelną złożoność życia osobistego w latach dziewięćdziesiątych dziewczynie z rodziny amiszów?

– Na początku wydawało nam się, że jesteśmy idealnie dobrani. Osiem lat zajęło nam dojście do wniosku, że jest akurat odwrotnie.

– Osiem lat – rzuciła drwiąco. – Dochowałabyś się już całej gromadki dzieci.

Na myśl o straconym czasie poczułam, jak oczy wzbierają mi łzami, które spływają do gardła, tak, że ledwie mogę oddychać.

Katie dużym palcem u nogi zrobiła krechę w błotnistej kałuży pod cieknącym wylotem szlaucha. Widziałam, jak jej głupio, że zrobiła mi przykrość.

– Pewnie za nim tęsknisz – odezwała się.

– Za Stephenem? Nie bardzo – odparłam. – Tylko za tymi dziećmi. Spodziewałam się, że Katie nawiąże do tego, co powiedziałam, że w jakiś sposób odniesie swoją własną sytuację do mojej, ale zamiast tego po raz kolejny udało jej się mnie zaskoczyć.

– Wiesz, co zauważyłam podczas tych wizyt u Jacoba? Że w twoim świecie ludzie potrafią się błyskawicznie skontaktować ze sobą. Są telefony, są faksy, a przez komputer można rozmawiać z ludźmi na drugim końcu świata. Telewizja pokazuje programy, w których ludzie rozpowiadają o swoich sekretach, a kolorowe magazyny drukują zdjęcia sławnych aktorów usiłujących się schować przed wszystkimi we własnych domach. Macie takie możliwości kontaktu, a każdy wydaje się strasznie samotny.

Chciałam jej zaprzeczyć, ale Katie wręczyła mi szlauch i przeskoczyła przez ogrodzenie. Oddałam go jej, a ona odkręciła zawór i puściła strumień wody ponad grzbietami krów. Zwierzęta zaczęły ryczeć i kotłować się, umykając przed prysznicem. Wtedy Katie, z uśmiechem na twarzy, skierowała sikawkę na mnie.

– O, ty…! – Wspięłam się na ogrodzenie i rzuciłam w pogoń, ociekając wodą. Rozdzieliły nas krowy, krążące w tę i we w tę po zagrodzie.

W końcu udało mi się chwycić szlauch i porządnie oblać piszczącą wniebogłosy Katie. – Masz za swoje! – zachichotałam i w tym momencie poślizgnęłam się na mokrej trawie, lądując na siedzeniu w kałuży błota.

– Bardzo przepraszam. Szukam pani Ellie Hathaway.

Obie jak na komendę odwróciłyśmy głowy w stronę, skąd dobiegał ów głęboki głos. Z szarpniętego szlaucha w mojej dłoni trysnęła woda, prosto na buty właściciela głosu, który nie zdążył się w porę cofnąć. Wstałam, wycierając dłonie z błota i uśmiechnęłam się z zażenowaniem do mężczyzny stojącego po drugiej stronie zagrody dla jałówek, taksującego spojrzeniem moje kalosze, fartuch i resztę, utytłaną od stóp do głów.

– Coop – odkaszlnęłam. – Dawno się nie widzieliśmy.

Dziesięć minut później, odświeżona prysznicem, zeszłam na dół i zastałam Coopa siedzącego na ganku w towarzystwie Katie i Sary. Na wiklinowym stoliku stał talerzyk z ciastkami, a Coop trzymał w dłoni szklankę wody z lodem, na której perliły się zimne krople. Kiedy tylko mnie zobaczył, poderwał się z krzesła.

– Jak zawsze dżentelmen w każdym calu – uśmiechnęłam się.

Pochylił głowę i pocałował mnie w policzek. Ku mojemu zdziwieniu, w jednej chwili zasypało mnie sto najrozmaitszych wspomnień: włosy, zawsze pachnące jabłkami i dymem z palonego drewna, zarysowany zdecydowaną linią kontur podbródka, dłoń z rozłożonymi palcami, odciśnięta na moich plecach. Odstąpiłam o krok, czując zawroty głowy i z całych sił starając się ukryć zmieszanie.

– Panie były tak miłe i dotrzymały mi towarzystwa – powiedział Coop, a Katie i Sara zgodnie przytaknęły i zaczęły szeptać do siebie jak nastolatki.

Sara wstała z krzesła.

– Zostawimy cię już z twoim gościem – powiedziała do mnie, a jemu skinęła głową i wróciła do domu. Katie poszła do ogrodu, a ja usiadłam. Po dwudziestu latach Coop nie stracił nic ze swojej aparycji, przeciwnie – dojrzał do pełni męskiej urody. Czas wyrównał rysy twarzy, na studiach jeszcze odrobinę zbyt ostre, dodając, niczym rzeźbiarz swoim dłutem, drobne akcenty: tutaj małą bliznę, tam zmarszczkę od uśmiechu. Niegdyś wiszące do ramion, a teraz nienagannie przystrzyżone czarne włosy srebrzyły się już tu i ówdzie. A oczy miały wciąż ten sam kolor bladej zieleni, który widziałam tylko dwa razy w życiu: u niego i z okna samolotu, kiedy leciałam ze Stephenem na Karaiby.