– Wiek ci służy – powiedziałam, a on się zaśmiał.
– Mówisz, jakbym był butelką wina. – Wyprostował się wygodnie na krześle i uśmiechnął do mnie szeroko. – Ty też nieźle się prezentujesz, zwłaszcza w porównaniu z tym, co miałem okazję zobaczyć przed kwadransem. Słyszałem, że zawód adwokata to brudna robota, ale nie przypuszczałbym, że aż tak dosłownie.
– Powiedzmy, że stosuję w pracy elementy metody Stanisławskiego. Amisze słyną z nieufności wobec ludzi z zewnątrz. Upodobniłam się do nich, pracuję tak jak oni – i mam efekty. Otwierają się przede mną.
– Pewnie ci ciężko, daleko od domu, bez możliwości wyjazdu.
– Pytasz jako John Joseph Cooper, psychiatra? Otworzył usta, ale nic nie powiedział, potrząsnął tylko głową.
– Nie. Po prostu Coop. Przyjaciel.
Wzruszyłam ramionami, celowo unikając jego czujnego spojrzenia.
– Kilku rzeczy mi brakuje – przyznałam. – Ekspresu do kawy, na przykład. Zmieniania biegów w samochodzie. „Archiwum X” i „Ostrego dyżuru”.
– A Stephena nie?
Zapomniałam, że kiedy po raz ostatni widziałam się z Coopem, było to spotkanie we czwórkę – każde z nas miało ze sobą osobę towarzyszącą, czyli, krótko mówiąc, partnera. Wpadliśmy na siebie w hallu filharmonii, podczas antraktu w koncercie Filadelfijskiej Orkiestry Symfonicznej. Widywałam się z nim od czasu do czasu przy służbowych okazjach, ale nigdy przedtem nie poznałam jego żony; zobaczyłam drobnej budowy blondynkę, pasującą do jego boku jak jeden element układanki pasuje do drugiego. Nawet teraz, po tak długim czasie, wspomnienie o niej było jak strzał zza rogu prosto w szczękę.
– Stephen to już przeszłość – odparłam.
Coop przyglądał mi się przez moment, a potem powiedział:
– Przykro mi to słyszeć.
Jako osoba dorosła, pomyślałam, poradzę sobie z tym. Odetchnęłam głęboko, przywołałam na twarz uśmiech numer jeden i klasnęłam dłońmi o kolana.
– No, dobrze. Nie tłukłeś się tutaj po to, żeby uciąć sobie ze mną pogawędkę…
– Przyjechałbym nawet tylko po to – przerwał mi cichym głosem. – Wybaczyłem ci już dawno temu.
Mogłabym z łatwością udać, że go nie słyszałam i po prostu zacząć rzeczową dyskusję na temat Katie. A jednak… Kiedy zasiada się do rozmowy z człowiekiem, który miał wpływ na to, kim się jest, nie ma sposobu, aby na spotkanie nie rzuciły się jakieś cienie przeszłości. Niech będzie, że Coop mi wybaczył. Ja jemu nie. Odchrząknął.
– Opowiem ci, czego się dowiedziałem na temat Katie. – Poszperał w walizce i wyciągnął notatnik z żółtymi kartkami, pokrytymi od góry do dołu jego nieczytelnymi bazgrołami. – W kwestii zabójstwa noworodków psychiatrzy dzielą się na dwa obozy. Pierwszy, mniej liczny, obstaje przy wyjaśnieniu, że kobiety, które po porodzie zabijają swoje dzieci, przez cały okres ciąży cierpią na zaburzenia dysocjacyjne.
– Zaburzenia dysocjacyjne?
– Stan dysocjacji odznacza się niezwykłą koncentracją na jednej tylko czynności. Cała reszta ulega zablokowaniu. W świadomości takiej kobiety powstaje rozłam: niewielka jej część tworzy świat urojeń, w którym wszystko jest po staremu i nie ma żadnej ciąży. Skutkiem tego, kiedy dochodzi do porodu, kobieta jest zaskoczona i nieprzygotowana, ponieważ wyparła ten fakt ze świadomości, a w pamięci powstały luki go dotyczące. Niekiedy dotyka jej też przejściowa psychoza. Dzieje się to w momencie, kiedy szok poporodowy przebija się przez ten klosz wyparcia. W każdym razie psychiatrzy zazwyczaj tłumaczą takie kobiety tak: nie są one obecne umysłem w momencie popełnienia przestępstwa, więc nie mogą być pociągnięte do odpowiedzialności prawnej za swoje czyny.
– Brzmi to bardzo złowieszczo.
Coop uśmiechnął się szeroko i wręczył mi jakąś listę.
– Tu masz kilku psychiatrów z tej łagodniejszej frakcji, którzy w ciągu ostatnich lat zeznawali w sądzie. Zauważ, że to wszystko są lekarze kliniczni, nie sądowi. Dlaczego? Ponieważ zdecydowana większość psychiatrów sądowych zajmujących się zabójstwami noworodków wyznaje pogląd, że oskarżone nie cierpią na zaburzenie dysocjacyjne, tylko po prostu nie obchodzi ich, że są w ciąży. Dysocjacja, ich zdaniem, może nastąpić po porodzie. Ale nawet ja mogę ci powiedzieć, że w takim momencie, ze względu na ból, dysocjacja to do pewnego stopnia całkiem naturalne zachowanie. Tak samo kiedy zatniesz się nożem w palec przy krojeniu warzyw, to przez chwilę stoisz i tylko patrzysz, a potem mówisz: „No, no, głęboko weszło”. Ale przecież nie weźmiesz zaraz potem tasaka i nie odrąbiesz sobie całej dłoni, żeby problem przestał istnieć.
Skinęłam głową.
– Dlaczego w takim razie te kobiety zabijają noworodki?
– Bo nie łączy ich z nimi żadna więź emocjonalna – poród nie różni się niczym od wydalania kamieni żółciowych. Zabijając dziecko, nie tracą kontaktu z rzeczywistością. Po prostu czują strach, wstyd i nie potrafią przyznać się przed sobą, że urodziły nieślubne dziecko.
– Innymi słowy – wtrąciłam obojętnym głosem – wina jest oczywista.
Coop wzruszył ramionami.
– Nie muszę ci mówić, jak działa na ławników linia obrony oparta na dowodzeniu niepoczytalności. – Podał mi drugą listę, tym razem trzy razy dłuższą. – To są psychiatrzy z głównego nurtu. Ale przecież w końcu każda sprawa jest inna. Skoro Katie, nawet mając świadomość, że jest oskarżona o morderstwo, a wyniki badań lekarskich wykazały, że była w ciąży, nadal nie chce się przyznać – to być może ten mechanizm obronny ma jeszcze jakieś dodatkowe wzmocnienie.
– I o tym właśnie chciałam z tobą porozmawiać. Czy można stwierdzić, że Katie padła ofiarą gwałtu? Coop gwizdnął cicho.
– No, to byłby powód jak cholera, żeby zabić noworodka.
– Prawda? Chciałabym tylko to ustalić, zanim prokurator mnie wyręczy.
– Będzie ciężko, bo upłynęło już sporo czasu, ale zwrócę na to uwagę podczas rozmowy z Katie. – Zmarszczył brwi. – Jest jeszcze inna możliwość. Że dziewczyna od samego początku kłamie.
– Coop, ja jestem adwokatem. Mam wbudowany wykrywacz kłamstw i codziennie go podstrajam. Poznałabym się na oszustwie.
– Wcale niekoniecznie. Musisz przyznać, że odkąd tutaj zamieszkałaś, zaczęłaś mieć osobisty stosunek do tej sprawy.
– Kłamstwo to nie jest wizytówka amiszów.
– Zabijanie noworodków też raczej nie.
Przypomniałam sobie, jak Katie zaczyna się jąkać i czerwienić, kiedy próbuje się spytać ją o coś, o czym nie chce rozmawiać. A po chwili stanęła mi przed oczami w tych chwilach, kiedy z całą mocą powtarzała, że nie urodziła żadnego dziecka: podbródek sterczący ostro do przodu, płonące oczy wbite prosto we mnie.
– Ona to widzi tak, jakby nie było żadnego dziecka – powiedziałam cicho.
Coop zastanowił się.
– Może tak to widzieć – przyznał – ale dziecko, mimo wszystko, było.
Katie zacisnęła kurczowo dłonie złożone na podołku. Wyglądała tak, jakbyśmy właśnie odczytali jej wyrok śmierci.
– Doktor Cooper zada ci tylko kilka pytań – wyjaśniłam. – Nie ma potrzeby się denerwować.
Coop uśmiechnął się do niej. Siedzieliśmy we trójkę nad strumieniem, na tyle daleko od domu, żeby nikt nam nie przeszkadzał. Widząc, że wyjmuje z kieszeni dyktafon, rzuciłam mu szybkie spojrzenie, a kiedy je pochwycił, potrząsnęłam głową. Nie przejął się tym i wziął do ręki notatnik.
– Katie, na początek chcę cię zapewnić, że to, o czym będziemy mówić, jest przeznaczone wyłącznie dla nas trojga. Nie przyjechałem tu po to, żeby cię przesłuchiwać i donosić komuś na ciebie. Chcę ci pomóc poradzić sobie z pewnymi emocjami, które zapewne przeżywasz w tej chwili.