– A ty chcesz wziąć ślub? Wyjść za mąż?
– A kto nie chce?
Coop wyszczerzył zęby w uśmiechu.
– Na przykład Ellie – zażartował sobie po cichu, ale na tyle głośno, żebym go wyraźnie usłyszała. Zamyśliłam się nad tym, co powiedział i tak mnie to zaabsorbowało, że o mały włos nie przeoczyłam następnego pytania.
– Całowałaś się kiedyś z chłopcem, Katie?
– Ja. – Kolejny rumieniec. – Z Samuelem. A przedtem z Johnem Beilerem.
– Samuel to twój chłopak? – Raczej były chłopak, pomyślałam. – Czy rozpoczęliście już współżycie?
– Nie!
Coop zawahał się.
– Czy Samuel całuje cię tylko w usta, czy gdzieś jeszcze?
– W szyję – mruknęła cicho. – I w czoło.
– A piersi? Brzuch?
Katie wyprostowała nogi, wysuwając je spod spódnicy i zanurzyła stopy w nurcie strumienia.
– Samuel by czegoś takiego nie zrobił.
– Czy pozwoliłaś kiedyś komuś innemu dotknąć się albo pocałować? – Coop delikatnie docisnął śrubę, a kiedy nie doczekał się odpowiedzi, zapytał znów, jeszcze łagodniejszym głosem: – Czy chcesz kiedyś mieć dzieci?
Katie uniosła głowę, a słońce zapaliło światło w jej oczach i na policzkach.
– O tak, bardzo – odpowiedziała. – Najbardziej na świecie.
Kiedy tylko Katie oddaliła się poza zasięg głosu, natychmiast zabrałam się do wypytywania pytającego.
– No i co ty na to?
Coop wyciągnął się na trawie porastającej brzeg strumienia.
– W głębi ciemnego znalazłem się lasu. Zanim zacznę z nią dalej pracować, będę musiał się gdzieś zapisać na intensywny kurs amiszologii.
– Zapisz i mnie, jak już go znajdziesz. Z tym, że ja mam do wyboru tylko kurs korespondencyjny – westchnęłam. – Powiedziała, że chce mieć dzieci.
– Większość morderczyń noworodków chce je mieć. Tylko kiedy indziej, jeszcze nie teraz. – Urwał z wahaniem. – Z drugiej strony jest równie możliwe, że dla niej to dziecko nigdy nie istniało.
– A więc uważasz, że mówiła prawdę. Że rzeczywiście wyparła poród ze świadomości.
Coop milczał przez chwilę.
– Chciałbym ci to powiedzieć ze stuprocentową pewnością. Panuje powszechne przekonanie, że psychiatrze nie można nakłamać w żywe oczy i że to go właśnie różni od przeciętnego zjadacza chleba. Ale wiesz co? To jest bajka. Bo tak naprawdę za wcześnie jeszcze na ocenę sytuacji. Jeżeli ona kłamie, to po mistrzowsku. Nie mieści mi się w głowie, że mogła nauczyć się tego w domu.
– Doszedłeś do jakichkolwiek wniosków?
Wzruszył ramionami.
– Wydaje mi się, że psychozę możemy wykluczyć.
– A wspomniane duchy?
– Istnieje ogromna różnica pomiędzy wytworem wyobraźni a urojeniem psychotycznym. Gdyby to ta zmarła siostra kazała Katie zabić jej własne dziecko albo gdyby wmawiała jej, że pod silosem mieszka diabeł, to by już była zupełnie inna historia.
– Ewentualna psychoza w tym momencie mnie nie obchodzi. A sam poród?
Coop pomasował sobie grzbiet nosa, wysoko, pomiędzy oczami.
– Widać jak na dłoni, że ona blokuje fakt, że była w ciąży, jak też i same okoliczności poczęcia, ale tego już chyba domyśliłaś się bez mojej pomocy.
– Gwałt? – zapytałam.
– To też trudno stwierdzić. Ona tak się płoszy, mówiąc o seksie, że nie mogę się zdecydować, czy złożyć to na karb religijnego wychowania czy własnych tragicznych doświadczeń. Nawet wspomnienie o stosunku odbytym dobrowolnie, ale z kimś, kto nie należał do amiszów, mogło stać się murem w jej umyśle. Sama słyszałaś, jak ona się boi wykluczenia ze wspólnoty. Gdyby związała się z kimś z zewnątrz, nie ma co liczyć na to, że pozwolą jej żyć dotychczasowym życiem.
Podczas mojego pobytu wśród amiszów zdążyłam już zobaczyć dosyć, aby orientować się, że to nie do końca jest prawda.
– Prawdę mówiąc, to jest tak – powiedziałam – że Katie może się wyspowiadać i kościół przyjmie ją z powrotem.
– Niestety, nawet jeśli inni jej przebaczą, to nie oznacza, że ona tak łatwo o wszystkim zapomni. Będzie jej to ciążyć do końca życia. – Coop spojrzał na mnie. – Wziąwszy pod uwagę jej wychowanie, naprawdę trudno się dziwić, że jej umysł robi, co tylko może, aby wyprzeć ze świadomości to, co się stało.
Wyciągnęłam się na wznak w trawie tuż obok niego.
– Powiedziała mi, że nie zabiła tego dziecka i powiedziała mi też, że w ogóle go nie urodziła. Na to, że urodziła, istnieją jednak dowody…
– …a więc jeśli to było kłamstwo – dokończył Coop – to i tamto nie musiało być prawdą. Niemniej jednak, aby skłamać, trzeba posiadać świadomą wiedzę na dany temat. Ale jeżeli Katie cierpi na zaburzenie dysocjacyjne, to nie może ponieść odpowiedzialności za to, że nie orientowała się, co jest prawdą.
Uniosłam się na łokciu.
– A za morderstwo już może? – zapytałam, uśmiechając się smutno.
– O tym – odparł Coop – zadecydują ławnicy. – Wstał i podał mi rękę. – Chciałbym dalej z nią pracować. Przeanalizować wydarzenia tej nocy, kiedy nastąpił poród.
– Nie proszę cię o to. I tak już zrobiłeś bardzo dużo i poświęciłeś się, bo to przecież nie jest twoja działka. Zresztą pewnie masz ważniejsze rzeczy do roboty.
– Obiecałem, że ci pomogę, a na razie jeszcze się nie napracowałem. Mogę przyjeżdżać na rozmowy z Katie wieczorem, jak już wyjdę z pracy.
– A twoja żona będzie jadła kolację sama jak palec. Czy to nie ty mi kiedyś mówiłeś, że psychiatrzy nigdy nie potrafią zapanować nad rozpadem własnych związków?
Coop kiwnął głową.
– To prawda. Bo mnie się nie udało. Rozwiodłem się mniej więcej rok temu.
Nagle zaschło mi w ustach. Odwróciłam się do niego.
– Rozwiodłeś się? – Coop spuścił wzrok, przyglądając się własnym butom, potem falom na strumieniu, a ja stałam, szukając w myślach odpowiedzi na pytanie, dlaczego tak łatwo było nam rozmawiać o Katie, a tak trudno o sobie. – Coop, strasznie mi przykro.
Wyciągnął rękę i zdjął z pnia drzewa świecącą jak neon gąsienicę miernikowca, która zwinęła mu się na dłoni w ciasny, przypominający tamburyn krążek.
– Wszyscy popełniamy błędy – powiedział cicho, sięgając po moją dłoń. Uniósł ją na jedną wysokość ze swoją i wtedy gąsienica poruszyła się; wygięła ciało w kabłąk, a potem nagłym wyrzutem przerzuciła siebie jak kładkę pomiędzy nami.
Przekonanie Sary, że nie złamię prawa, jeśli zostawię Katie pod jej opieką do południa, a szanse na to, że jakiś urzędnik sądowy zajrzy akurat na farmę i zobaczy, że mnie nie ma, są minimalne, zajęło mi całe pół godziny.
– Posłuchaj – powiedziałam w końcu. – Jeśli mam przygotować się do obrony twojej córki, to potrzebuję trochę elastyczności.
– A doktor Cooper mógł do nas przyjechać? – marudziła Sara.
– Doktor Cooper nie pracuje w laboratorium za pół miliona dolarów i nie musiał go tutaj przywozić – wyjaśniłam cierpliwie.
Ostatecznie jednak to dwugodzinne spotkanie z doktorem Owenem Zeilglerem, wywalczone z takim poświęceniem, okazało się nie do końca warte tej ceny; kiedy już dotarłam na oddział patologii noworodków w Centrum Medycznym Uniwersytetu Pensylwańskiego, z niejakim rozczarowaniem stwierdziłam, że wolałabym być wszędzie, tylko nie tutaj. Nie mogłam przestać myśleć o chorych niemowlętach, martwych niemowlętach i ryzyku porodowym u kobiet po czterdziestce; najchętniej prysnęłabym z powrotem na farmę Fisherów.
Z Owenem zdarzyło mi się już kiedyś współpracować przy jednej sprawie. Był to człowiek z twarzą okrągłą jak biszkopt, błyszczącą łysiną i kulistym brzuszkiem, który podskakiwał mu na kolanach, kiedy wciągał się na wysokie laboratoryjne stołki, żeby sięgnąć okiem do okularu mikroskopu.