– Posiew z powierzchni łożyska wykazał mieszaną florę bakteryjną zawierającą również maczugowce błonicy – poinformował mnie. – Co oznacza mniej więcej tyle, że było tam sporo kupy.
– Chcesz powiedzieć, że miało to wpływ na wyniki badań?
– Nie. To normalna rzecz – no i trzeba pamiętać, że łożysko leżało na ziemi w oborze.
Zmrużyłam oczy.
– W takim razie uracz mnie jakimś odstępstwem od normy.
– Chociażby śmierć noworodka. Uważam, że urodził się żywy. – Wszystkie moje nadzieje legły w gruzach. – Test wodny wykazał, że powietrze dotarło do pęcherzyków płucnych.
– Mów po ludzku. Patolog westchnął.
– Dziecko oddychało.
– Czy to już jest pewne?
– Żeby ustalić, czy noworodek, nawet wcześniak, oddychał czy tylko wciągnął płyn do płuc, trzeba przyjrzeć się pęcherzykom, które powinny być zaokrąglone. To jest bardziej wiarygodne badanie niż test wodny, bo wycinek płuca może się unosić na wodzie także wtedy, gdy u noworodka zastosowano sztuczne oddychanie.
– Jasne – mruknęłam. – Najpierw zrobiła dziecku oddychanie usta – usta, a potem je zabiła.
– Nigdy nic nie wiadomo – odparł Owen.
– Dlaczego w takim razie przestało oddychać?
– Lekarz sądowy upiera się przy swojej wersji, czyli uduszeniu. Ale to nie jest jeszcze ostatecznie stwierdzone.
Wciągnęłam się na wysoki stołek obok patologa.
– Chcę wiedzieć więcej.
– W płucach znalazłem popękane naczynka, co wskazuje na śmierć przez uduszenie, ale to mogło się stać równie dobrze przed śmiercią jak i po. Siny obrzęk warg znaczy tylko tyle, że usta noworodka były mocno do czegoś przyciśnięte. Mogła to być chociażby kość obojczykowa matki. Tak naprawdę, to jeśli to dziecko zostało uduszone czymś miękkim, na przykład koszulą, w którą było zawinięte albo dłonią matki, to wszystkie objawy i ślady, którymi dysponujemy, równie dobrze mogą wskazywać na morderstwo co na zespół nagłej śmierci niemowląt. – Zabrał mi szkiełko z próbką mikroskopową, które machinalnie wzięłam do ręki. – Wniosek: bardzo możliwe, że temu noworodkowi nikt nie pomógł przenieść się na tamten świat. Trzydziestodwutygodniowy płód jest teoretycznie zdolny do przeżycia, ale w praktyce bywa różnie. Zmarszczyłam brwi.
– Czy matka mogłaby się nie zorientować, że dziecko umiera na jej oczach?
– Zależy. Gdyby zaczęło dławić się śluzem, pewnie by to usłyszała. Gdyby zaczęło się dusić, zauważyłaby, że sinieje, że oddycha coraz ciężej. – Owen wyłączył mikroskop i wyjął szkiełko, opatrzone wyraźnym napisem FISHER S. Włożył je do pudełka razem z innymi preparatami mikroskopowymi.
Spróbowałam wyobrazić sobie Katie, sparaliżowaną strachem, kiedy zrozumiała, że to zbyt wcześnie urodzone maleństwo walczy o każdy oddech. Zobaczyłam jej szeroko otwarte oczy, a w nich szok, krępujący ręce, potem zaś zrozumienie, że już za późno, stało się. Zobaczyłam, jak Katie zawija martwe ciałko w koszulę i próbuje je gdzieś schować, zanim ktoś odkryje, że stało się coś złego.
A potem wyobraziłam ją sobie przed sądem, stojącą nieruchomo, wysłuchującą oskarżenia o zaniedbanie polegające na niezapewnieniu nowo narodzonemu dziecku właściwej opieki medycznej. Zamiast zabójstwa pierwszego stopnia – zabójstwo na skutek zaniedbania, które także jest ciężkim przestępstwem, tak samo karanym więzieniem.
Wyciągnęłam z uśmiechem rękę do Owena.
– Dzięki, mimo wszystko – powiedziałam.
Nadszedł sobotni wieczór. Około godziny dziesiątej poszłam na górę, do naszego wspólnego pokoju i zaciągnęłam zielone rolety w oknie wychodzącym na wschód. Wzięłam prysznic, zastanawiając się, co porabia teraz Coop. Ogląda jakiś film? Je kolację w pięciogwiazdkowej restauracji? Ciekawe, czy sypia w T – shircie i bokserkach, tak jak kiedyś. Właśnie rozmyślałam sobie o tym w najlepsze, kiedy do pokoju weszła Katie.
– A tobie co? – zapytała, przyglądając mi się uważnie.
– Nic.
Wzruszyła ramionami i ziewnęła.
– Ależ jestem zmęczona… – powiedziała, ale błysk w oku i sprężysty chód całkowicie przeczyły jej słowom. Poszła do łazienki, a ja zgasiłam światło i wślizgnęłam się do łóżka. Oczy niebawem przywykły do ciemności. Katie wróciła z łazienki, przysiadła na skraju swojego łóżka i zdjęła buty, a potem bez rozbierania przykryła się kołdrą. Uniosłam się na łokciu.
– Nie zapomniałaś o czymś? – zapytałam rozbawiona.
– Zimno mi.
– W szafie na górnej półce jest zapasowa kołdra. – Tylko tego brakowało, żeby w nocy, przy przekręcaniu się z boku na bok, któraś z tych szpilek od sukienki wbiła się jej na przykład pod żebro.
– Tak mi jest dobrze.
– Jak sobie życzysz. – Odwróciłam się do ściany i leżałam z otwartymi oczami. Nagle przypomniałam sobie, jak to miałam szesnaście lat i kładłam się w ubraniu, żeby wymknąć się z domu, kiedy tylko zobaczę światła samochodu mojej najlepszej kumpeli i pojechać z nią do jednego takiego futbolisty ze szkolnej drużyny, który miał wolną chatę i robił imprezę. Usiadłam na łóżku i zmierzyłam gniewnym spojrzeniem Katie skuloną pod kołdrą. – No dobra, dokąd to się wybierasz?
Odpowiedziało mi ciężkie milczenie – niezbity dowód winy.
– Poprawka – dodałam po chwili. – Dokąd my się wybieramy? Katie podniosła się z pościeli, usiadła na posłaniu.
– W soboty Samuel przychodzi w nocy. – Wyłożyła karty na stół. – Siedzimy sobie na ganku albo w dużym pokoju, czasami aż do rana.
Wiedziałam już dość, aby zdawać sobie sprawę, że w programie nocnych spotkań z Samuelem nie było seksu. Zakłopotanie Katie miało swoje źródło w obowiązującej u amiszów podstawowej zasadzie: randki to sprawa ściśle prywatna. Nie potrafiłam jednak zrozumieć, dlaczego młodzi amisze stają na głowie, żeby za wszelką cenę utrzymać swoje randki i swoich partnerów w tajemnicy.
Oczy Katie lśniły w ciemności, wpatrzone w okno. Przez chwilę wyglądała jak zwyczajna, usychająca z miłości nastolatka; chciałam wstać i dotknąć jej, pogładzić po policzku, poradzić, żeby dobrze wyryła sobie te chwile w pamięci, bo zanim się obejrzy, będzie już tylko mogła, tak jak ja, przyglądać się, jak ktoś inny je przeżywa. Nie umiałam znaleźć słów, żeby jej powiedzieć, że w zaistniałej sytuacji Samuel może dziś nie zjawić się w ogóle. Że dziecko, do którego nie chce się przyznać, zmieniło niektóre zasady.
– Jak on to robi? – zapytałam cicho. – Rzuca kamieniami? Wspina się po drabinie?
Katie zorientowała się, że jej sekret jest u mnie bezpieczny. Odpowiedziała powoli, z uśmiechem:
– Świeci w okno latarką.
– Aha. – Czułam się w obowiązku udzielić jej jakiejś rady, skoro już wybierała się na schadzkę, ale z drugiej strony co mogłabym doradzić dziewczynie, która zdążyła już zajść w ciążę i urodzić dziecko, a teraz czeka na rozprawę, oskarżona o to, że je zabiła? – Uważaj na siebie – rzuciłam w końcu i wróciłam pod kołdrę.
Spałam niespokojnie, budząc się często w oczekiwaniu na sygnał dany latarką Samuela. O północy Katie leżała jeszcze w łóżku; oczy miała otwarte. O drugiej piętnaście wstała i usiadła przy oknie, na fotelu na biegunach. O trzeciej trzydzieści ja wstałam i przyklękłam obok niej.
– On już nie przyjdzie, kotku – szepnęłam. – Za niecałą godzinę zaczynają doić krowy.
Ujęłam ją za podbródek, tak aby musiała spojrzeć mi w oczy i potrząsnęłam głową.