Выбрать главу

Katie podniosła się sztywno z fotela i usiadła na łóżku, wodząc palcem wzdłuż wzorów na kołdrze, zatopiona we własnych myślach.

Widywałam już twarze ludzi w momencie ogłoszenia wyroku, kiedy dowiadywali się, że czeka ich pięć lat w więzieniu, dziesięć, dożywocie. Najczęściej bywało tak, że nawet tych, którzy spodziewali się takiej kary, nagłe uprzytomnienie sobie prawdy przygniatało jak walący się budynek. W porównaniu z tą straszną świadomością, że jej życie zmieniło się nieodwołalnie i na zawsze, ogłoszenie wyroku będzie dla Katie pestką.

Przez długi czas siedziała bez słowa, wędrując palcami po ściegach własnej roboty. Kiedy w końcu się odezwała, dźwięk jej głosu wił się chwiejnie niczym cienka smużka dymu:

– Przy szyciu narzuty, jak opuści się jeden ścieg, to cały szew jest do niczego. – Odwróciła się do mnie z szelestem pościeli. – Pociągasz za nitkę – szepnęła – i wszystko się pruje.

W niedzielę Aaron i Sara po kościele wybierali się w wizytą do znajomych i krewnych, ale Katie i ja podziękowałyśmy za zaproszenie. Po powrocie do domu wzięłyśmy się do pracy, a kiedy już wszystko było zrobione, wybrałyśmy się nad strumień na ryby. Katie wysłała mnie po wędki i znalazłam je w szopie, dokładnie tam, gdzie mi powiedziała, a sama poszła przodem, nazbierać robaków na przynętę. Dogoniłam ją na polu, kiedy właśnie wywróciła grudę ziemi.

– No, nie wiem. – Spojrzałam na różowe dżdżownice wijące się na jej dłoni. – Zaczynam mieć wątpliwości.

Katie wrzuciła kilka robaków do małego słoika po dżemie.

– Przecież mówiłaś, że łowiłaś ryby, kiedy przyjeżdżałaś tutaj w dzieciństwie.

– No, tak – odparłam – ale to było sto lat temu. Zadarła głowę i uśmiechnęła się do mnie.

– Znowu to samo. Zawsze robisz z siebie starą babę.

– Pogadamy, jak ty będziesz czekała na czterdzieste urodziny. Powiesz mi wtedy, jak się czujesz. – Zarzuciłam wędki na ramię i poszłyśmy ścieżką wiodącą nad strumień.

Przez kilka ostatnich dni padało, więc nurt był bystry. Woda koziołkowała na kamieniach, rozstępowała się przed sterczącymi gałęziami. Katie usiadła na brzegu, wyjęła ze słoika jednego robaka i sięgnęła po wędkę.

– Robiliśmy sobie z Jacobem zawody w łowieniu ryb. Zawsze wyciągałam największą, au! – Schowała kciuk w ustach, ssąc cieknącą krew. – Ale głupio zrobiłam – wymamrotała po chwili.

– Jesteś zmęczona – pocieszyłam ją, ale ona tylko opuściła wzrok. – Każdemu zdarza się zrobić coś głupiego, kiedy mu na kimś zależy – dodałam ostrożnie po namyśle. – I co z tego, że czekałaś całą noc? Nic się przecież nie stało. – Wzięłam w palce robaka, odetchnęłam i założyłam na własny haczyk. – Kiedy byłam w twoim wieku, niejaki Eddie Bernstein wystawił mnie do wiatru przed samym balem na zakończenie szkoły średniej. Kupiłam sobie sukienkę za sto pięćdziesiąt dolarów, bez ramiączek, w kolorze ecru – nie beżową, zwróć uwagę, nie kremową, tylko ecru – wystroiłam się w nią i czekałam w pokoju, aż Eddie po mnie przyjedzie. I co się okazało? Że umówił się z dwiema dziewczynami i w końcu poszedł z Mary Sue LeClare, bo mu się wydała łatwiejsza.

– Jak to łatwiejsza? Odkaszlnęłam.

– Tak się mówi. Chodzi o seks. Katie uniosła brwi.

– Aha. Rozumiem.

Nieco się speszyłam i szybko zarzuciłam wędkę.

– Może pogadajmy o czymś innym – zaproponowałam.

– Kochałaś go? Tego Eddiego Bernsteina?

– Nie. Przez całą szkołę rywalizowaliśmy ze sobą na stopnie. Była okazja, żeby nieźle się poznać. Zakochałam się dopiero na studiach.

– I dlaczego nie wyszłaś wtedy za mąż?

– Dwadzieścia jeden lat to jeszcze o wiele za wcześnie na ślub. Większość kobiet woli poczekać jeszcze tych kilka lat, lepiej się zorientować we własnych potrzebach, a dopiero potem zdobywać nowe doświadczenia: wyjść za mąż, mieć dzieci.

– Ale przecież o wiele więcej można się dowiedzieć o sobie, kiedy już ma się rodzinę – powiedziała Katie.

– Niestety, kiedy doszłam do tego wniosku, straciłam widoki na małżeństwo.

– A doktor Cooper?

Wędka wypadła mi z rąk. Podniosłam ją szybko.

– Co doktor Cooper?

– Lubicie się.

– No pewnie, że się lubimy. To mój kolega. Katie parsknęła.

– Mój ojciec też ma kolegów, ale nigdy nie przysiada się do nich na huśtawce na ganku, i to jeszcze za blisko. I nie uśmiecha się dłużej, niż potrzeba, kiedy coś powiedzą.

Skrzywiłam się.

– Moje życie osobiste to nie twój romans. Wydawało mi się, że ty jak nikt inny potrafisz to zrozumieć. – Romans, pomyślałam. Nie to słowo.

– Przyjedzie dzisiaj do nas? Drgnęłam.

– Skąd wiesz?

– Bo cały dzień wyglądasz na drogę, tak jak ja w nocy przez okno. Westchnęłam i postanowiłam powiedzieć prawdę. Kto wie, może to będzie dla niej bodziec do szczerych wyznań.

– Coop to był ten chłopak ze studiów. Ten, za którego nie wyszłam, kiedy miałam dwadzieścia jeden lat.

Katie nagle się wyprostowała, wyszarpując z wody roztrzepotaną rybę. Jej łuski lśniły w słońcu, a śmigający ogon zasypywał nas kropelkami. Katie przyjrzała się zdobyczy, nie wyjmując kciuka z ust i wpuściła rybę z powrotem do wody, żeby dać jej drugą szansę.

– Kto kogo rzucił?

Nie próbowałam udawać, że nie zrozumiałam pytania.

– Ja – odpowiedziałam cicho. – Jego.

– Przy obiedzie źle się poczułam – powiedziała Katie, utkwiwszy wzrok w jednym punkcie, gdzieś ponad ramieniem Coopa – i Mam wysłała mnie na górę, żebym się położyła. Powiedziała, że ona sama pozmywa.

Coop skinął głową, zachęcając ją, żeby mówiła dalej. Rozmowa o wydarzeniach tej nocy, kiedy nastąpiło domniemane morderstwo, ciągnęła się już od dwóch godzin, a Katie była nieoczekiwanie chętna do współpracy, skwapliwa, wręcz rozgadana.

– Poczułaś się źle – powtórzył, podejmując wątek. – Co cię bolało? Głowa? Brzuch?

– Głowa, a do tego chwyciły mnie dreszcze. Jakbym złapała grypę. Nigdy nie miałam dzieci, ale te objawy nawet mnie kojarzyły się raczej z infekcją a nie ze zbliżającym się rozwiązaniem.

– Zasnęłaś? – dopytywał się Coop.

– Ja, nie od razu, ale szybko. I obudziłam się rano.

– Nie pamiętasz niczego od momentu, kiedy położyłaś się spać aż do rana, kiedy się obudziłaś?

– Nie pamiętam – odpowiedziała – ale co w tym dziwnego? Nigdy nie pamiętam, co się działo pomiędzy zaśnięciem a przebudzeniem, chyba że akurat coś mi się przyśni.

– Czy czułaś się źle po przebudzeniu? Katie spłonęła wściekłym rumieńcem.

– Trochę.

– Znów ból głowy i dreszcze? Opuściła wzrok.

– Nie. Zaczęły się moje dni.

– Katie, czy krwawienie było obfitsze niż zazwyczaj? – zapytałam, a ona przytaknęła. – Miałaś skurcze?

– Lekkie. – Skinęła głową. – Ale mogłam wstać i wziąć się do pracy.

– Czułaś się obolała?

– Chodzi o bóle mięśni?

– Nie. Czy bolało cię między nogami.

Katie zerknęła z ukosa na Coopa i odpowiedziała, patrząc prosto na mnie:

– Trochę piekło, ale pomyślałam, że to może przez tę grypę.

– Dobrze – odchrząknął Coop. – A zatem wstałaś i wzięłaś się do pracy.

– Zaczęłam robić śniadanie – powiedziała Katie. – Widziałam, że w oborze jest jakieś zamieszanie, a potem przyjechała angielska policja. Mam zajrzała na chwilkę do kuchni i kazała mi zrobić więcej, żeby starczyło też dla policjantów, a potem sobie poszła. – Katie wstała i zaczęła spacerować w tę i we w tę po ganku. – Nie chciało mi się iść do obory. Dopiero kiedy Samuel przyszedł mi powiedzieć, co się stało, poszłam tam razem z nim.